Notes dyplomatyczny

Notes dyplomatyczny

Pisaliśmy tydzień temu o naradzie ambasadorów. Była, minęła, przejdzie do historii jako ta z panem Kurtyką. Taką atrakcję i pomoc naukową zafundował polskim dyplomatom min. Sikorski. Dodajmy do tego, że z kolei prezydent Lech Kaczyński dał ambasadorom pokaz bon tonu. Otóż jak wszyscy wiemy, prezydent jednym dyplomatom podpisał nominacje i listy uwierzytelniające, drugim nie, wielki tu jest rozrzut. Na naradzie więc zażyczył sobie, że spotka się tylko z tymi, którzy mają wszystkie jego podpisy, a z tymi, którzy nie dostali – to nie. Szefostwo MSZ uprzejmie zatem tych „nieczystych” wypraszało.
Taka spotkała ich kara – nie wysłuchali prezydenckich mądrości.
Może za rok?
Na razie w MSZ spekulują, czy prezydent dalej będzie podpisywał po uważaniu i czy min. Sikorski powróci do dawnych zasad mianowania ambasadorów, tych z czasów Aleksandra Kwaśniewskiego – że najpierw wszystkie trzy ośrodki (mały i duży pałac plus MSZ) uzgadniały kandydata, a dopiero później pytano o agrément i kierowano do Komisji Spraw Zagranicznych… Bo lista kolejnych kandydatów jest ciekawa.
Do MSZ wraca Andrzej Byrt. Ma być szefem naszego przedstawicielstwa na Tajwanie. Teoretycznie jest to placówka informacyjna i handlowa, bo Polska nie utrzymuje stosunków dyplomatycznych z tą wyspą. W praktyce biuro działa jak ambasada.
A Byrt? To były podsekretarz stanu, były ambasador w Niemczech, pracownik kancelarii prezydenta Kwaśniewskiego, a ostatnio szef Targów Poznańskich. Aha, to także były współpracownik wywiadu, o czym poinformował w oświadczeniu lustracyjnym.
Kwalifikacji do kierowania placówką na Tajwanie ma więc aż nadto, ale przecież w naszej dyplomacji nie o kwalifikacje chodzi, tylko o te korzenie… Jednakże musimy zmartwić prezydenta Kaczyńskiego – biuro w Tajpej nie ma statusu ambasady, więc nikt o jego podpis w tej sprawie nie będzie się ubiegał. Nie ma potrzeby.
Ale żeby nie było mu za smutno – dostanie wkrótce szansę złożenia miłego mu podpisu. Oto bowiem min. Sikorski wykoncypował, jak sprawić prezydentowi przyjemność. Otóż tą przyjemnością będzie ambasadorska nominacja Anny Fotygi. Tak, tak, tej samej. Więc jeśli chodzi o panią Fotygę, to opinia publiczna przeżywa w jej sprawie huśtawkę nastrojów. Najpierw nie nadawała się do niczego, potem – to już mówił nawet sam premier Tusk – miała wzmacniać polską dyplomację. Potem, po przesłuchaniu w komisji sejmowej, znów uznano, że do czego jak do czego, ale do dyplomacji się nie nadaje. A teraz znów – nadaje się. I to do czego! Będzie ambasadorem przy FAO w Rzymie. Czyli przy Organizacji (Narodów Zjednoczonych) ds. Wyżywienia i Rolnictwa. To co, zna się na tym? Raczej możemy w ciemno zakładać, że nie ma o tym pojęcia. I że to jest miejsce albo dla zawodowego dyplomaty, albo kogoś związanego z Ministerstwem Rolnictwa. Ale będzie dla pani Fotygi. Bo pan minister zaproponował, a pan prezydent podpisze i się ucieszy. A pani Anna co miesiąc będzie kasować stosowną sumę.
Tak to nasi wybrańcy dla dobra Rzeczypospolitej (rzekomo) dobrem Rzeczypospolitej się dzielą.
Attaché

Wydanie: 34/2009

Kategorie: Kraj
Tagi: Attaché

Napisz komentarz

Odpowiedz na treść artykułu lub innych komentarzy