Nocleg pilnie strzeżony

Nocleg pilnie strzeżony

Raul Castro i gen. Jaruzelski na manewrach wojskowych w Camagüey

Od 24 do 28 kwietnia 1973 r. z wizytą na Kubie przebywała polska delegacja partyjno-państwowa z przewodniczącym Rady Państwa Henrykiem Jabłońskim. W składzie delegacji byli m.in. minister obrony narodowej gen. Wojciech Jaruzelski, wiceminister gen. Tadeusz Tuczapski i gen. pilot Władysław Hermaszewski. Byli oni gośćmi Raula Castro.

Dla wojskowej części delegacji gospodarze przygotowali odrębny program, zapraszając ją na manewry wojsk kubańskich do południowej prowincji kraju, Camagüey. Zaprezentowano tam walkę samolotów z czołgami. Wielkie wrażenie na obserwatorach (…) mogły wywołać śmiałe ataki z powietrza z wysokości kilku metrów. Komentarz gen. Hermaszewskiego był jednoznaczny: „U nas nazywa się to zbieraniem liści z ziemi, jest to zakazane”. Spytałem dowódcę manewrów, czy nie jest to zbyt ryzykowne i czy nie odnotowali czasem strat materialnych i ludzkich. Przyznał, że były dwa takie przypadki. (…)

Do Camagüey przylecieliśmy bez bagażu. Po zjedzeniu żołnierskiego obiadu był zaplanowany wylot do Hawany. Mieliśmy zdążyć na przyjęcie wydawane przez prof. Henryka Jabłońskiego. Pięć minut przed naszym wylotem odleciał samolot z dziennikarzami. An-24 z Wojciechem Jaruzelskim i Raulem Castro wystartował mimo pogarszających się warunków pogodowych. Kiedy podróż zaczęła niepokojąco się wydłużać, na prośbę gen. Jaruzelskiego spytałem Raula Castro, czy są jakieś istotne kłopoty. Wówczas ten, wyraźnie bagatelizując powagę sytuacji, odpowiedział: „Żadne z pięciu lotnisk hawańskich nie przyjmuje. Mamy do wyboru lądowanie w Key West, Acapulco albo na Wyspie Młodzieży (dawniej Isla de Pinos). Przekaż to, proszę, generałowi z uwagą, że nie zaryzykuję żadnej katastrofy, jak ta w Szczecinie” (wtedy w katastrofie An-24 zginęła część kierownictwa MSW). Lot kontynuowaliśmy, napięcie rosło. Kiedy kolejny raz odwiedziłem Raula Castro w kokpicie samolotu, przekazał mi decyzję o lądowaniu na Wyspie Młodzieży, tej samej, na której był więziony Fidel po nieudanym ataku na koszary Moncada w 1953 r. i tej samej, na której pisał swój manifest polityczny „Historia mi wybaczy”.

Lądowanie na lotnisku zoranym lejami po bombach nie należało do najbezpieczniejszych. Okazało się też, że czeka nas sześciokilometrowy marsz asfaltową szosą do miasta. O żadnym transporcie nie było mowy.

Nagle, w oddali za naszymi plecami, pojawił się motocykl z siedzącym na nim żołnierzem i drugim, który go popychał pod górę i siadał na motocykl, kiedy ten jechał w dół. Gdy się do nas zbliżyli, Raul wydał żołnierzowi rozkaz natychmiastowego udania się do miasta i wysłania po nas taksówek. Żołnierz, nie tracąc rezonu, odpowiedział: „Jak mamy to zrobić, skoro nie mamy benzyny?”. Raul wpadł w lekką furię: „Czy wiesz, z kim rozmawiasz?”. Dopiero wtedy żołnierz zorientował się, że spotkał się z głównodowodzącym wojska. Odpowiedział tylko: „Tak jest Comandante”. Żołnierze udali się w kierunku centrum miasta. Taksówki pojawiły się, gdy byliśmy już blisko hotelu.

Zmęczeni, ale zadowoleni utonęliśmy w hotelowych fotelach. Zaczęliśmy się zastanawiać, co dalej. Nie mieliśmy piżam, pasty i szczoteczek do zębów, golarek. Z otoczenia Raula Castro dowiedzieliśmy się, że wprawdzie piżam nie ma, ale są koszule nocne. Nie trzeba było długo czekać i zostały nam przydzielone.

Kolacja obfitowała w toasty, w końcu udało się pokonać wszystkie przeciwieństwa bez ofiar i szkód. Osobą bardzo alkoholowo oszczędną okazał się gen. Jaruzelski. Dla niego i towarzyszących mu polskich generałów kolacja ograniczyła się do części formalnej. Wszyscy dosyć szybko udali się na nocny odpoczynek. Jedyna Polka towarzysząca delegacji postanowiła wykorzystać ciemności nocy i w koszuli nocnej zażyć kąpieli w basenie hotelowym. Tak więc tylko mnie przyszło reprezentować stronę polską w części nieformalnej. Nieobciążona trudnymi tematami, trwała do czwartej nad ranem. Dziękując za przemiłą kolację, pozwoliłem sobie zwrócić uwagę gospodarzy na fakt, że w hotelu nocuje dwóch ministrów obrony, a nie zapewniono im żadnej ochrony. (…) Kiedy o siódmej rano wyjrzałem przez okno, mogłem stwierdzić, że sprawę potraktowano bardzo serio. Budynek chroniły dwie armaty i cztery czołgi.

Tytuł, podtytuł i skróty pochodzą od redakcji


Fragment książki Lecha Miodka Kubańskie fenomeny, Inowrocław 2021


Fot. East News

Wydanie: 7/2022

Kategorie: Świat

Napisz komentarz

Odpowiedz na treść artykułu lub innych komentarzy