Notes dyplomatyczny

Notes dyplomatyczny

Czy dyplomacja może być wesoła? A i o wszem. Jak najbardziej. Oto bowiem trwają uparte zabiegi ważnych polskich polityków o to, żeby Amerykanie jednak umieścili w Polsce wyrzutnie swoich rakiet, które byłyby częścią tarczy antyrakietowej. Bo wiadomo, członkostwo w NATO bezpieczeństwa nam nie gwarantuje (przed Rosją oczywiście), za to trzy amerykańskie rakiety – to już tak. Zwłaszcza że (o tym cicho sza, ale wiecie rozumiecie) będą wycelowane w Rosję. I teraz administracja Obamy, ślepy to widzi, próbuje z tej tarczy się wyplątać – bo i pieniędzy na nią nie ma – a i woli z Rosją współpracować, niż się wadzić. Więc oni próbują się z tej tarczy wykręcić, różnymi sztuczkami, mówiąc, że może tarcza będzie zamontowana gdzie indziej, może później itd. W sumie – żeby wyjść z tego z twarzą. A tu, z ziemi polskiej, słychać krzyk: chcemy rakiet!
To jest humorystyczne przecież. Chichrają sobie z tego na dyplomatycznych przyjęciach.
Bo Polska staje się dla Amerykanów takim sojusznikiem, że oni jak nas widzą, to chowają się za filarem albo zatapiają się w szczególnie ważnej rozmowie z przedstawicielem Gabonu (to z opowieści jednego z polskich ambasadorów o tym, jak nie dostąpił zaszczytu rozmowy ze swoim homologue z Waszyngtonu).
A czy dyplomacja może być sensowna?
Ależ jak najbardziej. Na pewno takim sensownym krokiem jest wysłanie do Armenii na ambasadora Zdzisława Raczyńskiego (choć, tak naprawdę, to dyplomata na większe placówki…). Raczyński to absolwent MGIMO, potem korespondent w Moskwie, a od roku 1997 pracował w Biurze Bezpieczeństwa Narodowego, znaczy się, u prezydenta Aleksandra Kwaśniewskiego. W roku 2001, jeszcze przed wyborami, ówczesny szef MSZ Władysław Bartoszewski zaczął wpuszczać do MSZ ludzi Kwaśniewskiego, co było decyzją mądrą, gwarantującą naszej dyplomacji płynne przejście po spodziewanej zmianie władzy.
Raczyński w tym rozdaniu został szefem Departamentu Europy Wschodniej. I kierował sprawami wschodnimi, z powodzeniem, do roku 2004, kiedy to, także w obliczu zbliżającej się zmiany władzy, wyjechał do Tunezji na ambasadora. Sprawy świata arabskiego to jego druga specjalność, zna język arabski, a także angielski, francuski i rosyjski. W 2008 r. wrócił do MSZ, ale do Departamentu Strategii i Planowania Polityki Zagranicznej. I teraz jedzie do Armenii.
Przy okazji, ciekawostką niech będzie fakt, że w sąsiedniej Gruzji ambasadorem RP jest osoba, która wyszła z kolei z kancelarii prezydenta Kaczyńskiego, czyli Urszula Doroszewska. W jednym kraju mamy więc analityka, znawcę spraw międzynarodowych, w drugim – działaczkę, która podczas przesłuchania w Sejmie, gdy pytano ją o wojnę rosyjsko-gruzińską, odpowiadała wedle czarno-białej kalki. Tu są dobrzy, tam są źli. I do przodu.
Tak oto ironia losu rzuciła na Kaukaz osoby wywodzące się z dwóch różnych szkół. Warto więc będzie obserwować ich pracę – żebyśmy się przekonali, czym różnią się urzędnicy od Kwaśniewskiego od tych od Kaczyńskiego.

Wydanie: 31/2009

Kategorie: Kraj
Tagi: Attaché

Napisz komentarz

Odpowiedz na treść artykułu lub innych komentarzy