Notes dyplomatyczny

Notes dyplomatyczny

No tak, jak można było się spodziewać, Andrzej Ananicz po objęciu stanowiska szefa Agencji Wywiadu będzie chciał ściągnąć do tej instytucji (na kierownicze stanowiska) paru ludzi pracujących dziś w MSZ. Więc w MSZ już się mówi, że do AW ma pójść m.in. Marek Prawda, obecny ambasador w Sztokholmie.
Prawda przyszedł do MSZ w roku 1992, jako mężczyzna trzydziestoparoletni, doktor socjologii.
Wcześniej był sekretarzem Towarzystwa Polsko-Niemieckiego, i prezes tego towarzystwa rekomendował go do pracy w dyplomacji. Tak w każdym razie wygląda oficjalna wersja. Od roku 1992 Prawda błyskawicznie wspinał się na szczeble MSZ-etowskiej kariery. Najpierw wyjechał do ambasady w Bonn, gdzie był I sekretarzem, potem radcą, a następnie radcą ministrem pełnomocnym i charge d\’affaires. Gdy wrócił do kraju, objął od razu fotel wicedyrektora Departamentu Europy Zachodniej, by niedługo, w roku 1998, zostać jego dyrektorem. W ciągu sześciu lat osiągnął pozycję, na którą pracuje się w MSZ lat 20. W 2001 r. wyjechał do Szwecji na stanowisko ambasadora. A ówczesny minister, Władysław Bartoszewski, gdy rekomendował w Sejmie jego kandydaturę, mówił z właściwą sobie bezpośredniością, że Prawda jest tak inteligentny, doświadczony i wykwalifikowany, że w zasadzie szkoda go wysyłać do takiego kraju jak Szwecja.
No to teraz, przy Ananiczu, będzie mógł rozwinąć skrzydła.
Jeżeli już jesteśmy przy ambasadorach, których można z powodzeniem wysłać na większe, bardziej odpowiedzialne placówki, nie sposób nie wspomnieć Józefa Osasa, który ma jechać do Libii.
Osas to zawodowy dyplomata, arabista po MGIMO, który od ponad 30 lat zajmuje się krajami arabskimi. Był na placówkach w Libii, Libanie, Syrii i Egipcie. I teraz, na zwieńczenie kariery, jedzie jako ambasador do Trypolisu. Nikt w MSZ nie ma wątpliwości, że będzie bardzo dobrym ambasadorem. Tym bardziej że ma on cechę charakterystyczną dla pracujących w MSZ arabistów – potrafi godzinami opowiadać o świecie arabskim, i to w sposób zajmujący, pełen pasji.
To zresztą było widać podczas posiedzenia sejmowej Komisji Spraw Zagranicznych, która opiniowała jego kandydaturę, kiedy posłowie wystawiali mu laurki. Bo to on był inicjatorem współpracy parlamentarzystów z Polski i krajów państw arabskich. No i organizował wyjazdy, spotkania, wyjaśniał, rozjaśniał.
Żona Osasa, Urszula, również jest dyplomatą. Gdy parę lat temu przebywali na placówce w Kairze, on był zastępca ambasadora Dziemidowicza, a ona attaché kulturalnym (aczkolwiek nie na etacie, tylko na ryczałcie). No i tak rozkręciła robotę, że uznawano ją za najlepszego polskiego attaché kulturalnego w regionie Afryki i Bliskiego Wschodu. Festiwale filmowe, wystawy, nasze misje archeologiczne – Polska pokazała się w Egipcie. Zadowolony z jej pracy ambasador wnioskował w Warszawie, by dać jej etat i awansować na stanowisko I sekretarza. Lecz centrala to odrzuciła. Teraz, w Libii, pani Urszula będzie w innej roli. Ale pewnie zapału jej nie zabraknie.

Wydanie: 33/2004

Kategorie: Kraj
Tagi: Attaché

Napisz komentarz

Odpowiedz na treść artykułu lub innych komentarzy