Nie zostańmy pod śniegiem

Nie zostańmy pod śniegiem

Jak polecimy z lawiną, to koniec może nastąpić po kilku sekundach. Lepiej wcześniej przez kilka sekund pomyśleć, czy iść na niebezpieczny szlak Dawno temu w lutym 1980 r., gdy koło schroniska w Dolinie Pięciu Stawów uczyłem się jeździć na nartach, na zboczach górki zwanej Niedźwiedziem, podciąłem małą „deskę” śnieżną. Straciłem równowagę, zjechałem dwa metry na boku, wiązania się nie odpięły, bo nie było oporu, a śnieg natychmiast wypełnił niewielkie zagłębienie w stoku, unieruchamiając moje nogi z nartami. Poczułem się jak zakotwiczony, w parę sekund wyrósł nade mną gustowny biały sarkofag. Śniegu było jednak mało, od razu więc się wygrzebałem, zdarzenie wydało mi się dość zabawne. Przestało mi być do śmiechu, kiedy miesiąc później, niemal w tym samym miejscu, lawinka zasypała osiem osób. Odkopano je prawie natychmiast, całe schronisko rzuciło się na ratunek, ale trzy dziewczyny zostały zaduszone przez śnieg, którego wcale nie było dużo. „Nie była to nawet lawina, raczej przesunięcie się warstw śniegu. (…) Stok w pobliżu schroniska, spacerowe miejsce dla narciarzy. I trzy ofiary śmiertelne”, relacjonuje pisarz i ratownik Michał Jagiełło w swym „Wołaniu z gór”. Zabijają nie tylko potężne lawiny, łamiące drzewa jak zapałki i wzbijające białe obłoki kilkadziesiąt metrów w górę. Gdy jest się w złym miejscu i złym czasie, wystarczy utrata równowagi w nieco większej, ruchomej zaspie, zachłyśnięcie się białym pyłem, trochę mokrego śnieżnego gipsu, który oblepi usta i nos. I nigdy nie wiadomo, kiedy jest to złe miejsce i czas, bo śmiercionośne lawiny potrafią schodzić nawet ze zboczy o nachyleniu niespełna 30 stopni, wcale nie wczesnym popołudniem, gdy temperatura i nasłonecznienie są zwykle najwyższe. Nigdzie nie jest bezpiecznie Lawiny od zawsze zagrażały ludziom w Tatrach. Największa z dawnych tragedii rozegrała się w 1856 r., gdy zginęło pięciu górników, kopiących rudę w rejonie Ornaku. Równo sto lat później pięć osób zginęło w innym miejscu uważanym za bezpieczne. Nocą 4 marca 1956 r. lawina zburzyła schronisko na Hali Goryczkowej. Pod śniegiem śmierć ponieśli gospodarze, Zofia i Władysław Marcinowscy, oraz trzej żołnierze, którzy zatrzymali się tam w trakcie patrolu granicznego. Nigdy przedtem ani potem lawina nie zeszła tak nisko. Zimą w Tatrach praktycznie nie ma całkiem bezpiecznych szlaków. Lawina, która zsunęła się z Małego Kościelca, zabijając w 1909 r. kompozytora Mieczysława Karłowicza, w powszechnym mniemaniu „nie powinna” tam spaść. Miejsce, gdzie znaleziono jego zwłoki, uznawano za niezagrożone. Łatwo je zauważyć, bo zostało upamiętnione stojącym do dziś obeliskiem ze swastyką. Karłowicz lubił zaznaczać swe górskie dokonania tym pochodzącym z czasów babilońskich symbolem, mającym przynosić szczęście. W 1909 r. szczęścia mu zabrakło, lawinę, która go zabiła, uznano za pechowy wybryk natury. Ale w 1956 r. w tym samym miejscu zginął pod śniegiem turysta, który poszedł na krótki spacer ze schroniska na Hali Gąsienicowej nad Czarny Staw. Okazało się, że ten najpopularniejszy w Tatrach Wysokich szlak nie jest osłonięty przed lawinami. Za dość bezpieczne uchodziło też podejście na Zawrat, tak od Hali Gąsienicowej, jak i od Pięciu Stawów. Na mapach Tatr z początków lat 70. jeszcze nie jest ono zaznaczone niebieskimi strzałkami oznaczającymi zagrożenie lawinowe. To uczęszczane przejście było jednak miejscem wielu tragedii. 4 lutego 1999 r. dwaj bracia, 18- i 22-letni, wraz z 19-letnim kolegą, ruszyli z Pięciu Stawów na Zawrat. Ślad po nich zaginął, przez cztery dni bezskutecznie szukało ich kilkudziesięciu ratowników z psami lawinowymi. 8 lutego tą samą trasą idzie z Pięciu Stawów dwóch innych młodych ludzi. Chcą przy okazji rozejrzeć się pod Zawratem, może znajdą ślady zaginionej trójki. Schodzi następna lawina, zabija 22-letniego Tomasza, jego towarzysz zdołał wrócić do schroniska. Zwłoki trzech pierwszych turystów zlokalizowano i odkopano dopiero pod koniec kwietnia. Nie można ich było znaleźć, bo śnieg i wiatr szybko zasypały miejsce zejścia lawiny, nie zostawiając żadnych śladów. Rok później, w grudniu, od Hali Gąsienicowej idzie na Zawrat czterech turystów. Śniegu jest tylko 15 cm, ale to wystarcza, by Zawratowym Żlebem zjechała lawinka, ściągając całą czwórkę ze skał. Ratownicy zwożą ich do szpitala. Jeden z turystów odniósł tak poważne obrażenia, że nie mógł sam wydostać się spod śniegu i z powodu niedotlenienia

Ten artykuł przeczytasz do końca tylko z aktywną subskrypcją cyfrową.
Aby uzyskać dostęp, należy zakupić jeden z dostępnych pakietów:
Dostęp na 1 miesiąc do archiwum Przeglądu lub Dostęp na 12 miesięcy do archiwum Przeglądu
Porównaj dostępne pakiety
Wydanie: 2008, 52/2008

Kategorie: Obserwacje