Nocne życie Filmówki

Nocne życie Filmówki

1969. Reżyser Kazimierz Kutz (C) podczas realizacji filmu "Sól ziemi czarnej". /bpt/ fot. PAP/CAF - Stanisław Jakubowski

W dzień kręciliśmy filmy, w nocy kręciliśmy z kobietami Wybrali mnie na sekretarza grupy, a ja wymyśliłem system samoedukacji. Podzieliłem wszystkich 60 kolegów na kilka grup, tak że w każdej był przynajmniej jeden dobry z fizyki, jeden niezły z historii sztuki, a inny na przykład z optyki. Taka była nasza odpowiedź na presję. Chudziutkie stypendia, które dostawaliśmy, starczały tylko na żarcie w stołówce. Zostawało z tego marne 30 zł, ale i tak nie byłoby ich jak wydać, bo wszyscy wciąż zakuwali. Wiedziałem, że muszę ocaleć za wszelką cenę, więc w tym zaduchu i hałasie tyrałem jak wół po 14 godzin dziennie. W ogóle nie wychodziłem ze szkoły świadom, że to jest trampolina i jak się nie wybiję, to leżę. No i pozostawała kwestia honoru: nie mogłem zawieść matki. Po roku rzeczywiście połowa poszła pod nóż. Wśród ocalałych byłem drugim najlepszym, po moim przyjacielu Kubie Morgensternie. Chłopcy u nas byli przeróżni – i z miasta, i ze wsi, i z wojska… 30% to byli ludzie z rodzin inteligenckich, głównie warszawskich. Fason, gadane i luz. Połowa w ogóle do tej szkoły się nie nadawała. Nie tylko dlatego, że talentu nie mieli. Te wydelikacone wielkomiejskie chłopięta nie miały instynktu walki i przetrwania, a bez tego w szkole nie miałeś szans. Jak sobie patrzyłem na kolegów na roku, to widziałem, że wszyscy byli przepędzeni skądś dokądś: albo okaleczeni wojną, albo mieli złe rodziny i stawali się koniunkturalistami. A ja przede wszystkim miałem ten wielki plan, że muszę się nauczyć tego zawodu, być dobry bez jakichkolwiek oszustw i kantów. Był też taki przepis, że na uczelnię musi się dostać 33% młodzieży pochodzenia robotniczego i chłopskiego. Dzięki temu dostał się na nią pewien chłop spod Poznania, wysoki, zwalisty byk, z niezwykłą, czerstwą urodą. Miał robić jakieś ćwiczenie, więc dostał aparat. Ale że zaczęła się wiosna, on ją poczuł całym sobą, zrobił się jakiś zwierzęco niespokojny – i nikomu nic nie mówiąc, wsiadł w pociąg i pojechał domu, bo była robota w polu. Wrócił po dwóch tygodniach. Po prostu. Ukończył szkołę tylko dlatego, że po pierwszym roku najsłabszych kierowali do oświatówki (do dokumentu trafiali średniacy, a najzdolniejsi na wydział fabularny). Wylądował więc w oświacie, po latach został kamerzystą w telewizji poznańskiej. Jakoś się chłop utrzymał, choć instynkt ziemi potężnie nim targał. Na drugim roku zaczęliśmy coraz śmielej wypuszczać się do miasta; po niedługim czasie spędzaliśmy tam cały wolny czas, odwiedzając wszystkie możliwe knajpy i kawiarenki i oglądając się za dziewczynkami. Odkryliśmy na ten przykład tanią jadłodajnię przy Piotrkowskiej, Roma się nazywała, i jak nas było stać, to tam żeśmy sobie chodzili na takie trochę lepsze obiadki. A jeśli mieliśmy jeszcze więcej pieniędzy, tośmy sobie szli do restauracji Halka, żywicielki naszych kolegów jazzmanów. Naszą ulubioną knajpą była jednak Honoratka na Piotrkowskiej, z dobrą kawą i świetnymi sernikami wyrobu pani Stefanii, kobiety wielce kulturalnej. Honoratka była ciasna i zawsze pełna pięknych dziewcząt, które koniecznie chciały nas poznać, albowiem filmowiec był wtedy w ogromnej cenie. Spędzaliśmy tam sporo czasu, zwłaszcza na wyższych latach, szczęśliwi, że możemy dyskutować o filmach czy środowiskowych skandalach, podrywać i mieć w dupie socjalizm. Wieczorami chodziło się do SPATiF-u, lokalu z dobrą domową kuchnią i nieprzyzwoicie tanią wódką, w którym spotykali się głównie aktorzy i filmowcy; inne środowiska dołączały z doskoku. Hotel Grand natomiast słynął z dużej fin de siècle’owej Sali Malinowej. Ale tam było bardzo drogo, więc spotykali się w niej głównie notable i profesorowie. W pobliżu hotelu Savoy, słynącego z bardzo dobrej herbaciarni, do której zaglądał na herbatę odpowiedni gatunek dziewczynek, od dość wczesnych godzin porannych czynny był bar nastawiony na ludzi z kacem. Można w nim było tanio zjeść boską zupę – krem z porów albo barszcz. Nad barem był mały Teatr 7.15, którego dyrektorem został Jerzy Antczak, co stało się początkiem jego reżyserskiej kariery. Ludzie, którzy przyjeżdżali rano z Warszawy do pracy, walili prosto do tego baru, jako że w pociągach nie było wtedy bufetów. Któregoś dnia siedzimy tam z Kubą na seledynowych kanapach, a tu pojawia się Wanda Jakubowska, nasza pani dziekan. Zajęła swoje stałe miejsce i natychmiast zaczęła kurzyć, bo ona cały czas kurzyła.

Ten artykuł przeczytasz do końca tylko z aktywną subskrypcją cyfrową.
Aby uzyskać dostęp, należy zakupić jeden z dostępnych pakietów:
Dostęp na 1 miesiąc do archiwum Przeglądu lub Dostęp na 12 miesięcy do archiwum Przeglądu
Porównaj dostępne pakiety
Wydanie: 04/2020, 2020

Kategorie: Książki