Notes dyplomatyczny

Notes dyplomatyczny

Marek Jędrys został zaakceptowany przez sejmową Komisję Spraw Zagranicznych i pojedzie jako ambasador do Austrii. To nie było zaskakujące wydarzenie, o tym, że Jędrys, dyrektor Departamentu Europy, pojedzie do Wiednia, wiedziano parę miesięcy temu. Ale sejmowa komisja jest ostatnim etapem zatwierdzenia ambasadora, po nim jest już tylko wyjazd. Więc przesłuchanie Jędrysa ponownie ożywiło dyskusje o tym, kto go zastąpi na stanowisku dyrektora departamentu.
Okazuje się, że odpowiedź na to pytanie jest dziecinnie prosta – Jędrysa nikt nie zastąpi. I to nie tylko dlatego, że jest dobrym dyrektorem. Jego departament zostanie praktycznie zlikwidowany. Po wejściu do Unii Europejskiej stosunki dwustronne z państwami Unii i takimi jak Norwegia czy Islandia zostaną włączone do Departamentu Unii Europejskiej, którym kieruje Paweł Świeboda.
A co z pozostałymi państwami europejskimi, wschodem i południem kontynentu? Zostaną w departamencie, tylko że będzie on przypominał bardziej dawny departament Europy II lub Europy Wschód. No i trwają dociekania, kto będzie jego szefem. Jest tu kilka opcji. Pierwsza zakłada, że szefem tego nowego departamentu będzie dotychczasowy zastępca Jędrysa, Zbigniew Raczyński, specjalista od wschodu Europy, spokojny i kompetentny urzędnik. Ale są i inni kandydaci. Wciąż po MSZ chodzi nazwisko Stanisława Komorowskiego, który właśnie wraca z Londynu, gdzie był ambasadorem. No i jakieś stanowisko w centrali będzie musiał objąć. A był wcześniej dyrektorem Departamentu Europy… Jest już zresztą komentarz do jego ewentualnej nominacji – ponieważ Komorowski należał do bliskich współpracowników Bronisława Geremka, odebrano by to jako kolejny ukłon ministra Cimoszewicza w stronę poprzednika.
Ale na ministerialnej giełdzie coraz częściej pojawia się nazwisko Jarosława Bratkiewicza, obecnie szefa funkcjonującej w resorcie Grupy Zadaniowej ds. Iraku. No, gdyby on został dyrektorem nowego departamentu, byłaby to pewna sensacja. Bo to człowiek, jak na MSZ, bardzo nietypowy. Mówiąc w skrócie – absolwent moskiewskiej MGIMO, a jednocześnie otwarty i zagorzały sympatyk prawicy. A takie mieszanki w MSZ raczej się nie zdarzają. MGIMO-owcy, na których polowano na początku lat 90., to dziś ludzie z reguły głęboko ukrywający swoje polityczne sympatie (przychodzi im to zresztą nad wyraz łatwo, wręcz w naturalny sposób), a jeżeli któryś z nich wyjawi, co lubi, jest to raczej lewica.
Bratkiewicz wyróżnia się więc w sposób dwojaki – po pierwsze, ma poglądy polityczne, a po drugie, otwarcie je manifestuje. A po trzecie, w MSZ do tego już się przyzwyczajono i traktuje się to jako nieszkodliwe dziwactwo. Więc ponieważ Bratkiewicz jest sprawnym dyplomatą, mało kto zwraca uwagę na takie hobby…
Ha! To by było śmieszne, gdyby został tym dyrektorem, a potem przyszła prawica i go gdzieś w ministerstwie zadołowała jako MGIMO-owca i osobę wysługującą się Cimoszewiczowi…

Wydanie: 20/2004

Kategorie: Kraj
Tagi: Attaché

Napisz komentarz

Odpowiedz na treść artykułu lub innych komentarzy