Notes dyplomatyczny

Notes dyplomatyczny

No to mamy mini-skandal dyplomatyczny. Z Gruzją. Pisaliśmy już o tym: w Tbilisi od lat kierował naszą ambasadą chargé d’affaires Piotr Borawski. W ubiegłym roku postanowiono go jednak zmienić. I to szybko. Borawski, by nieco odwlec tę decyzję, prosił o przedłużenie pobytu do czerwca 2001 r., bo ma syna w klasie maturalnej, w gruzińskiej szkole, więc nie chciał przenosić go do Warszawy na sto dni przed maturą. Ale MSZ – wbrew przyjętym w takich sytuacjach obyczajom – okazało się nieugięte. Najpierw Borawskiego odwołano do kraju. Potem, w grudniu, wysłano na kierownika placówki w Tbilisi pracownika administracyjnego. A w styczniu pojechał tam już nowy szef – Piotr Iwaszkiewicz.
Iwaszkiewicz znał Gruzję, wcześniej pracował w przedstawicielstwie OBWE w Tbilisi, tak więc – przynajmniej teoretycznie – był dobrym kandydatem. Ale… Otóż, coś takiego się stało, że miał złe notowania w gruzińskim MSZ. Więc najpierw tamtejsze ministerstwo, kanałami dyplomatycznymi, poinformowało Polaków, że nie chciałoby go widzieć na stanowisku szefa placówki. No i że dziwne jest to, że co chwila zmieniamy szefów przedstawicielstwa i że wygląda to mało poważnie. Ale parę dni później tamtejsze MSW dało mu wizę wjazdową. Więc Iwaszkiewicz, niewiele się namyślając, kupił bilet do Tbilisi, dla siebie i dla rodziny, wziął bagaż i listy wprowadzające, i wsiadł do samolotu. Dając tym samym dowód na to, że jest wielkim optymistą, albo też, że wierzy w politykę faktów dokonanych. Cóż – rano wyleciał, a w południe przyszło pismo z Gruzji, że nie chcą go widzieć na czele polskiej placówki.
Więc o tym, że powinien zawrócić do Polski, dowiedział się już w Tbilisi, na lotnisku. Tym oto sposobem dorobiliśmy się skandalu, którego można było uniknąć.
Jeżeli mówimy już o skandalach i regionie za naszą wschodnią granicą, to przypomina się tu inny ambasador – Jarosław Bratkiewicz, który właśnie kończy swą misję w Rydze. Bratkiewicz był autorem jednego głośnego skandalu, kiedy na Litwie, gdy jechał samochodem z pracownikiem naszej ambasady w Wilnie, zatrzymała go tamtejsza policja pod zarzutem jazdy po pijanemu. To była głośna sprawa (nagłośniły ją litewskie media, które jakimś przedziwnym trafem nagle znalazły się na miejscu), która chwały i nam, i Litwinom nie przyniosła. Faktem jest jednak, że Bratkiewicz miał “pecha” do samochodów – bo jako ambasador “dorobił się” na Łotwie kilku stłuczek.
Ale to już przeszłość – na jego miejsce do Rygi jedzie Tadeusz Fiszbach. A Bratkiewicz? Ha! Był moment, kiedy mocno lobbował na rzecz tego, by przeniesiono go do Moskwy, na stanowisko… ambasadora. Tę kandydaturę do Kancelarii Prezydenta zaniósł osobiście minister Bartoszewski. Tam go wyśmiano i poinformowano, że na Bratkiewicza nigdy nie zgodzi się prezydent.
Dobrze mieć w państwie prezydenta.

Wydanie: 6/2001

Kategorie: Kraj
Tagi: Attaché

Napisz komentarz

Odpowiedz na treść artykułu lub innych komentarzy