Notes dyplomatyczny

Notes dyplomatyczny

Uwaga, uwaga, mamy w MSZ kolejną po Stanisławie Komorowskim prześladowaną osobę. To Janusz Stańczyk, dyrektor Departamentu Systemu Narodów Zjednoczonych i Problemów Globalnych. Stańczyk czuje się dotknięty, bo wyjeżdżał na stanowisko naszego ambasadora przy ONZ w Nowym Jorku z posady wiceministra. Sądził więc, że jak wróci, to na poprzednie stanowisko. A tu – dyrektor. Więc chodzi po MSZ i rozpowiada o swojej krzywdzie.
No i ludzie go słuchają, i się zastanawiają – to co, Stańczyk, wiceminister w czasach AWS, którego jedynym znaczącym dorobkiem jest konkordat, bo to on go negocjował, myślał, że Cimoszewicz zrobi go podsekretarzem stanu? MSZ liczy pięciu podsekretarzy i kilkunastu dyrektorów departamentu, większość wracających ambasadorów ląduje na stanowiskach radców, doradców, specjalistów, a tutaj proszę, Stańczyk kręci nosem.
To jest coś zadziwiającego, jakie ludzie z ekipy Geremka mają pretensje. Że wracają na dyrektorskie stanowiska i jeszcze im źle.
Paru dyplomatów, którzy na ten temat dyskutowali w pobliskim bufecie, doszło do takiego wniosku: otóż i Stańczyk, i Komorowski kręcą nosem, bo ta robota, którą dostali od Cimoszewicza, po prostu ich boli. Stańczyk jest specjalistą od prawa międzynarodowego, w Nowym Jorku (to była jego pierwsza placówka) siedział na zasadzie synekury, niczym się nie wyróżnił, więc i kierowanie departamentem (a to wymaga szczegółowej wiedzy, innej niż wiedza ambasadora czy też wiceministra) to dla niego trudne zadanie. Co do Komorowskiego – mój Boże, on sam opowiada na lewo i prawo, że nie zna się na Azji i że nie odróżnia ASEAN od ASEM. W MSZ podjęto więc rozpaczliwą próbę resocjalizacji i wysłano go na konsultacje do Delhi, Bangkoku, Seulu i Tokio – może wreszcie tę Azję polubi?
To jest też memento dla rządzącej ekipy w MSZ – że te wszystkie kadrowe wygibasy, żeby zadowolić i dopieścić paru ważnych (kiedyś) ludzi, nie zawsze przynoszą dobre skutki. Że nie warto. Bo i sprawami Azji, i sprawami ONZ mogli kierować inni, lepsi i chętniejsi do pracy urzędnicy. A tak mamy ekipę, która robi łaskę…
Niektórzy zastanawiają się, czy do tego grona malkontentów dołączy Paweł Dobrowolski, który właśnie wrócił z Kanady, gdzie był ambasadorem. On też nie dostał w centrali takiego stanowiska, jakie chciał. Otóż celował w stanowisko wicedyrektora Departamentu Systemu Informacji. Tymczasem ostatecznie, po sporych peregrynacjach zadecydowano, że Dobrowolski zostanie wicedyrektorem – ale w Departamencie Ameryki, którym kieruje Henryk Szlajfer. I został.
Teraz wszyscy przyglądają się, jak sobie poradzi w tej roli. Ma mądrego szefa – więc powinno mu być łatwiej. Będzie miał komunikatywnego ambasadora w USA – Andrzeja Olechowskiego, wobec którego wdrożono już odpowiednie procedury i tylko kwestią czasu jest, kiedy pojedzie do Waszyngtonu. Dobrowolskiemu zapowiada się więc praca łatwa i przyjemna. No chyba że zacznie potykać się o własne nogi…

Wydanie: 44/2004

Kategorie: Kraj
Tagi: Attaché

Napisz komentarz

Odpowiedz na treść artykułu lub innych komentarzy