Notes dyplomatyczny

Parokrotnie już wspominaliśmy o pewnej tendencji, która zarysowała się w MSZ. A która, w wielkim skrócie, polega na tym, że karty w ministerstwie rozdaje grupa, która w grudniu 2005 r. dokonała tam czystek. Odwołując i obrażając kilkunastu ambasadorów. Dziś wiemy, że była to prywatna dintojra, wyrzucano nie według „zasług”, ale po uważaniu, co z tego jednak, skoro „pluton egzekucyjny” (który za czasów minister Fotygi usunięty został w cień) rozkwita. I w ten sposób resortem kieruje były PiS-owski minister razem z byłymi PiS-owskimi wiceministrami.
No cóż, wiele pociechy, szanowny panie Tusk, z tej ekipy pan mieć nie będziesz. To nie są ludzie od pracy koncepcyjnej, niewiele nowego wniosą. To będzie PiS na miękko. Poza tym raczej specjalizują się w drobnych gierkach, wystarczy zresztą popatrzeć, jak ustawiają się pod zagraniczne wyjazdy, by się zorientować, o co im chodzi… Pokręcić się, zrobić dobre wrażenie i fruu, na pięć lat, na ambasadora.
Oprócz PiS-owców, którzy za czasów Fotygi znaleźli się w niełasce, a teraz rządzą, w MSZ pojawiło się też kilka osób z wojska, które przyprowadził ze sobą Sikorski. O Witoldzie Spirydowiczu już pisaliśmy, więc warto wspomnieć o wicedyrektor sekretariatu i o pewnym pułkowniku, który został wicedyrektorem Zarządu Obsługi. No, nie wnikamy, gdzie wcześniej służył, ale zabrał się do swojej pracy jak klasyczny śledczy. Co na początku ludzi straszyło, a teraz już tylko śmieszy. Więcej finezji, panie pułkowniku!
ŕ propos finezji – tydzień temu pisaliśmy o odejściu z MSZ Henryka Szlajfera. Rzeczywiście, dziwne było, że człowiek z taką wiedzą i kompetencjami zarządzać musi archiwum i wypełniać polecenia zwierzchników, którzy intelektualnie nie dorastają mu do pięt. No i okazało się, że nie byliśmy w tej opinii osamotnieni. Bo Szlajfer szybko został zagospodarowany. Jego umiejętności wykorzystał Andrzej Ananicz, były wiceminister spraw zagranicznych oraz były (i obecny) szef Agencji Wywiadu. Ananicz ściągnął Szlajfera na Miłobędzką. I tam będzie on jednym z jego zastępców, do spraw informacyjnych. Czyli będzie odpowiadał za analizę napływających informacji, ich przetwarzanie, wyciąganie wniosków. A co śmieszne, drugim zastępcą Ananicza, tym razem do spraw operacyjnych, został człowiek z jeszcze innej bajki. Koledzy nazywają go „Ponton”, a ta bajka polega na tym, że „Ponton”, jak szepczą złośliwi, ma w życiorysie rozbijanie TKN-ów, czyli Towarzystwa Kursów Naukowych. (My tego nie pamiętamy). Teraz pracują wszyscy razem – Ananicz, który prowadził pierwsze podziemne pismo dotyczące spraw międzynarodowych, „Obóz”, Szlajfer, któremu Marzec przetrącił karierę, i „Ponton”, który ich ścigał. Wszyscy zresztą jako pełniący obowiązki, bo na razie ludzie Nowka, których pousadzał w wywiadzie, nie zostali zwolnieni, tylko wysłani na długi urlop. Gdyż ta ekipa pilnuje się, by wszystko było zgodnie z prawem.
Co, mimo wszystko, godne jest pochwały.

Wydanie: 13/2008

Kategorie: Kraj
Tagi: Attaché

Napisz komentarz

Odpowiedz na treść artykułu lub innych komentarzy