O Gombrowiczu, Kafce, Miłoszu

O Gombrowiczu, Kafce, Miłoszu

Co ma czytać inteligent – zaproszenie do dyskusji
Jaki jest cel przedstawiania szkołom określonego kanonu lektur? Narzucane w ten sposób książki mają wzbudzić emocje, skłonić do zastanowienia, przekazać wartości? Ułatwić poznanie (i zrozumienie) bliskich, otoczenia, świata?
Co Państwo pamiętają z prac autorów z kanonu, z wbijanych do głowy wersów wielkich klasyków? Czy u Schulza za dużo snu i erotyki, a u Herberta – mitów i historii? Zachęcamy Państwa do podzielenia się na łamach „Przeglądu” przemyśleniami na temat kanonu lektur – co współczesny inteligent znać powinien, z jakich lektur może zrezygnować, a które zechce przemyśleć i podjąć z nimi dyskusję?
Redakcja

Liberum veto

W tym roku mija 70. rocznica ukazania się „Ferdydurke” (1937). Mogło to być okazją do wielostronnej wymiany myśli o pisarzu, o którym można nieskończenie. Niestety, wybryki ministra Giertycha, który w kanonie lektur zastąpił Gombrowicza Dobraczyńskim, zablokowały merytoryczną dyskusję, powodując istną walkę na miny. I tak na przykład dzięki znanemu z figlów posłowi Januszowi Palikotowi, temu swawolnemu Dyziowi PO – w Warszawie odbył się happening, na którym za minę można było dostać w prezencie „Ferdydurke”…
Wobec tego chciałabym zaproponować trochę trudniejszą rozrywkę – grę w cytaty.
Oto, co Gombrowicz pisał w „Dzienniku” o „Procesie” Kafki i w ogóle o tym twórcy:
„…zabrałem się ponownie do przeglądania „Procesu”. Ale i tym razem nie udało mi się przeczytać uczciwie tej książki – olśniewa mnie słońce genialnej metafory, przebijające się przez opary Talmudu (sic!), ale czytać stronę za stroną, nie, to ponad siły. Kiedy będzie wiadomo, dlaczego w naszym stuleciu tylu wielkich artystów napisało tyle nieczytelnych książek. I jakim cudem te książki nieczytelne i nieczytane zaważyły jednak na stuleciu i są sławne”.
I jeszcze w eseju „Przeciw poetom”:
„Jeśli weźmiemy utwory takie, jak na przykład „Śmierć Wirgiliusza” Brocha lub „Ulisses”, albo niektóre dzieła Kafki, to doznamy wrażenia, iż „wybitność”, „wielkość” tych utworów urzeczywistnia się w próżni, że należą do tych książek, o których wszyscy wiedzą, że są wielkie… które jednak w jakiś sposób są nam odległe, niedostępne i zimne”.
Czy przypominam te książki, aby zniechęcić do „talmudycznego” (jak uważa Gombrowicz) Kafki, a może przyczynić się do powtórnego skreślenia go z listy lektur? Uchowaj Boże! Wielokrotnie „uczciwie” czytałam „Proces” i uważam, że jest to jedno z najważniejszych dzieł literackich ubiegłego wieku. Co więcej, swego czasu szczegółowo uzasadniałam taki pogląd, proponując własną, nietypową interpretację sprawy Józefa K. Ale to już inna bajka. Zaś osobliwą opinię Gombrowicza zacytowałam, aby wskazać, że nie należy zbyt pochopnie utożsamiać się z kimkolwiek, nawet z autorem „Ferdydurke” i „Trans-Atlantyku”. I że do jego wieloznacznej, a tak inspirującej intelektualnie twórczości podchodzić należy z szacunkiem, ale nie bezkrytycznie. Jak w ogóle do wszelkich wybitnych dzieł, z których twórcami nie musimy się zgadzać, bylebyśmy potrafili wyjaśnić, dlaczego ich wizja świata nam nie odpowiada.
Tak właśnie czynił Czesław Miłosz w stosunku do Gombrowicza.
W „Historii literatury polskiej” (pierwsze wydanie z roku 1969, tuż po śmierci Gombrowicza) Miłosz starał się jak najobiektywniej przedstawić dorobek pisarza. Subiektywizmowi pofolgował w zapiskach składających się na „Rok myśliwego”:
„Czy naprawdę podobają się tobie [samemu Miłoszowi – AT] powieści Gombrowicza? Ale uczciwie. Otóż nie. Nie zazdroszczę mu ich, nie chciałbym być ich autorem. Czy niepokoją mnie? Tak (…). A mój niepokój stąd, że skoro uznaję Gombrowicza za pisarza nowoczesnego, siebie muszę uznać za staroświeckiego. Grzeczny chłopczyk, wierzący w Bozię, spotyka się z dzikim łobuzem, który pokazuje język i gra na nosie (…). Mój spór z Gombrowiczem rzeczywiście obraca się wokół jego sporu o istnienie czegokolwiek poza naszymi percepcjami. (…) Niezbyt gorliwy wielbiciel Natury, bo jest bólem, jednak czuję obecność własną, wsobną, drzewa, zwierzęcia, kwiatu, podczas gdy dla Gombrowicza istnieją one tylko jako zagrożenie” (zapis z 1988 r.).
Nie mnie komentować wielokrotnie deklarowaną wiarę Miłosza w Boga chrześcijan. Chciałabym jednak podkreślić jego stosunek do Matki i do Przyrody w pięknym, późnym wierszu „W Szetejniach”, napisanym po powrocie do kraju lat dziecinnych, do krajobrazu litewskiego i do wspomnień o Matce – Miłosz pisał: „Ty byłaś mój początek i znów jestem z Tobą, tutaj gdzie nauczyłem się czterech stron świata”.
Porównajmy ten tekst z wyznaniami na temat matki, o której Gombrowicz tak mówił w „Rozmowie” z Dominikiem de Reux, tym swoim testamencie: „Zupełnie niezdolny byłem do miłości. Miłość została mi odebrana raz na zawsze, ale nie wiem, czy dlatego, że nie umiałem znaleźć na nią formy, właściwego wyrazu, czy też nie miałem jej w sobie? Nie było jej czy też ją w sobie zdusiłem? A może to matka mi ją zabiła”. A charakteryzował tę matkę – panią Marcelinę Antoninę z Kotkowskich Gombrowiczową – jako osobę do imentu samozakłamaną…
I należałoby o tym pamiętać, gdy wybrane utwory tego pisarza wrócą do kanonu lektur. Bo powinny wrócić, ale spór o autora „Ferdydurke” nie może sprowadzać się do walki na miny.
15 lipca 2007

PS Gdybym była „staroświecka”, zakończyłabym ten tekścik słowami Apostoła Pawła: „Gdybym mówił językami ludzi i aniołów, a miłości bym nie miał, byłbym jako miedź dźwięcząca albo cymbał brzmiący” (I Kor. 13,1)…

 

 

Wydanie: 31/2007

Kategorie: Opinie

Napisz komentarz

Odpowiedz na treść artykułu lub innych komentarzy