Notes dyplomatyczny

Notes dyplomatyczny

Gazety to podały, warto więc przy tej informacji się zatrzymać. Otóż sześcioro naszych ambasadorów wyjechało na placówki, nie mając listów uwierzytelniających (kolejna dwójka nie pojechała – i chwała im za to). Bo prezydent ich nie podpisał. Hm, jeżeli pojechali bez listów uwierzytelniających, to znaczy, że nie pojechali.

Jakież bowiem są procedury? Ambasador, który przyjeżdża objąć placówkę, już na lotnisku jest witany przez szefa Protokołu Dyplomatycznego (albo jego zastępcę). Następnego dnia po przybyciu (lub w miarę szybko) ambasador udaje się z wizytą do dyrektora Protokołu Dyplomatycznego. Tam m.in. ustalane są szczegóły uroczystości wręczenia listów uwierzytelniających oraz ustalany jest termin wizyty u ministra spraw zagranicznych. Ta wizyta też odbywa się w niedługim terminie – i co najważniejsze, ambasador wówczas wręcza ministrowi kopie listów uwierzytelniających (i listów odwołujących poprzednika), które złoży głowie państwa. Rzecz jest więc banalnie prosta – jeżeli nie ma listów uwierzytelniających, to co daje ministrowi? Przecież nie może iść do niego z pustymi rękami!
Więc mamy tu albo śmieszność, albo grubą niezręczność. Zacznijmy od śmieszności – ambasador przyjeżdża do kraju pobytu i mówi szefowi Protokołu Dyplomatycznego: Wie pan, mam mały defekt, prezydent mojego kraju nie podpisał moich listów uwierzytelniających. Ale to się załatwi. Tylko trzeba trochę poczekać… Możemy odłożyć wizytę u ministra na jakiś czas?
Jak reaguje wówczas Protokół Dyplomatyczny? Wiadomo, dyplomacja. Więc szef protokołu najpierw patrzy na zawstydzonego kandydata na ambasadora z mieszaniną zdumienia i pogardy, a potem odpowiada: Rozumiem, postaram się… I kończy rozmowę, bo dla niego taki człowiek to półhochsztapler, który być może następnego dnia wróci do kraju, bo nie ma poparcia głowy państwa.
A teraz wariant z niezręcznością. Otóż ów ambasador przyjeżdża do szefa protokołu i zamiast kopii listów uwierzytelniających wręcza mu listy wprowadzające, czyli pismo od szefa swojego MSZ do szefa MSZ kraju przyjmującego, informujące o przyjeździe szefa placówki. Ale już nie w randze ambasadora, tylko niższej, charge d’affaires. Bo wie pan, zostanę ambasadorem, ale za parę tygodni, jak prezydent podpisze… Patrzy wtedy na takiego nieambasadora z zażenowaniem (nie mógł poczekać tych dwóch tygodni w kraju? pieniędzy nie ma czy co?) i z zakłopotaniem, bo o czym świadczy obniżenie rangi ambasady? Że mamy ich najzwyczajniej w nosie. Nie traktuje się więc takiego charge d’affaires poważnie i daje mu się to do zrozumienia.
Po prostu – na takie rzeczy kraje zwracają uwagę. Na przykład w krajach Dalekiego Wschodu gospodarze potrafią nie ukrywać rozczarowania, gdy na ambasadora przyjedzie do nich ktoś zbyt młody i z krótkim CV. Za to bardzo dobrze jest widziane, gdy ambasadorem zostaje były minister albo wiceminister, niekoniecznie zresztą spraw zagranicznych. A charge d’affaires – to obraza!
Oto więc skutki, które ponosi polska dyplomacja z powodu gierek między prezydentem, premierem i MSZ. A w zasadzie – Polska ponosi.
Miłej zabawy, panowie.

Wydanie: 16/2009

Kategorie: Kraj
Tagi: Attaché

Napisz komentarz

Odpowiedz na treść artykułu lub innych komentarzy