Nie chcę oświecać polityków

Nie chcę oświecać polityków

Bez nowej wizji lewica nie ma większych szans. Jeżeli politycy SLD ograniczą się do tego, że wymyślą 15 ustaw, każda o czym innym, to chyba niewiele uzyskają

Prof. Janusz Reykowski

– Jeżeli pan czytał ostatnio o lewicy, to głównie o rywalizacji Olejniczak-Napieralski. Czy ma pan jeszcze ochotę z tą lewicą się zadawać?
– Czy rywalizacja dwóch kandydatów o stanowisko przewodniczącego nie jest w partiach demokratycznych zjawiskiem naturalnym? Przecież mamy z nią do czynienia w różnych partiach europejskich. A w SLD jest i tak znacznie mniej ostra niż np. w amerykańskiej Partii Demokratycznej między Barakiem Obamą a Hillary Clinton. Negatywne reakcje na tę rywalizację być może wynikają z naszego nieprzyzwyczajenia do takiej sytuacji. Dotychczas w Polsce publiczna rywalizacja o przywództwo była rzadkim zjawiskiem, ponieważ przywódcy mieli czy mają ustabilizowaną pozycję, tak jak Leszek Miller, Donald Tusk, Jarosław Kaczyński, Aleksander Kwaśniewski. Wygląda na to, że u nas rywalizacja o przywództwo traktowana jest jako objaw czegoś złego. Tak nie musi być, choć oczywiście pociąga to za sobą pewne koszty polityczne.

Nie przemówiłem do obrazu

– To powoduje też inne straty. Czy nie jest pan rozczarowany odbiorem raportu, który pan napisał?
– Rozczarowanie zależy od oczekiwań. Jeśli chodzi o moje oczekiwania, to z odbioru raportu jestem zadowolony. Moje doświadczenie z kontaktów z politykami jest takie, że bardzo często jest to sytuacja dziada, który przemawia do obrazu. W tym wypadku tak nie było. Raport spotkał się z pewnym zainteresowaniem – był przedstawiany w różnych gremiach, w tym wobec gremiów kierowniczych, został opublikowany, wiele osób wyrażało swój stosunek do niego. To więcej, niż można się było spodziewać. Ile takich dokumentów od razu idzie na półkę?
– W takim razie po co pan to robił? Jeśli wiedział, że pójdzie na półkę.
– Zakładałem, że tym razem nie pójdzie, że obecne okoliczności sprzyjają temu, aby politycy byli bardziej otwarci na głosy ekspertów. Ponadto adresatem takich dokumentów są nie tylko politycy, lecz także różne środowiska, które interesują się losem lewicy. To zaowocowało. Zaczęły pracować zespoły programowe podejmujące różne kluczowe problemy naszego kraju z lewicowej perspektywy. Do tej chwili udało się uruchomić już pięć takich zespołów. Liczę na to, że będzie ich sześć lub siedem. Zespoły te mają przygotować coś, co określiłbym jako lewicowy Projekt dla Polski. Pracuje nad nim dosyć duże grono ludzi. Nastawiamy się na to, aby stopniowo wciągać do tej pracy coraz szersze kręgi osób reprezentujących różne środowiska i różne regiony. I nie chodzi tu o to, aby „oświecać polityków”. Jak politycy zechcą skorzystać z wyników tych prac, to bardzo dobrze. Ale dokumenty, które przygotujemy, mają być skierowane do obywateli. Chodzi o ujęcie problemów życia społecznego z lewicowej perspektywy, a więc takiej, która powinna być alternatywą dla perspektywy prawicowej. A co może z tego wyniknąć? Tego na razie nie mogę przewidzieć.

Dwie dusze bagna

– Jednocześnie czyta pan o lewicy, że to bagno. Że nie ma takiego cuchnącego bajora, przez które aparat SLD by nie przeszedł, aby dojść do konfitur. To powiedział Tomasz Nałęcz…
– Nie podoba mi się ten język. Ale jest pewna treść w tym zawarta, do której chciałbym się odnieść. Mianowicie chyba u większości polityków, i nie jest to tylko cecha polityków lewicy, są jakby „dwie dusze”. Jedna nastawiona jest na realizowanie pewnych pozaosobistych zadań, pewnych celów społecznych, ważnych dla kraju jako całości lub dla pewnych grup społecznych. Jest też „druga dusza” – nastawiona na troskę o własny interes polityka – chodzi tu przede wszystkim o interes polityczny, a czasami także o interes materialny. Niekiedy ta „druga dusza” ma kolektywny charakter – chodzi nie tyle o interesy jednostkowe, ile grupowe (np. o wąsko rozumiany interes partyjny czy interes kliki). Działania tych dwóch rodzajów (czyli przejawy tych „dwóch dusz”) u różnych polityków występują w różnych proporcjach. Niektórzy pochłonięci są głównie własną karierą czy walką o partyjne interesy – inni wiele czasu i energii poświęcają zadaniom społecznym. Ale te różnice to nie tylko kwestia osobowości polityków. To także kwestia okoliczności. Otóż sądzę, że SLD z powodu różnych historycznych okoliczności znalazł się w sytuacji, która doprowadziła różnych jego działaczy do utraty tej pierwszej „duszy”. Wielu z nich wciągnęło się w grę o władzę i w grę o korzyści osobiste. Ale nie musi to być proces nieodwracalny, jak zdaje się sądzić prof. Nałęcz. Ja nie wykluczałbym, że tę „pierwszą duszę” da się jeszcze odrodzić. A poza tym nie można tracić z pola widzenia faktu, że podobne zjawiska występują w różnych partiach. Np. obserwując działania różnych polityków PiS (a też z innych partii), często odnoszę wrażenie, że walka o władzę i polityczny awans dominuje nad innymi celami. Tak więc myślę, że opis SLD przedstawiony przez prof. Nałęcza w tak drastycznych kategoriach jest nadmiernie jednostronny.

Gdzie jest lewica?

– Czy istnieje ten coraz bardziej mityczny 25-procentowy elektorat lewicowy? Czy są w Polsce ludzie o poglądach lewicowych?
– Aby na to odpowiedzieć, trzeba by lepiej się porozumieć, co oznacza wyrażenie „poglądy lewicowe”. Gdyby to wyrażenie zdefiniować w kategoriach politycznych, a więc mówiąc o tych, którzy obecnie są gotowi do popierania partii określających się jako lewicowe, byłoby ich niewielu. Jeśli jednak ujmować lewicowość inaczej, pytając np., jaka jest proporcja ludzi, którzy uważają, że państwo powinno być podmiotem w życiu społecznym i gospodarczym, że wiele obszarów życia społecznego nie powinno być regulowane przez wolny rynek, to tak myślących ludzi jest bardzo dużo. Albo gdyby zapytać: czy państwo powinno być raczej świeckie, czy podporządkowane Kościołowi, chyba większość opowiedziałaby się za państwem świeckim. Podobnie chyba większość społeczeństwa nie jest skłonna do akceptowania ograniczeń osobistych wolności i praw jednostki, co sugerują różne odłamy myśli konserwatywnej. Albo też w sporze o to, czy ład społeczny powinien być budowany na zasadzie rywalizacji i walki, czy też na zasadzie solidarności, chyba wyraźna większość opowiedziałaby się za tą drugą zasadą. Tak więc można chyba powiedzieć coś takiego: gdy przechodzimy od języka polityki do języka wartości, od nazw lewica-prawica, do przekonań na temat tego, jak świat powinien zostać zorganizowany, wtedy okazuje się, że elektorat lewicowy jest bardzo duży. Natomiast jest zupełnie czymś innym, czy ten elektorat jest gotów do poparcia partii, które nazywają siebie lewicowymi.
– Jest szansa, żeby to zmienić? Czy partia lewicowa jest skazana na trwałą marginalizację?
– Aby partia lewicowa zaczęła zdobywać poparcie, przede wszystkim musi pokazać, że ma lewicowy pomysł na Polskę, że ma coś konkretnego do powiedzenia w sprawach, które obchodzą ludzi.
– I to obronić.
– Przedstawić i obronić. I rzecz nie sprowadza się do zaproponowania takiej czy innej ustawy. Chodzi o coś znacznie poważniejszego – o spojrzenie na społeczeństwo jako na pewną całość, o podejmowanie spraw, które dla tego społeczeństwa mają wymiar centralny. O pewną całościową wizję. Sądzę, że bez nowej wizji lewica nie ma większych szans. Jeżeli politycy SLD ograniczą się do tego, że wymyślą 15 ustaw, każda o czym innym, to chyba niewiele uzyskają. Ale trzeba tu zwrócić uwagą na inny jeszcze warunek sukcesu, którym jest nowa kadra lewicowej partii. Chodzi o pojawienie się nowych twarzy i nowego języka.
– Co to znaczy nowy język?
– Różny od tego, którym mówią przedstawiciele PiS, a także przedstawiciele PO. Dziś różni politycy lewicy dość często posługują się językiem PiS. Jest to język kłótni, lepiej lub gorzej udokumentowanych podejrzeń i oskarżeń. To komunikacja, której celem nie jest rzetelne przedstawienie rzeczywistości, nie jest pokazanie pomysłu, jak coś można zrobić lepiej. Chodzi tu głównie o to, aby zadać celny cios przeciwnikowi. Aby go wyszydzić, poniżyć, aby udawać, że samemu jest się lepszym i mądrzejszym. Sedno rzeczy schodzi wtedy na dalszy plan.
– Czy są w Polsce ludzie, którym brakuje lewicy?
– Pyta pan, czy ludzie odczuwają potrzebę istnienia lewicy? Są tacy, ale ilu ich jest, tego dobrze nie wiem… Jednakże myślę, że jest ona potrzebna obiektywnie. Że urządzenie świata według prawicowej recepty dla wielu Polaków będzie niekorzystne i że kraj może na tym tracić. Ale nie znaczy to, że jest ona potrzebna subiektywnie, że są liczne grupy, które zdają sobie sprawę z tej potrzeby i tęsknią za lewicą. Ale z ludzkimi potrzebami często jest tak, że występują w postaci uśpionej. I potrzeby można wzbudzić. Wiedzą o tym dobrze specjaliści od marketingu. Starają się oni wzbudzić potrzeby, z których człowiek nawet sobie sprawy nie zdawał. Dotyczy to także potrzeb politycznych…
– Jakich?
– Tych dotyczących polityki społecznej, dotyczących solidarności i poczucia wspólnoty, dotyczących stosunków państwo-Kościół.

Po co się bogacić?

– Politycy lewicy mówią o tym dzień po dniu i wcale im poparcia nie przybywa.
– Do wzbudzania potrzeb nie wystarczy zwykłe mówienie. Co się tyczy potrzeb politycznych, są one związane z pewnym obrazem świata. Tak np. udało się u wielu Polaków wzbudzić potrzebę lustracji dzięki temu, że rozpowszechniono wizję świata opanowanego przez agentów dawnych tajnych służb, którzy weszli w układy z oligarchami no i oczywiście z politykami lewicy oraz z innymi „wrogami państwa”. Lewica musi odwoływać się do innego obrazu świata – do takiego, w którym Polska staje przed szansą wielkiej modernizacji. Ale jeśli mowa o modernizacji, nie chodzi jej tylko o szybki wzrost PKB czy o postęp cywilizacyjny. Chodzi o to, jak sprawić, aby owoce modernizacji docierały do wszystkich obywateli, a nie tylko do wybranych kręgów. (Jeden z zespołów programowych, o których wspominałem, dyskutuje właśnie ten temat). Tak więc spór o modernizację toczy się na dwóch płaszczyznach – po pierwsze, jest to spór z tymi, którzy modernizacji są przeciwni bądź w jakimś zakresie ją ograniczają. Jest to spór z konserwatyzmem, którego nader skrajną formę reprezentuje środowisko Radia Maryja.
– Ale to jest płaszczyzna sporu między konserwatystami z jednej strony a liberałami i socjaldemokratami z drugiej…
Oczywiście. Jest też druga płaszczyzna sporu – jakie są kryteria modernizacji? Przyrost PKB? Większa liczba autostrad? Nowe technologie w produkcji i życiu codziennym? Nie kwestionując wagi tych zmian, są też inne ważne miary rozwoju, takie jak HDI (Human Developement Index), a więc wskaźnik dotyczący tego, jak poprawiają się warunki życia zwykłych ludzi. Chodzi więc o to, aby mierzyć rozwój czy modernizację nie tylko poprzez takie osiągnięcia jak np. zbudowanie najwyższego hotelu na świecie (jak bodaj w Abu Dhabi), lecz także o to, żeby zmiany cywilizacyjne sięgały do wszystkich zakątków kraju. Ale trzeba tu dodać, że spór o modernizację między lewicą a prawicą dotyczy jeszcze innych kwestii, np. roli państwa. Czy rola ta ogranicza się tylko do pilnowania reguły gry? Konsekwentna prawica stoi na stanowisku, że proces modernizacji dokonuje się spontanicznie, dzięki działaniu sił rynkowych. Lewica uznaje, że w tym procesie państwo jest aktywnym podmiotem. Od polityki państwa zależeć mogą zarówno tempo, jak i kształt modernizacji.
Temat, który tu rozważamy – modernizacja – może być jednym z przykładów różnic między perspektywą lewicową i prawicową. Wprawdzie dotyczy on pewnego zadania społecznego, które ma charakter ogólnopaństwowy – każdy dobry rząd w ten czy w inny sposób chce wspierać modernizację. Ale, jak starałem się pokazać, do tego ogólnopaństwowego zadania można podchodzić różnorako.

Szkoła lewicy, szkoła prawicy

– Weźmy inny przykład – kwestię edukacji.
– Także i rozwój edukacji jest zadaniem ogólnopaństwowym. Ale w bardzo różny sposób można definiować priorytety, jakie z tym zadaniem się wiążą. Wyraźnie widać tę różnicę, kiedy przypomnimy sobie politykę edukacyjną rządu PiS. Jakie główne kwestie były wtedy podnoszone? Umacnianie dyscypliny, wprowadzenie kanonu lektur, które miały umacniać tradycyjną wersję tożsamości narodowej, umacnianie pewnej anachronicznej wersji patriotyzmu. Lewica ma zupełnie inne priorytety. Chodzi jej, po pierwsze, o to, aby uczynić edukację jedną z głównych dźwigni awansu społecznego. Dlatego musi znajdować odpowiedź na pytanie: czy system edukacji w swej obecnej formie dobrze spełnia to zadanie? Co trzeba zrobić, aby spełniał je lepiej? Drugie centralne dla lewicy pytanie dotyczy tego, w jakim stopniu obecna forma edukacji może wspomagać proces modernizacji kraju? I jak ją trzeba zmienić, aby wspomagała go lepiej? Zwróćmy uwagę na to, że są to pytania zupełnie różne od tych, które stawiała sobie prawica w wersji PiS!
– A jakie pytanie, jeśli chodzi o cele edukacji, zadaje sobie teraz Platforma?
– Nie wydaje mi się, aby było ono dobrze sprecyzowane. Chyba chodzi tu o jakieś cele modernizacyjne. Natomiast nie zauważam, by skupiano uwagę na problemie społecznego awansu. I żeby w ogóle była jakaś całościowa koncepcja doskonalenia edukacji.
– A o co chodzi Platformie w sporze o reformę szkolnictwa wyższego?
– Mówi się o potrzebie zwiększenia konkurencji w nauce. Jest to idea dyskusyjna, najwyraźniej nawiązująca do pewnej koncepcji ideologicznej, właśnie prawicowej, która w konkurencji upatruje najefektywniejsze mechanizmy pobudzania rozwoju. Kryje się za tym nadzieja, że w nauce, podobnie jak na rynku, rywalizacja mobilizuje do wysiłku. Otóż w nauce sprawdza się to tylko częściowo.
– Dlaczego?
– Odwołam się tu do pewnych ustaleń psychologii. Jest taki rodzaj motywacji człowieka nazywany „motywacją wewnętrzną”, który sprawia, że głównymi celami działań staje się realizacja pewnego zadania. Satysfakcja wynika z samej realizacji zadania i z pomyślnego jego ukończenia, a nie z jakichś zewnętrznych nagród. Gdy działa motywacja wewnętrzna, realizacja określonego zadania staje się więc celem samym w sobie. Bardzo wielu z nas wykonuje różne rzeczy nie dlatego, że coś za to dostanie, że nas pochwalą albo jakoś inaczej nagrodzą, ale dla tego, że to cenimy, lubimy, że zadanie to nas wciąga, i że uważamy je za ważne.
– Co nazywane jest motywacją zewnętrzną?
– Do kategorii „motywacji zewnętrznej” należą wszelkie te nagrody, które otrzymujemy za to, że coś zrobiliśmy: pieniądze, pochwały, awanse itp. Nieraz zapominamy, że motywacja wewnętrzna to jedna z bardzo ważnych sił napędowych naszych działań. Kiedy przyjrzeć się np. lekarzom, nauczycielom, menedżerom, dziennikarzom, policjantom, rzemieślnikom i innym, bardzo wielu z nich w pracy koncentruje się nie na tym, co może zyskać, lecz na tym, jak najlepiej wykonać swe zadania. Przeciwnie, kiedy zaczynają nadmiernie koncentrować się na zysku, jakość zadań na tym cierpi. Są dane, które wskazują, że w wielu sytuacjach występuje konkurencja między motywacją wewnętrzną a zewnętrzną. Tak więc silne wzbudzanie motywacji zewnętrznej może tłumić motywację wewnętrzną. Tymczasem w działalności naukowej motywacja wewnętrzna jest jednym z głównych warunków osiągania wybitnych rezultatów. Wielu naukowców tworzyło wybitne dzieła, nie myśląc o tym, że przyniosą im sławę i pieniądze, lecz myśląc o samym temacie. Nie znaczy to, że sława i pieniądze są dla naukowców nieważne. Ale nie należy się nastawiać, że tworząc w nauce klimat wyścigu szczurów, można się spodziewać wybitnych rezultatów. Natomiast można spodziewać się wybitnych rezultatów, tworząc wybitnym naukowcom warunki do tego, aby mogli się skoncentrować na swoich naukowych zadaniach. Dodać trzeba, że niekiedy naukowcy twardo ze sobą rywalizują i nie tylko dla pieniędzy. Ale wtedy pojawia się groźba, że zaczyna ich bardziej zajmować to, jak przeszkodzić rywalowi, niż to, jak rozwijać własne pomysły.

Wyznawcy Kaczyńskiego

– Można więc odnieść wrażenie, że wyborcy PiS, głosując na tę partię, kierowali się motywacją wewnętrzną. Bo przecież nic z tego nie mieli, poza przedstawieniami w telewizji, pokazującymi tych bogatych w opresji, PiS niczego im nie dało.
– Patrzę na to trochę inaczej. Wśród wyborców PiS jest liczna kategoria osób, które w III RP czuły się upośledzone. W Polsce takich osób jest niemało, o czym m.in. mówi wydana ostatnio książka pod redakcją prof. Marii Jarosz. Główną przyczyną upośledzenia jest bieda i bezrobocie.
– Można więc działać na wkluczenie wykluczonych przez stworzenie im warunków ekonomicznych do awansu.
– Tak, można dążyć do zmniejszenia czy zniesienia owego poczucia wykluczenia poprzez politykę, która likwiduje jego źródła, np. poprzez zwiększanie dostępu do edukacji, odpowiednio pomyślane inwestycje, przez odpowiednio pomyślane interwencje. Ale można to też robić w zupełnie inny sposób – dążąc do tworzenia jakiejś wielkiej wspólnoty – wielkiego „my”, np. wspólnoty narodowej, wspólnoty wiary, wspólnoty etnicznej itp. Przynależność do takiej wspólnoty nie zależy od pozycji ekonomicznej czy statusu społecznego, a więc wykluczenie związane z kiepską sytuacją materialną traci na znaczeniu. Jednym z ważnych warunków wytwarzania takiej wspólnoty jest klarowne przeciwstawienie my-oni. Np. my Polacy wobec obcych. Otóż tą drogą poszło PiS. Budowało to wspólne „my” w kategoriach katolicko-narodowych. My, Polacy katolicy, oni to obcy narodowo czy ideowo – Niemcy, Rosjanie, komuniści itd. Ci wszyscy tworzący układ wspólnie z oligarchami. Temu służyła polityka historyczna, lustracja, sposób prowadzenia polityki międzynarodowej itd. Była to polityka pociągająca dla różnych grup, które czuły się wykluczone. Mogły one popierać tę partie nie ze względu na bezpośredni interes materialny, lecz ze względu na to, że dzięki temu czuły się częścią większej całości, przezwyciężały w ten sposób swoje poczucie wykluczenia. Trzeba tu jeszcze dodać, że są różne powody wykluczenia, nie tylko bieda. Np. w ostatnich latach ujawniła się wyraźnie kategoria inteligentów, którzy czuli się wykluczeni z głównego nurtu ze względu na swój światopogląd. Główną winę za to wykluczenie przypisują oni środowisku „Gazety Wyborczej”. Dlatego „Gazeta” stała się przedmiotem tak gwałtownych ataków.
– Oni to mówią jasno – że „Gazeta” zepchnęła ich na margines.
– A PiS dało im szansę. Nie tylko zaistnienia. Ale dało im szansę, żeby stworzyli dominujący dyskurs.
– I żeby się zrewanżowali na wrogu, na tej przyczynie ich nieszczęść…
– No właśnie, jest to inny rodzaj wykluczenia – wykluczenie o charakterze ideologicznym. Który PiS przezwyciężało. Przez jakiś czas nie rozumiałem, skąd się brało poparcie dla PiS pewnych kręgów inteligencji. Rzecz stała się dla mnie jaśniejsza po zapoznaniu się z tekstami autorów, którzy bronili polityki tej partii. Już nie będę wymieniać nazwisk…

Nie ma alternatywy?

– Znamy je. Oni zostali wypchnięci, w swoim mniemaniu niesprawiedliwie, pałali zatem żądzą rewanżu. Oddali się więc PiS. Ale mamy też inne skrzydło publicznej debaty, to lewicowe. Lewica też jest wykluczona z dominującego dyskursu.
– Myślę, że tak było przez długi czas.
– Czy jest wykluczona dlatego, że ktoś się umówił, że wykluczamy lewicę? Czy też dlatego, że ma mało do powiedzenia?
– Z różnych powodów. Po pierwsze, dyskurs neoliberalny działał na zasadzie, którą dobrze oddaje tytuł książki red. Żakowskiego – „TINA”. To skrót od angielskiego zwrotu There is no alternative – nie ma alternatywy (książka J. Żakowskiego jest polemiką z tym stanowiskiem). A jak nie ma alternatywy, inne dyskursy są wykluczone. Po drugie, w gronie ludzi, którzy odgrywali ważne role w publicznym dyskursie, pewna znacząca część nie mogła zrzucić z siebie traumatycznych doświadczeń okresu PRL, a szczególnie stanu wojennego. Tym uczuciom zdawał się towarzyszyć nastrój triumfu związany z pokonaniem nienawistnego wroga. W swoich publicznych wypowiedziach ujawniali oni połączenie poczucia wyższości z niechęcią i pogardą wobec wszystkiego, co wiązało się z ancient régime’em. Cały ten skomplikowany okres naszej historii, jakim był PRL, traktowany był tak, jakby zasługiwał wyłącznie na potępienie. Lewicowość, która mogła mieć jakikolwiek asocjacje z tym okresem, była więc marginalizowana. Trzeba jednak dodać, że postawy te zdają się ulegać pewnej zmianie. Chyba pod wpływem IPN, który tę postawę doprowadził do karykatury.
– Ale nie można zaprzeczyć, że to środowisko samo dawało się marginalizować.
– Tak i to jest właśnie trzeci powód tego zjawiska. Znaczna część środowiska, które określało się jako lewicowe, mówiło językiem dominującego dyskursu. Przejęło, w dużej części, neoliberalną perspektywę na świat społeczny (pisał na ten temat, i to właśnie na łamach „Przeglądu”, prof. Bronisław Łagowski). Jeżeli już czegoś broniło, to czasami broniło swoich życiorysów. I to nieraz niekonsekwentnie.
– Czy dziś dyskurs lewicowy ma szansę się przebić?
– Najpierw musi się dostatecznie rozwinąć. Czy ma szansę? Jest angielskie przysłowie – najlepszą próbą puddingu jest jedzenie go. Więc trzeba taki dyskurs budować i dążyć do jego zaistnienia w głównym nurcie.
– Jest pan pewien? Polska nie jest skazana na system dwupartyjny PO kontra PiS?
– Jeśli lewica nie stanie na mocniejszych nogach, w sferze programowej i personalnej, takie niebezpieczeństwo może stać się realne. PiS jest znaczącą siłą nie dla tego, że ma tak duże poparcie wśród Polaków, ale dlatego, że potrafi mobilizować tę ich część, do której inni nie umieją trafić. Może on osiągnąć względną polityczną przewagę, jeśli Platforma zniechęci swych zwolenników, a zarazem nie powstanie żadna inna znacząca polityczna alternatywa.

Na twardo czy na miękko?

– Aby dotrzeć do wyborców, trzeba więc wpierw wiedzieć, czego się chce. Ale oprócz treści jest forma. Która forma jest skuteczniejsza w docieraniu do wyborców? Czy polityk twardy, ostro artykułujący swoje tezy? Czy też raczej miękki, bardziej trafiający do inteligenta?
– Nie lokowałbym tego na wymiarze miękki-twardy. Twardość podoba się głównie zwolennikom własnej drużyny. Wielu kibiców drużyny jest zachwyconych, gdy własny gracz dokopie obcemu graczowi. Pozostali na ogół nie lubią kopania, lubią dobrą grę. Otóż wielu polityków ulega złudzeniu, że twardość popłaca, ponieważ bezpośrednią ocenę swoich wyczynów otrzymują od swoich zwolenników, którzy zachowują się jak lojalni kibice. „Twarde” wystąpienia zwykle spotkają się z aplauzem bliskiego otoczenia. Fakt, że w ten sposób zraża się innych, dużo liczniejszych, uchodzi wtedy uwagi. Ale przeciwieństwem takiego zachowania nie jest miękkość. Nie jest ustępliwość, słabość.
– A co?
– Umiejętność przedstawiania swojego stanowiska w sposób jasny i stanowczy. Powiedzenia: myślę tak, dlatego że… Uważam, że nie masz racji, z czego nie wynika, że jesteś durniem albo złodziejem, albo zdrajcą itp. Nie masz, bo nie uwzględniasz ważnych cech rzeczywistości, bierzesz pod uwagę jakąś ograniczoną perspektywę, w skutek czego interes publiczny narażony jest na szwank. Nie jest łatwo przyjąć taką formę debaty, jeśli jest się samemu bezpardonowo zaatakowanym. Ale i w takich sytuacjach można osiągać moralną przewagę, jeśli nie podejmie się sporu ad personam, jeśli powie się przeciwnikom: twój personalny atak można odczytać jako chęć omijania istoty rzeczy, brak argumentów merytorycznych. To nie jest przeciwstawienie miękkość-twardość. Raczej rzeczowość-kłótliwość.
– Eleganckim językiem dokonał pan twardej oceny młodych liderów SLD.
– Chciałbym namówić liderów lewicy, żeby podjęli intensywne prace w celu kształcenia i samokształcenia swoich elit.
– Jak dotrzeć do wyborcy lewicy? Tego potencjalnego?
– Jednym z elementów warsztatu polityka czy partii politycznej jest umiejętność tworzenia takich zdarzeń, które mają zdolność przyciągania uwagi. Taką umiejętność miał np. Andrzej Lepper. Taką umiejętność mają środowiska PiS-owskie.
– Takiej umiejętności na pewno nie miała Unia Demokratyczna, która, teoretycznie, była pieszczochem mediów.
– Ale nie potrafiła uwagi mediów zatrzymać… Trzeba więc, po pierwsze, wiedzieć, co chce się przekazać. A po drugie, mieć pewną technologię działań publicznych. Składnikiem tej technologii jest komunikowanie się z mediami. Doświadczeni politycy i doświadczone partie mają taką technologię. Ale dla lewicy ważne są także inne, bardziej bezpośrednie kanały docierania do poszczególnych środowisk. Trzeba też pamiętać, że żadna technologia nie będzie skuteczna, jeśli nie ma się jasnej wizji tego, co chce się przekazać. Jeśli nie stworzyło się przesłania, które może być ważne i atrakcyjne dla różnych grup Polaków. Tak więc sprawą podstawową jest stworzenie nowego pomysłu na Polskę.

Janusz Reykowski – profesor w Instytucie Psychologii PAN, przewodniczący Rady Programowej Szkoły Wyższej Psychologii Społecznej, członek Akademii Europejskiej i prezydent Międzynarodowego Towarzystwa Psychologii Politycznej

 

Wydanie: 24/2008

Kategorie: Wywiady

Napisz komentarz

Odpowiedz na treść artykułu lub innych komentarzy