Wynocha!

Wynocha!

Polska rodzina ewakuowana z Ługańska traci pracę i dach nad głową. Tak zadziałała „dobra zmiana” w PWPW

Polska przyjęła około miliona uchodźców z Ukrainy – przekonywała 19 stycznia br. premier Beata Szydło w Parlamencie Europejskim. Jak to w praktyce wygląda, przekonali się Julia i Andrzej Czubaj z Ługańska.

Gdy Julia miała 17 lat, jedną bluzkę i dwie spódnice, pojechała na wycieczkę do Polski. Jej mama wydała na bilet wszystkie oszczędności z książeczki córki. Koleżanki w pracy mówiły, że zwariowała, bo z trudem zgromadzone pieniądze można było przeznaczyć na coś pożyteczniejszego. Nastolatka uparła się, że musi jechać. Tłumaczyła matce, że powinna zobaczyć kraj, z którego pochodzą jej przodkowie. O Polsce nic nie wiedziała. Odkąd pamięta, o zakazanej ojczyźnie nie wolno było mówić ani w domu, ani na ulicy. Gdy dorosła, zapisała się do Obwodowego Stowarzyszenia Miłośników Języka i Kultury Polskiej „Warszawa” i Obwodowego Związku Polaków „Polonez” w Ługańsku. Tam poznawała kulturę polską, uczyła się języka. Gdy wybuchła wojna na Ukrainie, Julia miała już swoją rodzinę. Od ks. Grzegorza Rapy, który opiekuje się polską parafią pw. Narodzenia Najświętszej Marii Panny w Ługańsku i pomaga potrzebującym, dowiedziała się, że jest szansa ucieczki przed wojną do kraju przodków.

13 stycznia 2015 r. Julia z mężem Andrzejem i dwójką dzieci, 10-letnią Magdą i 18-letnim Piotrem, znaleźli się w grupie Polaków ewakuowanych przez polski rząd z Donbasu. Pojechali, tak jak stali. Zabrali kilka książek, niewielkie pakunki. W Ługańsku Julia zostawiła rodziców i babcię. Gdy wysiadała z samolotu na wojskowym lotnisku w Malborku, czuła, że wszyscy cieszą się z ich przyjazdu. Miała nadzieję, że tu nareszcie będzie bezpiecznie.

Wraz z innymi rodzinami mieszkali w ośrodku Caritasu w Rybakach, 35 km od Olsztyna. Tu uczyli się języka, dzieci chodziły do szkoły, poznały nowych przyjaciół. Do ośrodka przyjeżdżał lekarz. Magda rzadziej już krzyczała przez sen, choć tęskniła za kotkiem zostawionym w Ługańsku.

Pod bombami

– Dzień wyjazdu, jak to było? – Julia nie chce o tym mówić, woli nie przywoływać bolesnych wspomnień.

Ługańsk. Wschodni kraniec Ukrainy, prowincja. – Przed wojną wyremontowali szkoły, wymienili okna na plastikowe. Na skwerach i w parkach rosły holenderskie tulipany – wspomina Julia. Jadąc autobusem, słyszała, jak ludzie mówili, że Ługańsk jest ładny. Naprawdę cieszyła się, że to jej miasto.

Przed wojną miało 500 tys. mieszkańców. Nie było bezrobocia. Działało tam wiele fabryk, ludzie pracowali na państwowych posadach. Cztery muzea, uniwersytety. Rok 2013 był najlepszym rokiem w życiu Julii i jej rodziny. Jako naukowiec, biolog i botanik, wygrała grant na podróż służbową do niderlandzkich muzeów przyrodniczych. Była kierownikiem wydziału przyrody w Muzeum Krajoznawczym w Ługańsku. Na wakacje pojechała z rodziną nad Morze Czarne, a latem była na pielgrzymce do Medziugorie. Dwa i pół roku przed wojną przeniosła się do centrum miasta, zamieniając mieszkanie na większe. To nowe wyremontowali, kupili meble. Myślała, że teraz będzie tylko lepiej.

Zło wkradało się do Ługańska krok po kroku. Nie od razu pojawiły się czołgi i samoloty. Nikt nie wierzył, że może być niebezpiecznie. W mieście zjawili się dziwni ludzie; mówili, komu ufać, a komu nie. Organizowali mityngi. Coraz częściej spadały pociski. Nie było wody ani prądu. 3 sierpnia na ponad miesiąc miasto zostało odcięte od świata. Matka Julii codziennie płakała.

– Pewnego dnia pewna kobieta przyszła do nas i powiedziała, że matka żyje. Przestraszyliśmy się, bo nic nie powiedziała o ojcu. Okazało się, że razem z babcią schronił się przed bombami do piwnicy. Dzięki temu przeżył – wspomina Julia. Tym, którzy wyjechali, jest ciężko, tym, którzy zostali, też. Tłumy ludzi, strzały, samoloty i bombardowania. To wszystko Julia chce zapomnieć.

Prawie się udało, bo wojna zabrała jej pamięć. Kobieta do dziś nie może sobie przypomnieć nazwiska koleżanki, w którą uderzył odłamek bomby. Jeszcze w Ługańsku co niedzielę piekła z córką ciasta. Teraz nie pamięta żadnego przepisu.

Fotel i kilka książek to jedyne, co udało się ocalić z tamtego życia. – To twoje, co uda ci się unieść w rękach – mówi Julia. Do miasta trudno wjechać, a jeszcze trudniej z niego wyjechać. Trzeba się dostać na terytorium kontrolowane przez Ukrainę, potem przejść przez punkt przepustek, przesiąść się na okejkę, która jedzie do Ługańska. W okejkach zazwyczaj nie ma miejsca, ludzie wożą jedzenie i leki. Miasto, które Julia pamięta, zniknęło.

Nowe życie

W Rybakach żyli z Andrzejem spokojnie, ale marzyli o normalnym domu i o pracy. Rząd w porozumieniu z lokalnymi władzami przygotował oferty. Państwo Czubajowie dowiedzieli się, że każda rodzina dostanie jedną propozycję pracy i raczej nie powinno się odmawiać. Wiedzieli już, że zostaną. Kartę Polaka zmienili na kartę stałego pobytu.

Do Warszawy przyjechali w poniedziałek, a już w środę poszli do pracy. Zaopiekowali się nimi urzędnicy z Ministerstwa Spraw Wewnętrznych i Administracji. Z małżeństwem spotykała się urzędniczka z MSWiA. Julii i jej mężowi zaproponowano pracę w Polskiej Wytwórni Papierów Wartościowych. Małżeństwo przyjął ówczesny prezes wytwórni Marek Siwiec. Julia nie wierzyła własnym uszom: oprócz pracy dostali mieszkanie zakładowe. Julia została referentem, jej mąż mechanikiem. Umowy o pracę obowiązywały do września. Do dokumentów dołączono aneks, że wraz z rozwiązaniem umowy o pracę oddają mieszkanie. Na święta Bożego Narodzenia w mieszkaniu na Mokotowie pojawiła się choinka.

Rodzina się zaaklimatyzowała. Z bloku, w którym zamieszkali, dzieci mają blisko do szkoły. Magda zaczęła chodzić na zajęcia plastyczne do tutejszego domu kultury. Okazało się, że ma talent. Z zajęć zaczęła przynosić dyplomy, ze szkoły – oceny bardzo dobre. Piotrek trudniej niż siostra zniósł zmiany. Z ciężkim sercem pożegnał się z kolegami ze szkoły pod Olsztynem. Trudno mu było zadomowić się w nowej szkole. W Warszawie zaczął się przygotowywać do matury.

Koniec opieki

Julia wierzyła, że tym razem wszystko się ułoży. Ale w grudniu w PWPW zmienił się prezes. Nowy szef wytwórni we wrześniu nie przedłużył z Andrzejem umowy o pracę. Mężczyzna próbował kontaktować się z prezesem, ale ten ciągle był zajęty. Skierowano Andrzeja do zastępcy – spotkał się z nim dwukrotnie w obecności przedstawicieli związków zawodowych, prosząc o przedłużenie umowy. Bez skutku. Julia napisała do prezesa, aby pozwolił jej pracować jeszcze chociaż pół roku, żeby syn zdążył zrobić w Polsce maturę. Odpowiedzi nie dostała. Decyzja prezesa, który nawet nie widział ich na oczy, była nieodwołalna.

– Nie prezes mnie ewakuował z Ługańska, nie on nas zapraszał, ale polski rząd – mówi rozgoryczona kobieta. Bezskutecznie próbowała dodzwonić się do urzędniczki z ministerstwa, która się nimi opiekowała. – Ktoś odebrał telefon i powiedział, że przesunięto ją na inne stanowisko.

Na początku listopada 2016 r. Julia napisała list do premier Beaty Szydło. Prosiła o pomoc w zmniejszeniu kosztów wynajmu mieszkania w Warszawie, ewentualne przedłużenie umowy o pracę o pół roku lub o jakiekolwiek inne rozwiązanie sytuacji. Jej zdaniem Andrzej, który już znalazł dorywczą pracę, nie utrzyma czteroosobowej rodziny i nie opłaci wynajmowanego mieszkania, nawet jeśli ona nadal pracuje w wytwórni. Jej listy do pani premier odesłano do kancelarii ministra spraw wewnętrznych i administracji Mariusza Błaszczaka. Do dziś nie ma na nie odpowiedzi.

14 grudnia dziennikarka współpracująca z telewizją publiczną, która przygotowywała materiał o sprawie państwa Czubajów, zwróciła się do ministerstwa z prośbą o rozmowę w tej sprawie. Tego samego dnia Julia dostała pismo z PWPW, że od 15 do 31 grudnia nie ma obowiązku świadczenia pracy, przy zachowaniu prawa do wynagrodzenia. Dziennikarka napisała także do rzecznika wojewody mazowieckiego oraz rzecznika MSWiA. Chciała się dowiedzieć, jak sprawa wygląda formalnie, czy rodzinie zaproszonej przez rząd faktycznie nie należy się już żadne wsparcie. Odpowiedź otrzymała po kilku dniach tylko z Urzędu Wojewody Mazowieckiego, który poinformował, że rodzina ma prawo do pomocy socjalnej i może się o nią ubiegać. Urzędnicy wojewody zapewnili, że zwrócą się do właściwego dla miejsca zamieszkania Julii ośrodka pomocy społecznej z prośbą o zbadanie sytuacji i udzielenie niezbędnej pomocy. Wkrótce również dowiedziała się, że temat spada.

Rodziny tymczasem nie stać na jakikolwiek dach nad głową. Szanse na sprzedanie mieszkania w centrum Ługańska są dzisiaj żadne.

– W Polsce jest nam dobrze. Nie mamy dokąd wracać. Nie wiem, z kim powinnam się spotkać, z kim rozmawiać. Praca dziś jest, jutro jej nie ma. Ale dom to co innego. Bez tego nie da się ułożyć życia – mówi Julia.

Szuka teraz pracy i taniego mieszkania. Nie chce iść do schroniska, bo rodzina będzie rozdzielona, a Piotrek musi zrobić maturę. Magda prosi mamę, żeby nie przyznawać się, że nie mają domu, żeby nikt nie zwracał się do nich jak do bezdomnych. Tymczasem w Ługańsku za wnukami tęskni 90-letnia babcia. Z Julią rozmawia jedynie przez Skype’a. Każde spotkanie internetowe kończy słowami: nie wracaj.

Na prośbę bohaterów ich imiona i nazwisko zostały zmienione.

Wydanie: 52/2016

Kategorie: Kraj

Napisz komentarz

Odpowiedz na treść artykułu lub innych komentarzy