Notes dyplomatyczny

Notes dyplomatyczny

W MSZ-ecie bardzo się ubawiono telewizyjnymi relacjami z pobytu ministra Bartoszewskiego w Moskwie. Przede wszystkim z relacji dziennikarzy. Najpierw relacjonowali oni, że minister Bartoszewski pojechał do Moskwy, by ustalić termin przyjazdu do Polski prezydenta Putina i premiera Kasjanowa. Bo te wizyty mają być przełomem we wzajemnych stosunkach. Potem pytali się w eter – czy przyjadą w pierwszej, czy w drugiej połowie roku? Zupełnie jakby przez gardło nie mogło im przejść pytanie najprostsze: czy Moskwa polsko-rosyjski przełom przeprowadzi z premierem ustępującym, czyli Buzkiem, czy też z premierem przyszłym, czyli z Leszkiem Millerem? Albo też inaczej: z kim Moskwa ów przełom będzie wolała przeprowadzić? Z kim będzie jej wygodniej?
Oto więc widzimy jak na dłoni, do czego prowadzi marna polityka: w dziedzinie stosunków polsko-rosyjskich (a od ich jakości zależy nie tylko pole manewru naszej gospodarki, ale i nasza pozycja na Zachodzie) atuty znalazły się w rękach Moskwy.
Po tej smutnej refleksji czas na coś weselszego. Otóż w telewizji pokazano ministra Bartoszewskiego, jak zwiedzał Moskwę w zdefasonowanym, pamiętającym czasy głębokiego PRL-u kożuszku, czym zdecydowanie wyróżniał się od otoczenia. Więc w gmachu przy Szucha co poniektórzy już zaczęli organizować zbiórkę pieniędzy, żeby kupić ministrowi jakiś porządny płaszcz. Bo naprawdę w ubranku nadającym się do wyprowadzania psa na spacer dyplomatycznych wizyt raczej się nie składa…
Poza tym, w MSZ-ecie wszystko po staremu: ustawiają się w kolejce nowi kandydaci do zagranicznego wyjazdu. I tak do Paryża jedzie Jan Tombiński. Tombiński do tej pory był widziany jako specjalista od Czech i Słowenii, tam był na placówkach. Potem, w centrali, został dyrektorem-koordynatorem, czyli szefem departamentu, na którego skład osobowy składał się on sam, jego asystent i sekretarka. A do jego zadań należy koordynowanie pracy trzech innych departamentów. W przypadku Tombińskiego sprowadzało się to do zmieniania przecinków w przechodzących przez jego biurko pismach. Śmieszne? No, nie za bardzo. Ale tak mniej więcej wygląda praca sześciu dyrektorów-koordynatorów, których wymyślili twórcy szeroko reklamowanej przed paroma laty “reformy MSZ”.
Na liście nowych ambasadorów jest też były wiceminister kultury (w latach 1997-99) – Sławomir Ratajski, który jedzie do Buenos Aires. Ratajski o polityce zagranicznej pojęcia nie ma, w MSZ-ecie nigdy nie pracował. Za to zna hiszpański i angielski, i był wiceministrem w rządzie Jerzego Buzka – więc zdaniem naszych decydentów, kwalifikacje ma na fest. No i potrafi jeszcze coś – jest artystą-malarzem, docentem w warszawskiej ASP.
Co taki człowiek, z takimi umiejętnościami, z zerowym doświadczeniem w dyplomacji, może wnieść do naszej polityki zagranicznej? – pytają więc sceptycy.
A optymiści im odpowiadają: Jak to co? Będzie malował portrety paniom z korpusu dyplomatycznego.
Oby.

Wydanie: 7/2001

Kategorie: Kraj
Tagi: Attaché

Napisz komentarz

Odpowiedz na treść artykułu lub innych komentarzy