Notes dyplomatyczny

Notes dyplomatyczny

Ja ci pokażę! – lubi wołać Polak do Polaka. I pokazuje.
Więc nasz prezydent Lech Kaczyński pokazuje, że jest prezydentem, jakby kto nie wiedział. I owszem, podpisuje ambasadorom nominacje, ale nie podpisuje im listów uwierzytelniających. Taki dowcipny.
Z innym rodzajem dowcipu prezentowanego przez głowę państwa mają do czynienia ambasadorowie państw obcych, którzy urzędują w innych stolicach Europy, ale chcieliby złożyć w Warszawie listy uwierzytelniające. Chodzi tu o ambasadorów z mniejszych państw, przeważnie afrykańskich, którzy akredytują się także w innych stolicach. Tak zresztą działa i polska dyplomacja – czy to w Afryce, czy w Ameryce Łacińskiej. Mamy ambasadę w stolicy największego w regionie państwa, z której obsługiwane są również polskie sprawy w państwach sąsiednich. Taki zresztą nie tak dawno minister Sikorski ogłosił model działania. Ale wróćmy do Warszawy – ambasadorowie urzędujący czy to w Berlinie, czy w Paryżu chcieliby złożyć listy uwierzytelniające również polskiemu prezydentowi. I cóż się dzieje? Czekają miesiącami na to, by prezydent raczył ich przyjąć. Rekordzista czeka 15 miesięcy! Ba, okazuje się, że nie wystarczy zaklepać sobie termin wizyty u Lecha Kaczyńskiego. Bo zdarza się, że w ostatniej chwili potrafi być ona odwołana. Dosłownie, w ostatniej chwili, na dzień przed, kiedy ambasador ma już wykupione bilety lotnicze i porezerwowane hotele.
Kancelaria Prezydenta głupio się tłumaczy, że Lech Kaczyński jest przygnieciony nawałem obowiązków i nie ma czasu. Ejże, on nie ma czasu?
Do pszenno-buraczanego stylu działania dołączają także inne instytucje.
Mieliśmy niedawno wizytę w Polsce premiera Turcji Recepa Erdogana, historyczną, pierwszą od 1923 r. Wizycie towarzyszyło m.in. podpisanie deklaracji o polsko-tureckim partnerstwie strategicznym, no i toasty. Przed tym wydarzeniem strona turecka poinformowała, że premier Erdogan i dwóch członków jego delegacji prosi, by w ich kieliszkach nie było alkoholu. Więc nasi geniusze z Kancelarii Premiera poszli na całość i w ogóle Turkom alkoholu nie podali. Część więc się poobrażała, że ich bierzemy za islamistów.
Drobiazg? Jak dla kogo.
Niestety, klimat niezręczności (prawda, że potrafimy wyrażać się dyplomatycznie?) opanowuje również MSZ. Niedawno mieliśmy tu kłopotliwą sytuację – oto bowiem Holandia, nasz natowski i unijny partner, obchodziła święto narodowe. Z tej okazji, tradycyjnie, wydane zostało przyjęcie w ambasadzie, do Warszawy przejechała też specjalna delegacja. I co? I nic! Bo nikt z naszego MSZ na przyjęciu się nie pojawił. Ani wiceminister, ani dyrektor departamentu, ani desk-officer. Potraktowaliśmy Holendrów jak państwo wrogie. Zszokowany tym ambasador pytał w MSZ, co się stało.
Jak to co? A to Polska właśnie.

PS
A poza tym młyny sprawiedliwości mielą powoli. Krzysztof Jakubowski wygrał sprawę w sądzie i wrócił do MSZ. I teraz zbierają się konwentykle i naradzają, co z nim zrobić. Jak to co? Zbyt wielu lepszych od niego w MSZ nie ma… Co ciekawe, gdy Jakubowski był wyrzucony z MSZ, załatwiał sobie, niczym człowiek z ulicy, posadę w Unii Europejskiej, w jednej z agend unijnych w jednej z republik byłego ZSRR. I prawie to miał, ale poszła kontra z Warszawy i stanowisko dostał ktoś inny. Polak potrafi, prawda?

Wydanie: 21/2009

Kategorie: Kraj
Tagi: Attaché

Napisz komentarz

Odpowiedz na treść artykułu lub innych komentarzy