Notes dyplomatyczny

Notes dyplomatyczny

Maya Rostowska została bohaterką prasy. Piszą o niej w gazetach tak jak o politykach albo o celebrytach. No, ciekawe, czy ta dwudziestoparoletnia dziewczyna o takiej „karierze” marzyła… I to nie tylko w Polsce, lecz także w krajach ościennych. Na przykład w czeskiej Pradze – „Lidove noviny” informację o Mai zamieściły na pierwszej stronie. Z komentarzem, że minister ukończył Oksford, ale zatrudnia angielską tłumaczkę. To ŕ propos mało bystrych słów przedstawicieli MSZ, którzy próbowali tłumaczyć, jakież to kwalifikacje zawiodły pannę Mayę do MSZ. Jak to jakie! Tata jest ministrem finansów! To mało?
Swoją drogą, mało mądrze postąpił minister, zatrudniając córkę kolegi z rządu w gabinecie politycznym, ale i mało mądre były ataki na niego – że została zatrudniona z pominięciem obowiązujących w MSZ procedur. Bo Gabinet Polityczny jest takim ciałem, do którego trafiać mają nie urzędnicy, lecz zaufani ministra, którzy odchodzą automatycznie razem z nim. To jego adiutantura. Więc może zatrudniać akurat tu, kogo chce.
Wcześniej, przed Mayą, pracował tu syn Normana Daviesa – Christopher. Teraz ekipa z jego biura poselskiego z Bydgoszczy, pan Zegarski oraz pani Aleksandra Klimont, dziennikarka tamtejszej prasy. I tyle.
W sumie sprawa z Mayą jest raczej śmieszna niż groźna.
Odwrotnie jest z inną sprawą – otóż poszła wieść po MSZ, że do Afganistanu wybiera się nasz ulubieniec – były dyrektor kadr za czasów pani Fotygi, a potem ambasador w Bułgarii (wiemy coś o jego urzędowaniu), Andrzej Papierz. A będzie on tam doradcą dyplomatycznym dowódcy polskiego oddziału.
No, funkcja taka jest znana, swego czasu doradcą dyplomatycznym naszego kontyngentu w Iraku był Ryszard Krystosik. Ale Krystosik to był ktoś! Były ambasador w Iraku, były szef Sekcji Interesów USA. Znał angielski, znał Irak, znali go tam wszyscy ważni ludzie.
A Papierz? Nie zna kraju, nie zna pusztu, z angielskim kulawo… Widać, że chłop w rozpaczy gotów pojechać wszędzie, żeby dorobić. Ale dlaczego za nasze pieniądze?
No i jeszcze jeden alarm – Witold Sobków, ambasador przy Narodach Zjednoczonych, co rusz wysyła do centrali alarmujące meldunki w sprawie pomieszczeń naszej misji przy ONZ. Pisaliśmy już o tym, więc tylko gwoli przypomnienia – ładny czas temu wynajęliśmy pomieszczenia biurowe dla naszej misji w Nowym Jorku. Ale trzeba było je adaptować. Właściciel zaproponował więc, że on to przystosuje, wedle wymagań, ale koszty remontu będzie w ratach dopisywał do czynszu. W MSZ jacyś mądrale zawyli, że to drogo i że oni adaptację zrobią za połowę ceny. Ustalono więc, że przez pół roku nie będziemy płacić czynszu, bo przez ten czas sami dokonamy adaptacji, a potem będziemy płacić już normalnie, czyli 110 tys. dol. miesięcznie.
Minęło pół roku i nic. Mądrale z centrali, pułkownicy, których ściągnął z MON Sikorski, nic nie wymyślili. Jeden z nich jeździł nawet do Nowego Jorku, żeby pchnąć sprawę do przodu, ale nie wiadomo, na co liczył, skoro nie zna angielskiego.
Tam jeszcze się łudzono, że remont zrobią firmy polonijne, ale nic z tego nie wyszło.
Efekt jest taki, że pomieszczenia stoją puste, a państwo polskie płaci za to 110 tys. dol. miesięcznie.
Brawo!

Attaché

Wydanie: 43/2010

Kategorie: Kraj
Tagi: Attaché

Napisz komentarz

Odpowiedz na treść artykułu lub innych komentarzy