Notes dyplomatyczny

Notes dyplomatyczny

Wiceminister Przemysław Grudziński wyjechał do Waszyngtonu, gdzie będzie naszym ambasadorem i – tak jest zawsze – zaczęto w MSZ dyskutować, kto go zastąpi. A w zasadzie zaczęto dyskutować o czymś innym. Otóż na MSZ-owskich szczytach zrobiło się dość pusto. Widać to było w ubiegłym tygodniu, kiedy z prezydentem Kwaśniewskim wyjechał do Francji wiceminister Ananicz, zajmujący się kadrami MSZ-u. Wtedy pustka stała się jeszcze wyraźniejsza – bo mamy ministra Geremka, który rośnie jak samotny, stary dąb (więc nic w pobliżu już się nie utrzyma) i długo, długo nic. Jerzy Kranz jest nowym wiceministrem, więc wdraża się do obowiązków. Radek Sikorski woli – widać to wyraźnie – karierę partyjnego aparatczyka, więc poświęca się reprezentowaniu RS AWS za granicą. A pani Tuge-Erecińska, pierwsza kobieta-wiceminister w historii MSZ, również nie błyszczy. I teraz pytanie za sto punktów: czy nie błyszczy dlatego, że jest dziwnie często pomijana w rozdzielnikach i nie dostaje poczty, którą powinna dostawać, czy też jest pomijana, bo nie błyszczy?
W MSZ mówi się też, choć zdecydowanie rzadziej, o przyszłych losach PISM-u. Jest już dyrektor tej szacownej, zmartwychwstałej placówki, Ryszard Stemplowski, były ambasador w Wielkiej Brytanii. Nowy dyrektor jest pełen zapału, chwali sobie pensję w wysokości 3400 zł (cóż to jest wobec pensji ambasadora!), w gazetach ukazały się ogłoszenia o naborze kadry do PISM, więc Instytut pewnie niedługo ruszy. Tylko gdzie? Stemplowski z optymizmem twierdzi, że PISM będzie działał tam, gdzie zawsze, czyli na Wareckiej. Tylko że wówczas trzeba byłoby wyrzucić stamtąd bodajże trzy departamenty. Gdzie? Otóż na ulicę Tyniecką, tam, gdzie mieściła się bursa dla dzieci, których rodzice przebywali na placówkach zagranicznych. Ach, co to był za dom! W czasach PRL-owskich rodzice na placówkach wciąż mieli wyrzuty sumienia, że zostawili swoje dzieci na pastwę losu, więc nie skąpili im dewiz na czekoladki i inne przyjemności. A dzieci? Cóż – dużo pieniędzy, rodzice daleko, nikt w zeszyty nie zagląda – czegóż od życia oczekiwać? Dla pewnego pokolenia Tyniecka jest synonimem wesołego życia i, mówiąc szczerze, genius loci tego budynku nijak nie przystaje do poważnego instytutu naukowego. Ale i nie pasuje do Departamentu Planowania Polityki, który miałby się tam przenieść… Ciekawe, jak to wszystko się skończy.
Tak jak ciekawe jest, jak skończy się kariera Gabriela Beszłeja, obecnego ambasadora w Meksyku. Beszłej karierę zrobił dzięki Wiesławowi Walendziakowi, najpierw w telewizji, potem w Kancelarii Premiera. Teraz wysłano go na ambasadora do Mexico City. I Beszłej, i jego podwładni rwą sobie włosy z głowy. On nie potrafi dokończyć adaptacji rezydencji i narzeka, że do swojego mieszkania jeździć musi trzy godziny. Więc śpi w biurze i w ogóle zachowuje się tak, jakby nie wiedział, czym ambasador powinien się zajmować. Bo nie wie, i niby skąd miałby wiedzieć. O tym wiedzieli wszyscy, więc po co go wysyłali?
Attaché

Wydanie: 21/2000

Kategorie: Kraj
Tagi: Attaché

Napisz komentarz

Odpowiedz na treść artykułu lub innych komentarzy