Niebezpieczne ładunki Orlenu

Niebezpieczne ładunki Orlenu

Gdyby skutecznie zadziałał system monitorowania transportu paliwa, kierowca cysterny mógłby żyć

Wojciech Grzelecki miał opinię człowieka zdrowego i sprawnego. Mimo swoich 57 lat potrafił zrobić 30 pompek z klaśnięciem w dłonie, czym imponował dorosłemu synowi. Na nic się nie skarżył, a lekarza odwiedzał głównie z okazji badań okresowych.

Na zmianę z dwoma innymi kierowcami woził jedną cysterną paliwo do stacji benzynowych Orlenu w województwach mazowieckim i sąsiednich. W niedzielę, 12 lipca, najpierw był z żoną w kościele, potem pojechał do pracy. Krystyna Grzelecka rozmawiała z mężem telefonicznie, ostatni raz około godz. 22. Telefonowała na numer służbowej komórki (bo prywatna mu padła) i pytała, jak przebiega zmiana. Odpowiedział, że już spuścił paliwo w Ciechanowie, zaraz wyjeżdża na terminal do Płocka i zostanie mu kurs do Kutna. Żona spodziewała się, że wróci do domu jeszcze przed świtem. On również miał taką nadzieję, mówiąc jej dobranoc. To była ich ostatnia rozmowa.

– Rano obudziłam się po szóstej, a męża nie ma – wspomina pani Krystyna. – Zaniepokoiłam się, bo zawsze po pracy wracał prosto do domu. Odczekałam trochę i zaczęłam dzwonić na służbową komórkę. Bez skutku. Przed dziewiątą mówię do syna: „Muszę jechać do bazy, bo tata nie odbiera, coś musiało się wydarzyć”.

Nie dawał znaku życia

Krystyna Grzelecka pracowała kiedyś w zaopatrzeniu w tej samej firmie, znała więc kolegów męża. Kiedy pojawiła się w bazie Orlen Transport i zapytała jednego z kierowców o męża, ten objął ją ramieniem i powiedział: „Krystyna, Wojtek chyba nie żyje”. Aż usiadła na betonowej posadzce…

Tragiczną wiadomość potwierdził kierownik transportu, dodając, że ciało męża zabrano do prosektorium. Potem zaczęły docierać do niej szczegóły zdarzenia: Wojciech Grzelecki wyjechał z bazy o godz. 1 w nocy, by dostarczyć paliwo do stacji na obrzeżach Płocka (choć żonie mówił, że planował jechać do Kutna). O godz. 4 nad ranem samochód z cysterną miał przejąć jego zmiennik Sławomir C. Nie mogąc się doczekać powrotu kolegi z trasy, zaczął dzwonić do niego, ale ten nie odbierał. Wreszcie około godz. 6.30 usłyszał od innego kierowcy, że prawdopodobnie ich mercedes benz, z włączonymi silnikiem i światłami, stoi niedaleko bramy terminalu, na drodze dojazdowej do bazy. Zmiennik podjechał tam, ale w kabinie Wojtka nie było. Za to na poboczu jezdni, od strony pola z kukurydzą, ujrzał leżącego kolegę. Był cały siny, na szyi nie wyczuwało się pulsu. Zmiennik wezwał policję i pogotowie. Przybyły lekarz anestezjolog o godz. 6.59 odnotował: „Śmierć nagła, przyczyny zgonu nieznane, R96, bez obrażeń ciała, nie mogę wykluczyć udziału osób drugich. Zwłoki przekazano policji 7.25”. Zmarły miał na sobie koszulkę, spodnie ogrodniczki, czarne buty, a na rękach gumowe rękawice.

– Chyba te rękawice wzbudziły u kierownika transportu podejrzenie, że mąż mógł spuszczać paliwo z cysterny. Oskarżył go o kradzież! – denerwuje się pani Krystyna. Drugim pretekstem do wysuwania tak poważnego oskarżenia była tłusta plama obok samochodu. Na policyjnym zdjęciu widać, że miała do 50 cm średnicy.

Strony: 1 2 3

Wydanie: 20/2016

Kategorie: Kraj

Napisz komentarz

Odpowiedz na treść artykułu lub innych komentarzy