Notes dyplomatyczny

Notes dyplomatyczny

W ubiegłym tygodniu szerszej publiczności w Polsce przypominał się Zdobysław Milewski, w dawnych czasach doradca prasowy premier Hanny Suchockiej. Kilka lat temu Milewski wybrał dyplomację – i pojechał do Grecji na stanowisko ambasadora. Czyli, konkretnie, Wojciecha Lamentowicza, który do Aten trafił wprost ze stanowiska podsekretarza stanu w Kancelarii Prezydenta Kwaśniewskiego.

Milewski znalazł się w Atenach w jasno określonym celu: otóż, gdy władzę zdobyła koalicja AWS-UW, i w MSZ, i w Kancelarii Premiera czyniono podchody, by Lamentowicza odwołać. Zupełnie oficjalnie wymieniano jego nazwisko wśród tych, którzy mają z MSZ odejść. Tak, w Warszawie, jak i w Atenach – gdzie Milewski dawał mu do zrozumienia, kto na placówce jest ważniejszy. Ale ostatecznie, przede wszystkim za sprawą prezydenta, czystki ambasadorów w MSZ nie było i Lamentowicz na posadzie się utrzymał.

Tymczasem teraz, gdy ambasada polska w Atenach komentowała okoliczności tragicznej śmierci posła Urbańczyka, w jej imieniu występował Milewski A coż się stało z Lamentowiczem? Po pierwsze, skończył zwyczajowy, czteroletni okres jego ambasadorowania. Więc został odwołany do kraju. A po drugie, do kraju nie wrócił. W ostatnich miesiącach swego urzędowania Lamentowicz zaczął szukać sobie pracy w Grecji. Najpierw starał się o stanowisko dyrektora szkoły polskiej. To nie wyszło, wybrał więc posadę przedstawiciela „Warty” w Grecji. Po zakończeniu misji oddał swój paszport dyplomatyczny i rozpoczął w Atenach nową pracę. Był ambasadorem, teraz jest przedstawicielem towarzystwa ubezpieczeniowego. No cóż, widocznie mu to odpowiada. Trochę inaczej potoczyły się z kolei losy Stanisława Cieniucha. Cieniuch pracował w MSZ przed rokiem 1989, potem był ambasadorem RPA, później pracował w centrali, w końcu minister Bartoszewski wysunął jego kandydaturę na ambasadorów. Dwie, trzy to ludzie z układu solidarnościowego, a jedna postkomunista – czyli, na przykład, Cieniuch.

Tak było i tym razem, sejmowa komisja kandydata przegłosowała, prezydent podpisał nominację i cóż się stało? Cieniuch z wyjazdu do Libanu zrezygnował. Z oczywistego powodu – załatwił sobie, prywatnymi kanałami, pracę w ONZ. Lepiej płatną, z wyższą emeryturą. Więc teraz będzie służył pod błękitną flagą. A Liban, proszę bardzo, odstępuje komuś innemu.

Teraz pora na morał: gdyby Lamentowicz i Cieniuch byli ludźmi związanymi z Unią Wolności albo Platformą Obywatelską, natychmiast politycy obu tych partii opowiadaliby, że w MSZ zarabia się tak mało, iż najlepsi wybierają konkurencyjne oferty i odchodzą (pardon – zmuszeni są odchodzić). My bądźmy skromniejsi i mówmy tak: w MSZ nabiera się takich kwalifikacji, że potem w „Warcie” przyjmują nas z otwartymi rękami.

Wydanie: 33/2001

Kategorie: Kraj
Tagi: Attaché

Napisz komentarz

Odpowiedz na treść artykułu lub innych komentarzy