Normalny gej

Z gadziej perspektywy

Może to sezon ogórkowy, brak ekscytujących medialnie wydarzeń sprawił, że dyskusja o związkach homoseksualnych wyskoczyła poza „branżowo-parlamentarne” getto aż na strony „Gazety Wyborczej”. Cud stał się, bo oto o „tej” tematyce zaczęto pisać spokojnie, bez uraz i wyzwisk.
Jacek Kochanowski, młody socjolog, zadeklarował w największym krajowym dzienniku, iż „przyjęcie ustawy o partnerstwie gejowskim nie byłoby jakimś szczególnym uprzywilejowaniem, lecz aktem sprawiedliwości umożliwiającym gejom i lesbijkom życie zgodnie z własną wewnętrzną prawdą, z godnością”. Odpowiadała mu Zofia Milska-Wrzosińska, uważająca, iż „upodobania seksualne można mieć różne. Ale nie wolno żądać od społeczeństwa pomocy w ich zaspokajaniu. Realizacja seksualnych pragnień nie jest największą wartością społeczną”.
I tu tkwi sedno niepogrzebanej jeszcze ustawy o partnerstwie seksualnym.
Jej przeciwnicy, oczywiście ci uważający się za światłych, humanistycznych, nie traktujących homoseksualnych jako zło wszelkie, nie pragnący odesłać gejów do gazu, podnoszą dwa argumenty. Po pierwsze, nie ma mowy o małżeństwach homoseksualnych, bo to godzi w konstytucję i podstawę naszej kultury, w rodzinę. Drugi brzmi mniej więcej tak: niech już ci kochający inaczej są ze sobą, ale niech nie czynią tego publicznie, nie manifestują swych preferencji, związków, bo to obraża naszą moralność i estetykę.
Tymczasem, co celnie zauważa Jacek Kochanowski, przygotowane i przygotowywane projekty ustaw o związkach homoseksualnych, czy partnerskich dla osób homo- i heteroseksualnych wcale nie aspirują do konstytucyjnej, religijnej instytucji małżeństwa. Związek partnerski nie ma być imitacją małżeństwa, tylko unormowaniem prawnym istniejących już form wspólnego życia.
Unormowanie prawne związków homoseksualnych nie będzie legalizacją aktów seksualnych czy homoseksualnych upodobań. Bo to w Polsce, nawet w czasach stalinowskich, w przeciwieństwie do np. ZSRR czy Rumunii, nie były karane. Nasze kodeksy nie zawierają antyhomoseksualnych paragrafów. Homoseksualiści i lesbijki musiały ukrywać swe preferencje ze względu na sankcje obyczajowe, religijne. I nadal tak bywa.
Ustawa normująca liczne w naszym kraju związki homoseksualne i lesbijskie będzie jedynie zbiorem przepisów regulujących problemy współodpowiedzialności prawnej i finansowej dwóch osób tej samej płci prowadzących jedno gospodarstwo. Paradoksalnie za czasów PRL-u, kiedy istniała powszechna, chociaż niskiej jakości opieka socjalna państwa, gejom i lesbijkom łatwiej było wspólnie żyć, a zwłaszcza przeżyć po śmierci, czy rozstaniu z partnerem. Dzisiaj rygory finansowe wymuszają wszelkie zabezpieczenia finansowo-prawne.
Ale ustawa o związkach partnerskich nie musi dotyczyć tylko osób homoseksualnych. Można pokusić się o inną, rozszerzoną na związki heteroseksualne. Coraz częściej w naszym kraju, zwłaszcza w dużych miastach, obserwujemy heteroseksualne związki bez religijnych małżeńskich węzłów. Bo od takich odstrasza biurokracja przy ich zawieraniu, a zwłaszcza przy rozwiązywaniu. Czemuż nie stworzyć prawnej formy współodpowiedzialności finansowej dwojga ludzi żyjących na dawną „kocią łapę”?
Moraliści grzmią, że takie związki upowszechniać będą niebezpieczne, niemoralne związki seksualne. Ale przecież seks można uprawiać bez ustawy. Za to odpowiedzialności za związek z drugą osobą bez ustawy nie da się często wyegzekwować.

 

Wydanie: 32/2002

Kategorie: Blog

Napisz komentarz

Odpowiedz na treść artykułu lub innych komentarzy