Notes dyplomatyczny

Notes dyplomatyczny

Odetchnijmy na chwilę od wielkiej polityki, od pytań typu: dogada się premier z prezydentem w sprawie polityki zagranicznej czy się nie dogada? Dogadają się w sprawie ambasadorów? Bo tu nie ma co rozważać, wiadomo, że będą podstawiać sobie nogi przy każdej nadarzającej się sytuacji. Odetchnijmy, bo życie w MSZ toczy się swoim tempem i przynosi skromnym urzędnikom wiele uciechy.
Trwa właśnie w MSZ wielkie poszukiwanie. To znaczy dyrektor generalny Rafał Wiśniewski poszukuje dyrektora Departamentu Kadr. Bo w kadrach mamy w czasach „taniego państwa” sytuację, jakiej nigdy wcześniej nie było. Przez długi okres PRL, kiedy jeszcze nie było dyrektora generalnego, kadrami kierował dyrektor. I miał jednego zastępcę. To wystarczyło. Potem, za demokracji, dyrektor dostał dwóch zastępców. A teraz mamy w kadrach czterech zastępców (!), choć nie mamy dyrektora.
Czyżby więc w MSZ narodziła się IV RP?
Jeżeli tak, to nie obchodzi już to naszego wieloletniego ulubieńca, Jerzego Pomianowskiego. Pomianowski od dwóch lat przynajmniej czynił najśmieszniejsze wygibasy, by mieć wpływy w MSZ. To on był w tej grupie, która „wprowadzała” do MSZ Stefana Mellera. Ale niewiele z tego mu przyszło. Potem, już za Anny Fotygi, był w niełasce. Myślał, że odzyska przychylność za czasów Sikorskiego, ale nie za bardzo mu to wyszło. Zagrał więc va banque – i wystartował w konkursie do OECD. I przeszedł! Będzie pracował w Paryżu, za międzynarodowe pieniądze. Piękna sprawa. Jedynym cieniem jest fakt, że może przeżywać w Paryżu pewne kłopoty językowe. Bo po francusku nie mówi, a jeśli chodzi o angielski, to co prawda lepszy jest w języku Szekspira od Kazimierza Marcinkiewicza, ale nie jest to jakaś przekonująca różnica. Bardzo jesteśmy więc ciekawi, jak będzie się komunikował z przełożonymi, zwłaszcza w bardziej skomplikowanych sprawach.
Póki co, dziękujemy Ci, Jerzy, że uwolniłeś MSZ od swojej osoby.
Pisaliśmy już wcześniej o „wynalazku” ministra Sikorskiego, jakim jest bez wątpienia pan pułkownik Artur Szczepaniec. Najpierw pan pułkownik został wicedyrektorem w Zarządzie Obsługi, ale teraz idzie w górę i od dwóch tygodni jest dyrektorem. Opowieści o jego pomysłach umilają stołówkowe obiady.
Oto bowiem, jak opowiadano przy zupie, gdy pułkownik został dyrektorem, zwołał zebranie, a raczej zarządził odprawę naczelników i kierowników działów. Ale oczywiście swojej poprzedniczki nie zaprosił. Zarządził zatem odprawę, jakby dyrektorował od zawsze, a potem zażądał na piśmie deklaracji lojalności. A żeby nikt nie miał wątpliwości, o co chodzi, najpierw powiedział, czego w tej deklaracji oczekuje. Oczekuje więc od podwładnych inicjatywy i kreatywności, ale także dyscypliny i wykonywania poleceń. Jak jedno z drugim pogodzić? W bardzo prosty sposób – trzeba wykazać inicjatywę podczas wykonywania poleceń.
Następnie pułkownik dyrektor przekazał podwładnym wzór takowej deklaracji lojalności, napisany odręcznie przez niego samego. Żeby sobie odbili na ksero i mieli. Jak zaznaczył, opracował ją sam, po godzinach pracy, w domu.
Panie pułkowniku, dziękujemy za tyle, czekamy na więcej.
Wdzięczni za kolejne chwile nieskrępowanej radości – stołówkowicze.

Wydanie: 20/2008

Kategorie: Kraj
Tagi: Attaché

Napisz komentarz

Odpowiedz na treść artykułu lub innych komentarzy