Nocne życie Filmówki

Nocne życie Filmówki

W dzień kręciliśmy filmy, w nocy kręciliśmy z kobietami

Wybrali mnie na sekretarza grupy, a ja wymyśliłem system samoedukacji. Podzieliłem wszystkich 60 kolegów na kilka grup, tak że w każdej był przynajmniej jeden dobry z fizyki, jeden niezły z historii sztuki, a inny na przykład z optyki. Taka była nasza odpowiedź na presję.

Chudziutkie stypendia, które dostawaliśmy, starczały tylko na żarcie w stołówce. Zostawało z tego marne 30 zł, ale i tak nie byłoby ich jak wydać, bo wszyscy wciąż zakuwali. Wiedziałem, że muszę ocaleć za wszelką cenę, więc w tym zaduchu i hałasie tyrałem jak wół po 14 godzin dziennie. W ogóle nie wychodziłem ze szkoły świadom, że to jest trampolina i jak się nie wybiję, to leżę. No i pozostawała kwestia honoru: nie mogłem zawieść matki.

Po roku rzeczywiście połowa poszła pod nóż. Wśród ocalałych byłem drugim najlepszym, po moim przyjacielu Kubie Morgensternie.

Chłopcy u nas byli przeróżni – i z miasta, i ze wsi, i z wojska… 30% to byli ludzie z rodzin inteligenckich, głównie warszawskich. Fason, gadane i luz. Połowa w ogóle do tej szkoły się nie nadawała. Nie tylko dlatego, że talentu nie mieli. Te wydelikacone wielkomiejskie chłopięta nie miały instynktu walki i przetrwania, a bez tego w szkole nie miałeś szans. Jak sobie patrzyłem na kolegów na roku, to widziałem, że wszyscy byli przepędzeni skądś dokądś: albo okaleczeni wojną, albo mieli złe rodziny i stawali się koniunkturalistami. A ja przede wszystkim miałem ten wielki plan, że muszę się nauczyć tego zawodu, być dobry bez jakichkolwiek oszustw i kantów.

Był też taki przepis, że na uczelnię musi się dostać 33% młodzieży pochodzenia robotniczego i chłopskiego. Dzięki temu dostał się na nią pewien chłop spod Poznania, wysoki, zwalisty byk, z niezwykłą, czerstwą urodą. Miał robić jakieś ćwiczenie, więc dostał aparat. Ale że zaczęła się wiosna, on ją poczuł całym sobą, zrobił się jakiś zwierzęco niespokojny – i nikomu nic nie mówiąc, wsiadł w pociąg i pojechał domu, bo była robota w polu. Wrócił po dwóch tygodniach. Po prostu.

Ukończył szkołę tylko dlatego, że po pierwszym roku najsłabszych kierowali do oświatówki (do dokumentu trafiali średniacy, a najzdolniejsi na wydział fabularny). Wylądował więc w oświacie, po latach został kamerzystą w telewizji poznańskiej. Jakoś się chłop utrzymał, choć instynkt ziemi potężnie nim targał.

Na drugim roku zaczęliśmy coraz śmielej wypuszczać się do miasta; po niedługim czasie spędzaliśmy tam cały wolny czas, odwiedzając wszystkie możliwe knajpy i kawiarenki i oglądając się za dziewczynkami. Odkryliśmy na ten przykład tanią jadłodajnię przy Piotrkowskiej, Roma się nazywała, i jak nas było stać, to tam żeśmy sobie chodzili na takie trochę lepsze obiadki. A jeśli mieliśmy jeszcze więcej pieniędzy, tośmy sobie szli do restauracji Halka, żywicielki naszych kolegów jazzmanów.

Naszą ulubioną knajpą była jednak Honoratka na Piotrkowskiej, z dobrą kawą i świetnymi sernikami wyrobu pani Stefanii, kobiety wielce kulturalnej. Honoratka była ciasna i zawsze pełna pięknych dziewcząt, które koniecznie chciały nas poznać, albowiem filmowiec był wtedy w ogromnej cenie. Spędzaliśmy tam sporo czasu, zwłaszcza na wyższych latach, szczęśliwi, że możemy dyskutować o filmach czy środowiskowych skandalach, podrywać i mieć w dupie socjalizm.

Wieczorami chodziło się do SPATiF-u, lokalu z dobrą domową kuchnią i nieprzyzwoicie tanią wódką, w którym spotykali się głównie aktorzy i filmowcy; inne środowiska dołączały z doskoku. Hotel Grand natomiast słynął z dużej fin de siècle’owej Sali Malinowej. Ale tam było bardzo drogo, więc spotykali się w niej głównie notable i profesorowie.

W pobliżu hotelu Savoy, słynącego z bardzo dobrej herbaciarni, do której zaglądał na herbatę odpowiedni gatunek dziewczynek, od dość wczesnych godzin porannych czynny był bar nastawiony na ludzi z kacem. Można w nim było tanio zjeść boską zupę – krem z porów albo barszcz. Nad barem był mały Teatr 7.15, którego dyrektorem został Jerzy Antczak, co stało się początkiem jego reżyserskiej kariery.

Ludzie, którzy przyjeżdżali rano z Warszawy do pracy, walili prosto do tego baru, jako że w pociągach nie było wtedy bufetów. Któregoś dnia siedzimy tam z Kubą na seledynowych kanapach, a tu pojawia się Wanda Jakubowska, nasza pani dziekan. Zajęła swoje stałe miejsce i natychmiast zaczęła kurzyć, bo ona cały czas kurzyła. Po chwili otwierają się drzwi wahadłowe i kelner niesie na talerzyku dwie setki. Wanda wychyla te dwie setki, wyciera usta i wychodzi. To było jej śniadanko.

Na odnajdywanie dziewczynek w lokalach i ich uwodzenie większość z nas musiała poświęcać sporo czasu. Zasadzaliśmy się na nie głównie w Honoratce, bo tam lubiły gniazdować.

Wtedy we wszystkich lepszych restauracjach grała na żywo jakaś kapela. Znana z niej była kawiarnia Kolorowa, wtedy modna, ale bez erotyki. Erotyka była w Honoratce, której królową była Ewa Morelle, potem Frykowska. Mając 16 lat, wypuściła się z robotniczej dzielnicy do śródmieścia. Wytropiliśmy ją z Kubą w herbaciarni przy Savoyu i właśnie do Honoratki wyciągnęli. Ewa, dziewczyna niezwykła, praktykowała asertywny seks z własnej inicjatywy. Była bardzo otwarta i potrafiła okrutnie ocenić potencjał erotyczny faceta, więc większość się jej bała. Mnie polubiła z wzajemnością, bo nigdy nie byłem wobec kobiet niedelikatny i jako pierwszy potraktowałem ją godnie. Z dziewcząt, które trafiały do centrum Łodzi z obrzeży, ale też z Warszawy, stworzyła rodzaj szkoły erotycznej – uczyła, co trzeba zrobić i na czym to polega. Kiedyś przygotowała na przykład pewną urodziwą lolitkę z Warszawy na prestiżowe spotkanie w Halce. Tamta poszła, ale coś spieprzyła i wróciła z podbitym okiem.

– Ty głupia kurwa jesteś! – wściekła się jedna z bardziej doświadczonych dziewcząt.

Na to tamta, chlipiąc pokornie:

– Powiedz mi, co ty robisz, że ty jesteś ciągle taka piękna?

– Kretynko, ja połykam.

Z moją grupą z rocznika byliśmy amantami i biesiadnikami. W Łodzi można było regulować zegarki, bośmy latali jak przegląd wojska przez te knajpki, ale to trzeba było przejść w jedną stronę ze 2 km, więc jak się przeszło tam i z powrotem, to już było parę godzin. Zawsze na wiosnę i po wakacjach musieliśmy robić takie przeglądy, sprawdzając, co się zmieniło, bo pojawiały się nowe dziewczyny, nowi chłopcy, nowe układy towarzyskie, i byliśmy przez tych młodszych rozpoznawani i szanowani jako starsi koledzy.

Któregoś dnia objawił się Wojtek Frykowski i zajął się Ewą, a potem się z nią ożenił. Był synem jakiegoś potwornie bogatego łódzkiego prywaciarza, pewnie mającego układy z władzą. Nic dziwnego, że Fryko już jako gówniarz był zdemoralizowany. Chciał się wkupić do Szkoły Filmowej, więc zapraszał nas do SPATiF-u. Któregoś dnia siedzimy sobie przy stoliku, świeczki się palą, a tu nagle Frykowski wyjmuje plik dolarów, bierze stówę, zwija i zapala. Chryste, sto dolarów! Wtedy! A te wszystkie biedaki, aktorzy, prawie mdleją. Kiedy się upijał, wstawał, rozpinał rozporek, wyciągał ptaka, kładł na stół i pytał: „No i czego te dupy ode mnie chcą?”.

Faktem jest, że do szkoły dostała się Osiecka – i Osiecka wyszła za niego za mąż. Byłem ze Zbyszkiem na tym weselu. On miał jakiś pusty dwór pod Łodzią, dostał od ojca, tam była orgia kompletna, niezwykle huczna impreza.

Po rozstaniu z Frykowskim, któremu urodziła córkę (Wojtek ożenił się z Agnieszką Osiecką), Ewa wyjechała do Francji i została żoną Michaja Burano. Ale przyjeżdżała do Polski, bo strasznie tęskniła.

A Fryko – wiadomo – skończył tragicznie, w 1969 r. zamordowany wraz z Sharon Tate, żoną Romka Polańskiego, przez bandę Mansona.

Każdy z nas wypracowywał sobie indywidualny model funkcjonowania na rynku damskim. Jeden z najbardziej oryginalnych stworzył pewien osobnik niezwykły, choć prymityw, w którym pierwotność z biologii się brała. Był tak brzydki, że nie mógł operować w lokalach, w których pojawiali się przystojniacy w rodzaju Kuby Morgensterna. Kuba – skądinąd jebaka zawołany – kiedy wchodził do Honoratki, to wchodził jak w masło. Tworzyłem z nim team – po Honoratce lądowaliśmy w Kolorowej i stąd czy stamtąd dziewczyny się jakieś wyprowadzało.

Zaglądaliśmy też regularnie z Kubą do filharmonii, ponieważ szkoła dostawała darmowe bilety. Nie tylko dla muzyki, rzecz jasna. Kilka studentek szkoły muzycznej żeśmy tam wypatrzyli, a Kuba nawet do jednej dotarł.

A ten brzydal nie musiał tyle po mieście się nałazić, bo miał cenniejszy dar niż uroda – posiadał ch… jak koń. I na tym z sukcesem jechał.

Już na pierwszym roku musieliśmy nauczyć się fotografii, a wtedy aparat to była rzadkość. Trafił się jednak chłopak, który chciał być operatorem i powiedział profesorowi od fotografii, że z Jeleniej Góry może sprowadzić dowolną ilość kliszaków. Profesor się ucieszył, chłopak pojechał i te kliszaki przywiózł. Odtąd każdy student miał do nauki aparat.

Kiedy człowiek pojawił się na mieście z takim kliszakiem, dziewczyny od razu rozumiały, że to student Filmówki idzie. I ten kolega postanowił to wykorzystać. Raz w tygodniu ruszał na łowy z aparatem. Tropił samotne, zawsze przed trzydziestką – zwykle siedzące w kawiarni. Wówczas się przysiadał i kładł ten aparat na stoliku. Mówił, że robi zdjęcia „i pani też mogę zrobić”, tylko że potem ona musi je sobie odebrać. Jedli obiadek, a przed rozstaniem robił jej zdjęcie w witrynie knajpy. Umawiał się na odbiór za dwa, trzy dni w internacie. Kiedy dziewczyna przychodziła, wypierdalał kolegę z pokoju, dawał jej te zdjęcia, zamykał drzwi na klucz i młócił. Takich doznawały rozkoszy nieziemskich, że żadna nigdy nikomu się nie poskarżyła.

Kiedyś uwiódł młodą żonę oficera milicji. Nieboga oczywiście rozsmakowała się w rozkoszy i za cholerę nie chciała jego pokoju w internacie opuścić. A ten milicjant, jak to milicjant, jakoś ją odnalazł i przyszedł do szkoły. Powiało grozą, na szczęście afery nie było. Czy ją tak szaleńczo kochał, czy wstyd mu było – nie wiem. W każdym razie sprawa została wyciszona.

Ale następnym razem tak łatwo nie poszło. Opanowaliśmy wtedy z Kubą i Lorentowiczem zarząd uczelniany ZMP. Na przewodniczącego namaściliśmy Zbyszka Chmielewskiego, ja miałem funkcję w wydziale agitacji i propagandy, Kuba prowadził wydział naukowy, a Leszek organizacyjny. Latem wyjeżdżało się na różne obozy i my przez organizację musieliśmy kandydatów na nie kwalifikować i wysyłać. Forowaliśmy najbiedniejszych, a ten nasz ogier był biedny…

Lato się skończyło, a tu z zarządu głównego ZMP z Warszawy przychodzi polityczny donos o tym, co się działo na obozie, kiedy jeden student ze Szkoły Filmowej przyjechał. A jak on przyjechał, to zjadł kolację i od razu którąś ustrzelił. Poszedł z nią do lasu, a ona po powrocie pochwaliła się koleżance, że facet ma takiego long playa, że hej. Sęk w tym, że to była narzeczona szefa obozu, a przy okazji córka partyjnego dygnitarza. Koleżanka narzeczonej wszystko całemu obozowi wypaplała i zrobiła się afera. Jego z wywczasów wypierdolili i rzecz nabrała rangi politycznej. Po linii partyjnej przyszło do szkoły polecenie, żeby go na mordę wylać, bo to przecież kompromitacja szkoły.

Sprawa trafiła do nas, do ZMP. I mieliśmy problem. Ja mówię, że afera tylko dlatego jest, że córka dygnitarza wychędożona została, że przecież nie ona się skarży, tylko jakiś działacz. Po dyskusji uznaliśmy, że nie możemy dopuścić do tego, żeby gościa ze szkoły wywalili, bo przecież on naturę ma taką. Postanowiliśmy pozbyć się go tylko z ZMP, co przecież w praktyce nic nie oznaczało. I on tę szkołę skończył, choć nie był specjalnie zdolny. Pracował potem w oświatówce i słuch o nim zaginął. (…)

Już przed wojną było wiadomo, że jeśli ma powstać porządna kinematografia, trzeba stworzyć filmowe szkolnictwo artystyczne. Najpierw w Krakowie w roku 1945 powstał więc Instytut Filmowy – mała grupa ludzi zaczęła robić filmy. W 1948 r. przenieśli ten Instytut do Łodzi, bo leżała znacznie bliżej Warszawy. Narodziła się koncepcja, by stworzyć tam szkołę filmową z prawdziwego zdarzenia. Wyszukali więc klasycystyczny pałacyk, który dawniej należał do Oskara Kona, właściciela Widzewskiej Manufaktury, i zorganizowali w nim szkołę. Już samo znalezienie się w pałacu – nigdy wcześniej w pałacu nie byłem – było dla mnie niesamowitym przeżyciem. Uświadomiłem sobie, że Szkoła Filmowa stanowi dla mnie magiczną granicę cywilizacyjno-estetyczną.

Tyle że to nie był prosty, czarno-biały podział. Po przeciwnej stronie Targowej, przy której była szkoła, rozpościerał się ogromny park, za którym była już dzielnica robotnicza. W tym parku nakręciłem pierwszą etiudę. Jak tylko z nowym miejscem lekko się oswoiłem, zaprosiłem brata w odwiedziny. Poszliśmy przez park na drugą stronę, do dzielnicy robotniczej, a tam kocie łby i familoki. Uderzył nas smród – te familoki nie miały kanalizacji, z domów wszystko wyciekało takimi rynnami. A 150 m dalej był ten pałac.

My też byliśmy z familoków, ale u nas, na Śląsku, pomyje i gówna ulicami nie spływały. U nas osiedle miało szambo, wywozem nieczystości zajmowały się koleje, i każde dwie rodziny miały jeden sracz, który co sobota szorowały. (…)

Za pozwoleniem władzy zorganizowano wyprawę do Berlina, do dawnej wytwórni filmowej UFA. Tam nasi zarekwirowali kamery, lampy, wózki i całe osprzętowanie, po czym jako łup wojenny przywieźli wszystko do Łodzi. Pracowaliśmy na tym bardzo długo, choć sprzęt był jeszcze z lat 30. Ale mieliśmy swoją satysfakcję, żeśmy też coś tym skurwysynom ukradli. Wokół tego heroicznego i zbożnego rabunku tworzył się jakiś nimb zawodowy.

Kiedy sprzęt trafił do Łodzi, ruszyła produkcja filmów. Najstarsi koledzy, jak Różewicz czy Kawalerowicz, zaczęli kręcić od razu, choć nigdy w żadnej szkole nie byli. Pierwszym czystym wychowankiem Filmówki był Andrzej Wajda.

O charakterze szkoły zdecydował w znacznym stopniu ogromny napływ młodych ludzi pochodzenia żydowskiego – choćby taki Romek Polański, Kurt Weber czy wielu innych. W sumie to co drugi był tu Żydem, a przecież częścią żydowskiej mentalności jest coś w rodzaju poczucia permanentnego zagrożenia. Jako Ślązak też to miałem, przylgnąłem więc do Żydów bardziej niż do innych.

Z tej zbieraniny, którą z początku byliśmy, jakoś po roku wyodrębniła się mała hermetyczna grupa najinteligentniejszych i takich, co przyszli do szkoły, żeby ją skończyć i robić filmy, a nie bawić się w politykę. (…)

Fragmenty książki Kazimierza Kutza Będzie skandal. Autoportret, współpraca Robert Siewiorek, Wydawnictwo Znak, Kraków 2019

Fot. PAP/CAF – Stanisław Jakubowski

Wydanie: 4/2020

Kategorie: Książki

Komentarze

  1. enjuasi
    enjuasi 21 stycznia, 2020, 05:49

    Osobiscie nie wroze sukcesow wydawniczych tej pozycji bo minal czas na epatowanie seksem kiedy na internecie jest tego bez liku z polykiem i bez polyku. Ze socjalizm mial Kutz i jego koledzy tworcy w dupie widac po entuzjazmie Polakow na powrot ojczyzny na lono kapitalistycznej cywilizacji zachodu i pierwszych entuzjastycznych experymentach narodu z tym lepszym systemem. Na pustyni gospodarczej Polski 1990 roku najpiekniej zakwitly kwiaty salonow masazu a za nimi zrozumienie spoleczne ze w tym systemie czlowieka mozna sobie kupic a czasami trzeba sie sprzedac. Jedno jest pewne: w kregu Kutza Eisensteina nie bylo a ryba psuje sie od glowy:)

    Odpowiedz na ten komentarz

Napisz komentarz

Odpowiedz na treść artykułu lub innych komentarzy