Notes dyplomatyczny

Notes dyplomatyczny

Mieliśmy małą próbkę tego, czym będzie się zajmować wkrótce polska dyplomacja. Oto kilkanaście dni temu Rada Ministrów Unii Europejskiej przyjęła projekt dyrektywy dotyczący patentowania programów komputerowych. Przedstawiciel Polski, minister Jarosław Pietras, szef KIE, był za, no i mieliśmy z tego powodu w Polsce niezłą burzę. Bo patentowanie algorytmów programów komputerowych w efekcie będzie korzystne dla wielkich korporacji, a uderzy w małe firmy z branży IT. Czyli także w polskie firmy.
Czyli strzeliliśmy sobie gola? Sęk w tym, że nie wiemy. Bo, jak tłumaczył Pietras, mieliśmy głosować przeciw, tak jak Niemcy, gdyż oni również byli przeciw, ale w trakcie debaty zgłoszono takie poprawki, że Niemcy dyrektywę poparli. I my również. A czy to dobrze, czy źle? Nie wiadomo, bo eksperci mówią różnie, jedni, że poprawki są tym, czego Polska oczekiwała, drudzy – że jest wręcz przeciwnie.
Ten mały epizod pokazuje wyzwania, które nas czekają, a wobec których jesteśmy bezradni.
Po pierwsze, okazuje się, że najważniejsze decyzje dotyczące polskiej gospodarki zaczynają zapadać w Brukseli. Jedno głosowanie i cała branża może iść do piachu. Trzeba więc to wszystko dokładnie monitorować, żeby nie budzić się z ręką wiadomo gdzie. Po drugie, oprócz monitorowania trzeba trzymać rękę na pulsie i być na wszystko przygotowanym. W Unii wszystko ma swój czas. Jest na przykład czas zgłaszania poprawek. Nie może być tak, że wraca się do spraw wcześniej uzgodnionych. Jakiś czas temu występował w Brukseli minister Raczko, domagając się zniesienia VAT na Internet, i go wyśmiano, bo na takie wnioski był czas siedem miesięcy wcześniej, a teraz sprawa była już zamknięta.
Kazus dyrektywy komputerowej pokazuje jeszcze dwa elementy. Otóż zobaczyliśmy wyraźnie, jak Polska do tej batalii była nieprzygotowana. Nie braliśmy udziału w dyskusji, nie zgłaszaliśmy poprawek i wniosków, ba, jak widać, nawet do teraz nie wiemy, jak ta dyrektywa rzeczywiście wygląda. I całym naszym pomysłem było głosować tak jak Niemcy, co akurat nie było złe, bo Niemcy należą do państw, które są najlepiej przygotowane do brukselskich debat. Po drugie, sprawa pokazała, jak ważna jest komunikacja między Brukselą a centralą, urzędami w Warszawie, by na bieżąco korygować polskie stanowisko. Tego też nie było…
Sprawy unijne będą dla Polski z każdym miesiącem coraz ważniejsze, więc i ekipy zajmujące się nimi muszą być liczniejsze i lepiej przygotowane. Spójrzmy na innych. Gdy są jakieś ważne sprawy, nawet na poziomie projektów, z Wielkiej Brytanii do Brukseli zjeżdżają wiceministrowie danych resortów, by na miejscu koordynować działania, negocjować. U nas jest tak, że nasz człowiek, gdy przychodzi chwila głosowania, ma godzinę na połączenie się z Warszawą, z danym ministerstwem, by otrzymać instrukcję. Zadaje więc pytanie, na które otrzymuje odpowiedź… po tygodniu.
A jakie to wszystko ma przełożenie na Polskę, na sprawy kadrowe? O tym za… tydzień.

Wydanie: 23/2004

Kategorie: Kraj
Tagi: Attaché

Napisz komentarz

Odpowiedz na treść artykułu lub innych komentarzy