Notes dyplomatyczny

Notes dyplomatyczny

Jakie placówki są lepsze, a jakie gorsze? W MSZ-etowskich rankingach wygląda to różnie. Mniej więcej wiadomo, które placówki są warte grzechu, a które złe, ale wiele zależy również od osobistych preferencji.
A są one różne. Ambitny dyplomata, nastawiony na karierę, będzie szukał placówek ważnych, położonych w istotnych dla polskiej polityki zagranicznej miejscach. W Waszyngtonie, Brukseli, Moskwie, Berlinie… Tam jest wiele pracy, ale jest też sporo możliwości, by się wykazać i zarobić punkty w przyszłości.
Ale uwaga! Dla bardzo młodych dyplomatów praca w ambasadzie, która jest często odwiedzana przez oficjeli z Warszawy to mordęga. Bo jako najmłodsi natychmiast są spychani do roli biura podróży – załatwiają hotele, jeżdżą na lotnisko po VIP-ów, umawiają spotkania. Jeden ze statecznych dyplomatów skarżył się niedawno, że najgorzej wspomina swój pobyt w Nowym Jorku, gdzie trasy lotnisko-przedstawicielstwo zdążył nauczyć się na pamięć.
Inni preferują placówki dalekie, niewielkie, zwłaszcza takie bez bezpośredniego połączenia lotniczego z Warszawą. Tam można się zaszyć! Takie placówki są w Ameryce Południowej, w Azji… Mają one wiele zalet. Zero gości, spokój, z reguły można posłać dzieci do dobrych szkół, więc mimo że doskwiera tęsknota za krajem, na takie wczasy amatorów nie brakuje.
Jest też MSZ w grupa, która uważa, że najlepiej wyjechać gdzieś blisko, by w parę godzin móc wrócić do domu. Dla nich są konsulaty w Ostrawie, w Brześciu, w Kaliningradzie. No i ambasady w Pradze, Bratysławie, Budapeszcie, Sztokholmie, Kopenhadze…
Co ciekawe, tak myśli coraz więcej ludzi. Więc nie dziwmy się, że w MSZ ciężko było znaleźć dobrych kandydatów na ambasadorów w Tokio czy Pekinie, za to do Aten mieliśmy embarras de richesse. Ba, obecny nasz ambasador na Białorusi wybrał Mińsk zamiast Tokio, choć na Japonię bardzo go namawiano. Dodajmy, że w taryfikatorze MSZ-etowskich płac, ze wszystkich ambasadorów najwięcej zarabia ambasador w Tokio, a najmniej w Mińsku, a różnica sięga paru tysięcy dolarów…
Cenione też są placówki położone w sympatycznych miastach, typu Praga czy Lublana, niechętnie nasi dyplomaci wybierają się do Afryki czy np. na Kaukaz.
Na tym tle jako udane przedsięwzięcie oceniany jest ruch Stanisława Paszczyka, jeszcze niedawno prezesa PKOl, który ma być nowym ambasadorem w Argentynie. W Buenos Aires mamy przyjemną ambasadę, Paszczyk, znający hiszpański jak polski, fan sportu, dobrze sobie wybrał.
Jeszcze większą zazdrość budzi Barbara Labuda. Otóż minister stanu z Kancelarii Prezydenta ma jechać, jak mówią w MSZ, do Luksemburga, gdzie Polska otwiera ambasadę. To nie żadna fanaberia – zgodnie z unijnym zaleceniem – powinniśmy mieć przedstawicielstwa we wszystkich 24 państwach Wspólnoty. W tym roku planowany jest Luksemburg. W przyszłym (a może trochę później) Malta. To dopiero będzie wyścig, by tam pojechać…

Wydanie: 11/2005

Kategorie: Kraj
Tagi: Attaché

Napisz komentarz

Odpowiedz na treść artykułu lub innych komentarzy