Notes dyplomatyczny

Notes dyplomatyczny

Od miłości do nienawiści. Każdy, kto przepracował w dyplomacji trochę więcej niż rok, ze zdumieniem musi patrzeć, co wyprawiają najważniejsi polscy politycy w sprawie instalacji antyrakietowej.
Oto zrozpaczeni głoszą, że koniec złudzeń i że nie jesteśmy już partnerem strategicznym USA. No, przepraszam – a kiedykolwiek byliśmy? Takie wrażenie mógł mieć jakiś mało wykształcony czytelnik tabloidu, ale nie minister… Po drugie – po cóż w takiej sytuacji, rozumiemy, że wielkiego rozczarowania, tak nieobyczajnie, przed całym światem, lać łzy? Przecież to ośmiesza…
I tak naprawdę te wszystkie wypowiedzi na temat decyzji administracji prezydenta Obamy, i naszego prezydenta, i premiera, i ministra spraw zagranicznych, i urzędników prezydenckich (zwłaszcza), sprawiają nieodparte wrażenie, jakby miały na celu zohydzenie Stanów Zjednoczonych w oczach Polaków, no i Polski w oczach amerykańskiego prezydenta. Mądre to?
Do tego wszystkiego włączyła się żona ministra Sikorskiego, która w „Washington Post” skrytykowała Obamę, sypiąc przy tym różnymi ciekawostkami – że ona wie, że w czasie, gdy prezydent dzwonił do Polski, to minister Sikorski spał (nie dziw, że o tym wie, więc po co tym się chwali?), i że spał też premier Czech (wie to ze źródeł MSZ, od męża – więc akurat taką gadatliwością małżonkowi się nie przysłużyła). I złośliwostkami.
Twarde skrzydło Republikanów miało w ten sposób swoje parę minut radości. Ale – ponieważ autorka przedstawiała się jako żona szefa polskiej dyplomacji – nasuwa się pytanie: co z tego ma polska polityka zagraniczna?
Warto też dopytać, czy mamy obecnie jakieś kanały komunikacji z Waszyngtonem.
Krucho z tym, tak źle nie było od 20 lat.
Nasz ambasador w Waszyngtonie zaliczany jest do grona tych lepszych dyplomatów, ale do stolicy USA wysyła się ludzi bardziej wpływowych i bardziej ekspansywnych. Same pogawędki z desk oficerem to za mało.
Nasz minister spraw zagranicznych z kolei twardo związany jest z twardą opozycją, z kołami Republikanów – więc to go w naturalny sposób zamyka.
Nasz prezydent z kolei nie dość, że także powtarza tezy minionej administracji, to jeszcze jest antytalentem w dziedzinie spraw zagranicznych i kontaktów międzynarodowych. On tego nie lubi, nie czuje, sprawę pogarsza fakt, że nie zna języków obcych. Kwaśniewski to on nie jest…
Ale i premier do mocarzy światowej dyplomacji nie należy. Też jest spięty, też nie zna się na sprawach zagranicznych.
Kto więc ma robić politykę amerykańską w Polsce?
Dodajmy do tego jeszcze jeden element – w sytuacji, gdy prezydent i premier nie mają głowy do spraw międzynarodowych, powinni wyręczać ich kompetentni urzędnicy. Tylko że z punktu widzenia naszych partnerów ich kompetencja już dawno została podważona. Wtedy, kiedy biegli do mediów, opowiadając, co właśnie z Amerykanami negocjują. I rozgrywając to na różne sposoby – a to prezentując się jako pogromca Hillasa (wiceambasadora USA w Polsce, który negocjował sprawę tarczy), a to przepychając się przed odchodzącą sekretarz stanu, żeby wypaść przed nią lepiej niż rywal.
Polska to nie jest kraj dla dyplomatów.
Wielka szkoda.
Attaché

Wydanie: 39/2009

Kategorie: Kraj
Tagi: Attaché

Napisz komentarz

Odpowiedz na treść artykułu lub innych komentarzy