Notes dyplomatyczny

Notes dyplomatyczny

Na początek sprostowanie – ministrowi Geremkowi, jak się okazało, przeszkadza, że minister Pałubicki i jego UOP prowadzą własną politykę zagraniczną. Geremek zabrał wreszcie głos i powiedział jasno, kto odpowiada za politykę zagraniczną państwa, a kto za łapanie szpiegów. I słusznie. Chociaż – czy nie za późno? Kilka miesięcy zadrażnień spowodowało, że sami wypchnęliśmy się ze świata wielkiej polityki. W tym świecie, kto się nie spotyka, tego po prostu nie ma. Więc nas – taka jest logika – w stosunkach z Rosją nie ma. I długo nie będzie. Bo prezydent Putin ma wypełniony kalendarz spotkań na najbliższe kilkanaście miesięcy. I w zasadzie do Polski (to teoretyczna ewentualność) mógłby przyjechać późną jesienią roku 2001 – dopiero w tym czasie ma wolne terminy. Ale czy wówczas premierem będzie jeszcze Jerzy Buzek?

Kalendarz Putina to jedno, a kalendarz w Polsce – to drugie. Panuje w MSZ opinia, że wkraczamy w okres kampanii wyborczych. Więc, jeśli chodzi o ambasadorów, to spodziewajmy się raczej zmniejszenia tempa zmian. Tu minister będzie wolał poczekać z nominacją te parę miesięcy, na czas po wyborach. Podobny mechanizm – acz z innych przyczyn – już dotyczy wyjazdów na niższe stanowiska. W MSZ mówi się, że w tym roku rotacja jest mniejsza niż zwykle. I że w związku z tym spodziewać się należy zwiększonego ruchu w roku przyszłym – wtedy na placówki wyjeżdżać mają „swoi). Na rok 2001, na czas przed wyborami parlamentarnymi, spodziewana jest zwiększona fala wyjazdów. Czyli zwykła ewakuacja na cztery lata.

To rozumowanie ma swoją logikę, zwłaszcza jeśli przypatrzymy się, jak sobie poczyna Dyrektor Generalny, Michał Radlicki. Który prowadzi w gruncie rzeczy bardzo prostą politykę kadrową, według zasady „naszego do góry, obcego w dół”. Doświadczył tego niedawno Leszek Wiecheć, za czasów Olechowskiego wicedyrektor Departamentu Personalnego, w ostatnich latach konsul w Edynburgu. Otóż Wiecheć wrócił (zgodnie z rotacją) do Polski i zgłosił się do centrali. Ale tu najpierw Dyrektor Generalny wysłał go na trzymiesięczny urlop bezpłatny, a potem oświadczył, że pracy dla niego nie ma. I w ten sposób pozbył się bardzo sprawnego urzędnika, jeszcze przed czterdziestką, którego jedyną wadą było to, że studiował w Moskwie. Mój Boże, Amerykanie starają się, by jak najwięcej swoich ludzi umieścić na studiach w MGIMO, a u nas absolwentów tej uczelni traktuje się jak zadżumionych…

Co ciekawe, Radlicki wielkiej krzywdy Wieciechowi nie wyrządził – bo ten zmuszony odejść z MSZ, od ręki znalazł zatrudnienie w British Petroleum.

Cała historia ma więc swój morał. Oto on: otóż nieprawdą jest, gdy minister lub jego zastępcy lamentują, że z MSZ odchodzą fachowcy i nie można ich zatrzymać, bo firmy zachodnie oferują im wielokrotnie wyższe pensje. Fachowcy – a zdarza się to zbyt często – odchodzą dlatego, że po prostu się ich wyrzuca, bo są ze złego układu. Pensje są sprawą drugorzędną. Chociaż, przepraszam, zdobyte za pomocą lamentów pieniądze znakomicie się przydają. Bo można obdarować nimi „swoich”, pod pretekstem np. kwartalnych premii.

Wydanie: 15/2000

Kategorie: Kraj
Tagi: Attaché

Napisz komentarz

Odpowiedz na treść artykułu lub innych komentarzy