Notes dyplomatyczny

Notes dyplomatyczny

Nie cała nasza dyplomacja jest taka jak konsul Krzysztof Kasprzyk z Los Angeles, który – przypomnijmy – na oczach premiera Millera i jego staffu podczas wizyty w USA pokłócił się z szefem Wydziału Ekonomiczno-Handlowego naszej ambasady. Panom poszło o to, kto za co odpowiada i czego zapomniał zorganizować.
I oto parę dni po tym występie premier poleciał do Indii i Singapuru. Tam spotkała go miła niespodzianka. Obie wizyty były bardzo dobrze zorganizowane. A były takie spekulacje…
Przypomnijmy, ambasadorem w Indiach jest Krzysztof Majka, były senator AWS, osoba z politycznego rozdania. Co poniektórzy spodziewali się więc, że ambasador nie będzie zbytnio się rwał do promowania premiera wywodzącego się z lewicy. Tymczasem na miejscu okazało się, że ambasador zorganizował wizytę profesjonalnie, nie odpuszczając żadnego ważnego elementu. Członkowie delegacji z Polski mogli naocznie się przekonać, że ambasador ma dobre kontakty z elitą władzy w Indiach, jest tam znany i poważany.
Czegóż więc więcej wymagać?
Majka nie jest jedynym ambasadorem w regionie, z którego Polska ma pożytek. Takim zawodowcem jest na pewno Marek Paczucha, ambasador w Malezji. Paczucha pracuje w Kuala Lumpur od bodajże ośmiu lat, jest pod tym względem rekordzistą, no i dziekanem korpusu dyplomatycznego w Malezji. Zna wszystkich ważnych ludzi w Kuala Lumpur, czy to w elitach władzy, czy w korpusie. I oni go znają.
Po co to wszystko piszemy? Otóż także dla pewnej konstatacji. Bo polska dyplomacja oceniana jest jako służba dość przeciętna, raczej gorsza niż lepsza. Statystycznie. Na tę generalną ocenę składają się opinie o takich urzędnikach jak Majka czy Paczucha, którzy ciągną ją w jedną stronę, oraz – na przykład – o ambasadorze w Tajlandii, Jerzym Surdykowskim, który ciągnie ją w stronę przeciwną…
Jak więc widać, polityczne plakietki nie odgrywają w tym wszystkim większej roli, po prostu albo jest się dobrym, albo nie.
Tylko że nie wszystkim dane jest przejść taki test. Często z własnej winy. Ostatnio na korytarzach w budynku przy al. Szucha opowiada się historię Karola Drozda, urzędnika o wieloletnim stażu w MSZ, zwłaszcza w Departamencie Konsularnym. Otóż Drozd wrócił jakiś czas temu z Tel Awiwu, gdzie był szefem Wydziału Konsularnego. No i szybko zaczął chodzić wokół stanowiska ambasadora, dla siebie oczywiście. Miłościwa MSZ-etowska władza zaproponowała mu ambasadorowanie w Libanie. Ale Drozd za Bejrut podziękował, bo celował w stanowisko ambasadora w Izraelu.
Celował i spudłował, do Libanu pojechał Waldemar Markiewicz, a minister Cimoszewicz oświadczył że Drozda do Tel Awiwu nie pośle. Czego zresztą spodziewali się niemal wszyscy w MSZ.
Przypadek Drozda pokazuje nam ciekawy fragment życia naszej dyplomacji: grę o placówkę. Ta gra jest niezwykle delikatna i przypomina trochę pokera. Można zadowolić się małym lub walczyć o większe. Drozd mógł więc zostać ambasadorem w Bejrucie, ale wolał grać wyżej. No i przegrał całą pulę.

Wydanie: 11/2003

Kategorie: Kraj
Tagi: Attaché

Napisz komentarz

Odpowiedz na treść artykułu lub innych komentarzy