Niebezpieczne ładunki Orlenu

Niebezpieczne ładunki Orlenu

Uśmiechnięty jak zawsze

Okoliczności zdarzenia były na tyle tajemnicze, że płocka prokuratura wszczęła śledztwo w sprawie nieumyślnego spowodowania śmierci Wojciecha Grzeleckiego. Sekcja zwłok wykazała, że zmarł on „śmiercią chorobową na skutek ostrej niewydolności krążenia u osoby ze zmianami chorobowymi w układzie sercowo-naczyniowym”. W pobranej próbce krwi nie stwierdzono alkoholu. Na prawym barku i czole zmarłego stwierdzono szaroczerwone otarcia naskórka, ale – według biegłego – nie miało to związku ze zgonem.

Krystyna Grzelecka do dziś nie może pojąć, skąd nagła śmierć kierowcy tak cennych i niebezpiecznych ładunków, który w związku z tym powinien być zdrowy jak ryba. Na pewno ostatnio nie wydarzyło się nic szczególnego. Dlatego zirytowało ją zeznanie kierowcy o ksywce Kefir, jakoby jej mąż dowiedział się niedawno o chorobie syna i „trzymał to w sobie”.
– Owszem, Mateusz ma padaczkę, ale zdiagnozowano ją już osiem lat wcześniej. Dla męża nie była to żadna nowość! – irytuje się wdowa.

Ale w drugim zeznaniu ten sam kierowca mówił, że feralnej nocy widział kolegę czekającego na załadunek paliwa. „Wyglądał i zachowywał się normalnie, był uśmiechnięty i zadowolony jak zawsze – nic nie wskazywało na to, że za chwilę nie będzie już żył”. Podobnie zapamiętał Grzeleckiego jego zmiennik, kiedy w niedzielne popołudnie przekazywał mu samochód.

Śmierć kierowcy odbiła się echem w całej firmie. Znajomi pana Wojtka dziwili się, że taki zdrowy i sprawny mężczyzna mógł zasłabnąć i umrzeć na serce. Jednak sekcja zwłok wykazała, że zmarły miał wiele schorzeń: nasilony obrzęk płuc, dużego stopnia miażdżycę aorty, tętnic wieńcowych i tętnic podstawy mózgu, powiększenie serca, przerost mięśnia sercowego lewej komory, przekrwienie narządów wewnętrznych…

– Jak taki schorowany kierowca w ogóle został dopuszczony do pracy? – ironizuje Mateusz Grzelecki.

Kierowca szczególnej troski

Jego ojciec był zatrudniony jako kierowca materiałów niebezpiecznych, jeździł cysterną załadowaną 33 tonami paliwa o wartości ok. 100 tys. zł. Wydaje się, że powinien przechodzić badania okresowe przynajmniej co dwa lata. Ale ostatnie badanie profilaktyczne miał pięć lat wcześniej. Następne zaplanowano na 14 sierpnia 2015 r. Taki termin lekarka medycyny pracy wystawiła z datą… 14 sierpnia 2015 r., czyli już po śmierci Grzeleckiego. Pracodawca nie widzi w tym nic dziwnego. Odpowiadając na nasze wątpliwości, Ewa Kozłowska-Głębowicz, kierownik działu zarządu i systemów zarządzania spółki, poinformowała, że każdorazowo lekarz ustala termin kolejnego badania, a jeśli stan zdrowia pracownika wzbudzi jego niepokój, wyznacza termin za pół roku czy rok. „W przypadku pana Grzeleckiego lekarz zdecydował, że kolejne badanie może być wykonane za pięć lat, co jest zgodne z prawem”, czytamy. Czyli albo stan zdrowia pracownika pozwalał mu na wykonywanie ciężkiej pracy, albo nie został on solidnie zbadany.

Jednak większym zaniedbaniem firmy wydaje się „zgubienie” na przeszło pięć godzin kierowcy wiozącego cenny ładunek. Jak to możliwe, że mimo działania systemu monitoringu transportu cystern nikt nie podniósł alarmu? Gdyby szybko zareagowano, może udałoby się uratować człowieka. Zespół powypadkowy spółki Orlen Transport przeszedł nad tym zdarzeniem do porządku dziennego, stwierdzając, że Wojciech Grzelecki „w wyniku ostrej niewydolności krążenia (…) przewrócił się i zmarł”. Czyli śmierć z przyczyn naturalnych, a nie wypadek przy pracy, i żadne odszkodowanie się nie należy. Dlaczego nikt nie zauważył stojącego w nocy na poboczu samochodu z włączonymi światłami? Wyjaśnienie również jest proste: latem to miejsce charakteryzuje się „dość dużym natężeniem ruchu cystern” i nagminne jest zatrzymywanie się tych pojazdów na poboczu, co uśpiło czujność innych kierowców. A co z monitoringiem, który powinien obejmować także teren w pobliżu bazy, gdzie gromadzi się tyle cystern z cennym ładunkiem? Okazuje się, że monitoring całego kombinatu – ze względu na bezpieczeństwo energetyczne państwa – leży w gestii PKN Orlen i żadna inna firma, również obsługująca ten gigantyczny koncern firma transportowa, nie może instalować własnych kamer. Tymczasem Biuro Kontroli i Bezpieczeństwa PKN Orlen zapewnia, że monitoring „obejmuje swoim zasięgiem wyłącznie teren zakładu”. Niektórzy sugerują, że kamery zainstalowane są także na kominach kombinatu i „widzą” pobliski teren, ale nikt oficjalnie tego nie potwierdza.

Strony: 1 2 3

Wydanie: 20/2016

Kategorie: Kraj

Napisz komentarz

Odpowiedz na treść artykułu lub innych komentarzy