Notes dyplomatyczny

Notes dyplomatyczny

Uderz w stół, a nożyce się odezwą. Napomknęliśmy tydzień temu o budowie ambasady RP w Berlinie, która jeszcze się nie rozpoczęła, a już pochłonęła dziesiątki milionów złotych. Oraz o tym, że budynek starej ambasady, a w zasadzie pustostan, straszy na reprezentacyjnej ulicy Berlina Unter den Linden, niedaleko Bramy Brandenburskiej, budząc ironiczne uwagi Niemców.
Po tym wszystkim otrzymaliśmy kilka listów i zdjęć. A także prośby, byśmy dokładniej opisali ten skandal, któremu NIK poświęca kilkusetstronicowy raport.
W skrócie więc przypominamy kamienie milowe afery. Wszystko zaczęło się, gdy MSZ ogłosiło konkurs na projekt nowego budynku ambasady RP w Berlinie, który miał powstać w miejscu starej ambasady polskiej w NRD. Konkurs zorganizował SARP, a wygrał go kontrowersyjny projekt zespołu prof. Budzyńskiego. Dlaczego kontrowersyjny? Bo, po pierwsze, był mało „biurowy” – zawierał wiele metrów kwadratowych powierzchni, długich korytarzy, a jednocześnie niewiele miejsc do pracy. Po drugie, praca ta nie spełniała podstawowych wymogów konkursu. Po trzecie, nie uwzględniała rzeczy najważniejszej – okolice Bramy Brandenburskiej są objęte w Berlinie ochroną konserwatorską. Oznacza to konieczność uzgodnienia projektu z konserwatorem oraz uzyskania zgody Senatu Berlina. A z góry było wiadomo, że projekt Budzyńskiego tej aprobaty nie uzyska. Po czwarte wreszcie, MSZ podpisało z pracownią Budzyńskiego skandaliczną umowę. Zgodnie z jej treścią, wszelkie zmiany projektu, tak, by odpowiadał wymogom postawionym przez Senat Berlina, ma finansować MSZ. A poza tym umowa wiązała koszty projektu z kosztami budowy – czyli im większy byłby jej koszt (marmury, złote klamki etc.), tym proporcjonalnie więcej pracownia miała otrzymać pieniędzy.
No i stało się. Senat Berlina kazał projekt zmienić. I jego koszty (czyli ambasady na papierze) urosły do 23 mln zł. Tyle domaga się od MSZ Budzyński.
Natomiast sam koszt inwestycji oszacowano na… 200 mln zł. Czyli pięciokrotnie więcej, niż wydali na budowę ambasady w Warszawie Kanadyjczycy.
To jeszcze nie koniec skandalu. Otóż okazało się, że MSZ nie ma jakichkolwiek pieniędzy na budowę ambasady, a poza tym nawet jakby miało – nie warto jej budować, bo jej utrzymanie (np. konieczność comiesięcznego mycia szklanej elewacji) przerasta finansowe możliwości ministerstwa.
Jaką mamy wiec sytuację? MSZ ma niepotrzebny projekt, za który musi zapłacić miliony. Ponadto musi wydać pieniądze na projekt nowy. No i wreszcie coś zbudować na terenie budzącego ironiczne komentarze pustostanu.
I jeszcze jedno – jak mogło dojść do takiej sytuacji? Że MSZ nie mając pieniędzy, co stanowi naruszenie ustawy o finansach publicznych, targnęło się na taką inwestycję? A potem przyjęło niekorzystną umowę? A potem tolerował kosztowne zmiany w projekcie? W MSZ wszyscy wskazują na byłego dyrektora generalnego, Michała Radlickiego, który rzecz całą pilotował od początku do końca. Ale na wskazywaniu się kończy – bo właśnie Radlicki wyjechał na ambasadora do Rzymu. Panie ministrze, w nagrodę?

Wydanie: 3/2002

Kategorie: Kraj
Tagi: Attaché

Napisz komentarz

Odpowiedz na treść artykułu lub innych komentarzy