O Wrocławiu, kulturze, ESK 2016 i nie tylko – z prof. Adamem Chmielewskim

O Wrocławiu, kulturze, ESK 2016 i nie tylko – z prof. Adamem Chmielewskim

Wrocław to nieformalna stolica Ziem Północnych i Zachodnich w naszym kraju (dawniej mówiono – Ziem Odzyskanych). To miasto inne niż pozostałe polskie grody, pod wieloma względami. Architektonicznie, historycznie, z tytułu składu ludności (to takie multikulti postpolskiej przestrzeni od Odry po… Dniepr i Niemen, niosące ze sobą tradycje, sentymenty, wspomnienia, wartości kresowe, wileńskie, poleszuckie, ale i środkowopolskie czy małopolsko-podkarpackie). Od 1945 r. był Wrocław ważnym ośrodkiem kultury w Polsce: trzy nazwiska – Grotowski, Tomaszewski, Litwiniec – są tego najlepszym przykładem. To osobistości, giganci i animatorzy tej dziedziny życia, ambasadorzy polskiej kultury, znani w Europie i na świecie. Europejska Stolica Kultury goszcząca we Wrocławiu w 2016 r. była tej przeszłości i tradycji emanacją. Po prawie roku od zakończenia tej gigantycznej i znaczącej imprezy warto pokusić się o nieemocjonalny oraz zdystansowany dyskurs na ten temat. Z twórcą i autorem zwycięskiej aplikacji, pomysłodawcą i ideowym twórcą tego przedsięwzięcia, prof. Adamem Chmielewskim, rozmawia Radosław S. Czarnecki.

Adam Chmielewski – profesor w Zakładzie Filozofii Społecznej i Politycznej Uniwersytetu Wrocławskiego, redaktor naczelny czasopisma „Studia Philosophica Wratislaviensia”, autor zwycięskiej aplikacji Wrocławia o tytuł Europejskiej Stolicy Kultury 2016.

Jak to się stało, że zajął się Pan Europejską Stolicą Kultury?
– Byłem zaskoczony zarówno propozycją ze strony miasta, aby pokierować procesem budowania aplikacji konkursowej, jak i potem, kiedy kierowany przez mnie zespół ludzi, złożony z moich doktorantów, uporał się tak szybko z jej opracowaniem, i to mimo tego, że Wrocław, pod względem organizacyjnym, jak i koncepcyjnym, przystąpił do tej rywalizacji najpóźniej. Zaskoczenie potem się potęgowało, gdy przeszliśmy do drugiego etapu kwalifikacji, a było największe, gdy wygraliśmy. Cieszę się, że przyłożyłem rękę do tego, iż Wrocław został pierwszym polskim miastem, które zdobyło tytuł Europejskiej Stolicy Kultury nie dzięki nominacji, ale dzięki wygranej w wyjątkowo wymagającym konkursie.

Na czym Pan i zespół przez Pana kierowany opierał założenia zwycięskiego projektu?
– Należy najpierw wspomnieć, że nie mieliśmy żadnych znaczących doświadczeń w tym specyficznym przedsięwzięciu, jakim jest unijny program Europejskiej Stolicy Kultury. Moje osobiste doświadczenia w tym zakresie ograniczały się do pobytów w Linzu, który pełnił tę rolę w 2009 r. oraz w Brukseli. Każda europejska stolica kultury jest jednak wyjątkowa, zaś konkurs wymaga oryginalności w konceptualizacji problemu kultury w kontekście miejskim, trudno więc brać przykład z minionych wzorców. Założeniem podstawowym stała się dla nas taka prezentacja miasta i kultury, aby odejść od obowiązującego w Polsce i we Wrocławiu schematu, iż kultura jest traktowana jako coś elitarnego, a zarazem, wskutek skupienia w centrach miejskich, wymyka się uwadze i zainteresowaniu szerokich rzesz obywateli zamieszkujących peryferie, suburbia czy małe miejscowości. Mówiąc o tej „centralizacji” mam na myśli zarówno to, co dzieje się w miastach, jak i cały kraj. To, co nazywamy kulturą, na polską wieś niemal wcale dociera, a jeżeli tak, to niemal wyłącznie za pośrednictwem telewizora.

Dlaczego?
– Mogę udzielić tylko częściowej odpowiedzi. Kultura w naszym kraju finansowana jest głównie ze środków samorządowych i budżetowych, czyli z podatków. Wskaźnikiem (ale tylko wskaźnikiem!) tego, kto w największym stopniu składa się na budżet państwa i samorządu, jest podatek PIT. Około 97% tego podatku pochodzi z kieszeni obywateli, których dochody mieszczą się poniżej I progu podatkowego. Można przyjąć, że na całość budżetu składają się w przeważającej mierze daniny pochodzące od ludzi średnio- i niezamożnych. Zarazem produkcje kulturalne i artystyczne są realizowane z myślą o elicie: inteligenckiej, kulturalnej, finansowej, menedżerskiej, urzędniczej itd., tj. ludziach względnie dobrze i bardzo dobrze sytuowanych. Gdy się uczestniczy w imprezach organizowanych przez instytucje kulturalne, widać jak na dłoni, iż ludność najbiedniejsza, często cierpiąca wskutek rozmaitych wykluczeń, finansuje wyrafinowaną rozrywkę najbogatszym, sama nie korzystając z tych dóbr. Świat kultury i dostępu do niej stał się w Polsce tym samym kolejnym elementem deklasacji, wykluczenia, stygmatyzacji, pogłębiania stratyfikacji społecznych i ograniczania dostępu do edukacji. Nierówności w dochodach przekładają się na pozycję na drabinie społecznej, na dostęp do owych dóbr, a przez to i na wykształcenie. Moim zdaniem jest to kolejna z niesprawiedliwości naszego systemu.

To nie jest powszechnie akceptowana koncepcja i sposób myślenia, nie tylko o kulturze. Jak władze miasta odniosły się do tych założeń?
– Badania wykonane przez wrocławskich socjologów, przeprowadzone na dużej i reprezentatywnej grupie potwierdziły owe tezy, wynikające z moich filozoficznych i ideowych intuicji. Dla zdecydowanej większości obywateli Wrocławia instytucje kultury po prostu nie istnieją, ponad 60% nie korzysta z nich w ogóle, nie zagląda do nich. Dla wielu z nich wydarzeniem kulturalnym jest msza w lokalnym kościele, dzielnicowo-plenerowe imprezy, festyny, grill. Teatr, opera, wystawa, koncert, nawet kino – nie istnieją w ich świadomości absolutnie, a powody są głównie ekonomiczne. Gdy umieściłem te informacje w aplikacji, nie wszyscy we Wrocławiu byli z tego zadowoleni. Ale pod tym względem Wrocław nie jest wyjątkiem: można raczej przyjąć, że we Wrocławiu, mieście młodym, bogatym i dynamicznym, sytuacja jest nieco lepsza niż w innych polskich centrach. O sytuacji kultury na polskiej wsi lepiej nawet nie wspominać: w odniesieniu do niej nadal obowiązują nieśmiertelne słowa Karola Marksa o „idiotyzmie życia wiejskiego”.

Czyli dostęp do kultury powiela istniejący w Polsce system: polityczny, ekonomiczny, społeczny.
– Zdecydowanie tak. On wręcz utwierdza i pogłębia wykluczenie, stratyfikację, braki edukacyjno-intelektualne. Zarazem sytuacja ta jest ignorowana albo, co gorsza, aprobowana przez polskie elity opiniotwórcze, które instynktownie akceptują zasadniczo neoliberalny pogląd na świat społeczny. Proszę sobie przypomnieć oburzenie wywołane przez program 500+ wśród komentatorów politycznych. Nie do pomyślenia dla nich jest to, iż wielodzietne rodziny, dzięki tej inicjatywie rządowej, mogą pojechać choćby na wakacje czy wysłać dzieci na kolonie.

Zasada sprzężenia zwrotnego działa tu w sposób jednoznaczny.
– W największy stopniu na owo kulturowe wykluczenie są narażone następujące grupy mieszkańców: ludzie młodzi – z racji trudności ekonomicznych i sytuacji życiowej; rodziny wielodzietne – tu owo uczestnictwo nie wchodzi w grę z tytułu kosztów…

… pójdźmy dziś we Wrocławiu z trójką dzieci do ZOO…
– Wychodzi jeszcze drożej niż kino. Kolejna grupa wykluczonych to osoby niepełnosprawne, nie tylko ruchowo, ale także dotknięci niesprawnością percepcyjną czy umysłową. Dalej – mniejszości etniczne, których we Wrocławiu jest sporo, np. Romowie czy ostatnio coraz liczniejsi Ukraińcy. No i seniorzy; dla uproszczenia przyjmijmy, że chodzi tu o ludzi w wieku emerytalnym. W tym ostatnim przypadku mamy do czynienia, oprócz trudności finansowych, często po prostu ubóstwa, z tym, co nazywam agorafobią publiczną. Z jednej strony, instytucje kultury nie są otwarte dla tych ludzi, ponieważ oferta dla nich jest znikoma, a z drugiej tradycyjne i konserwatywne widzenie rzeczywistości przekonuje wielu seniorów do mniemania, że to nie jest dla mnie, jestem niepotrzebny, nie pasuję do tego świata. Dla nich owo uczestnictwo w kulturze to niemal wyłącznie telewizja, głównie telewizja publiczna.

Czy sposób widzenia europejskiej kultury jako sumy krajowych, regionalnych, lokalnych różnic i specyficznych smaczków, a jednocześnie jako formy dialogu, czyli spotkania różnych narodowości, grup, klas czy warstw społecznych, jak również aktywizacji tych nieuczestniczących w kulturze, można utożsamiać z tym, co miała na myśli Melina Mercouri, pomysłodawczyni idei ESK? Bo już przynajmniej z tego co Pan Profesor mówi taki sposób konstrukcji aplikacji się nam wyłania.
– Moim zdaniem jak najbardziej. Ta wspaniała osobowość, członkini Greckiej Partii Socjalistycznej, wielka postać kina, teatru i sceny, potem znacząca postać lewicy europejskiej, tą inicjatywą chciała pokazać zróżnicowanie europejskiej kultury, jej dynamikę, a jednocześnie jej spójność, otwartość, wzajemne przenikanie wartości. Dialog i uczestnictwo – to zasadnicze założenia jej pomysłu.

Czyli idea miasta otwartego, kosmopolitycznego, a zarazem – specyficznie lokalnego, ze swoistym rysem lokalności.
– Tworząc wrocławską aplikację najwięcej skorzystałem z doświadczeń Marsylii, która była stolicą kultury w 2013 r. Twórca tamtejszej aplikacji, Bernard Latarjet, wykazał się wielkim nowatorstwem, profetyzmem, starannie zdiagnozował problemy tego regionu, a zarazem zawarł wizję na przyszłość, potwierdzającą wrażliwość ludzi kultury na problemy cywilizacyjne. Z racji swego położenia i sytuacji, w jakiej się znalazła w ostatnich dekadach, otwierając się na południe, Afrykę Północną, w tym dawne kolonie francuskie, Marsylia chciała ukazać relacje między Europą i Afryką, kulturą europejską i światem arabskim. Bo to nie tylko kolonializm i ekspansja Europejczyków, ale wartości nauki i doświadczenia kultury starożytnej, jaką Europa otrzymała za pośrednictwem kultury islamu, która przechowała największe dzieła kultury greckiej przez okres barbarzyńskiej Europy, w tym dzieła Arystotelesa, bez którego nie byłoby filozofii św. Tomasza z Akwinu. O dorobku naukowym (i nie tylko) Arabów dziś zapomniano. Marsylska aplikacja, w formie i treści przekraczająca granice, otwierająca się na inne kultury i doświadczenia, stała się dla mnie inspiracją dla naszego projektu. Dawała ona bowiem sygnał, że zamiast wysyłać bombowce, żołnierzy, broń, zamiast militaryzować świadomość i mentalność, winniśmy raczej wysyłać dywizjony kultury, niosące przesłanie otwartości i współpracy. A jednocześnie zaprosić ich dywizjony do nas. Niestety, ten marsylski głos nie został wysłuchany. Co gorsza, polityczne awanturnictwo francuskiego lewicowego filozofa Bernarda Henri Levi’ego odegrało niechlubną rolę w decyzji o uderzeniu na Libię, co miało katastrofalne skutki dla samej Libii, Afryki Północnej, Europy i świata, z którymi dotychczas nie umiemy sobie poradzić.

Czy tym pomysłem na ESK 2016 olśniliście jury, które potem uznało propozycję Wrocławia za najlepszą?
– Staraliśmy się pokazać realne problemy naszego miasta z podkreśleniem owego, wspomnianego już, wykluczenia szerokich grup społecznych z uczestnictwa w kulturze, które przekłada się potem na różnorodne poziomy ich funkcjonowania. Postawienie tego problemu wzbudziło wielkie i życzliwe zainteresowanie członków Panelu Selekcyjnego oraz Komisji Europejskiej, ponieważ tego problemu nikt tak dobitnie przed nami nie postawił. Chcieliśmy też zaprezentować unikatowość sytuacji Wrocławia – miasta wyjątkowego w Polsce i na Starym Kontynencie z racji swoich skomplikowanych dziejów. Zanim doszło do sformułowania głównych tez naszej aplikacji różnorodni eksperci wskazywali, iż aby liczyć się w tym konkursie, należy znaleźć ten aspekt miasta, który czyni je unikatowym. Wskutek traumatycznych zerwań historycznych i społecznych w dziejach Wrocławia to było trudne zadanie. Na użytek naszej rozmowy unikatowość Wrocławia zilustruję przykładem Uniwersytetu Wrocławskiego. Obecnie polska uczelnia była zakładana czterokrotnie: najpierw w 1505 r. przez króla Polski i Węgier, następnie w 1702 r. przez cesarza Austro-Węgier, potem w 1811 r. przez króla pruskiego, a wreszcie w maju 1945 r., w płonącym jeszcze mieście, przez Grupę Kulturalno-Naukową polskich profesorów ze Lwowa, którzy rozpoczęli tworzenie polskiego Wrocławia na gruzach Breslau od stworzenia uniwersytetu. Wrocław był czeski, był hybrydą niemiecko-habsburską, był pruski, niemiecki, a potem polski. Miasto przeszło bolesny proces całkowitej wymiany ludności, jak żadne inne miasto tej wielkości na świecie. Konglomerat ludzi przybyłych wówczas, po II wojnie światowej, nad Odrę, z różnym bagażem doświadczeń kulturowych, na bazie pozostawionej przez Niemców, mocno zniszczonej, materialnej infrastruktury miejskiej stworzył i tworzy stale nową jakość. To jest typ społeczeństwa bardziej otwartego niż w innych regionach naszego kraju.

Ale są problemy, powiedziałbym, ogólnocywilizacyjne trapiące tę społeczność.
– Oczywiście. Wykluczenie z kultury tylu grup czy klas społecznych jest tego dowodem i symptomem. Jednym z licznych problemów są kwestie, które w aplikacji określiłem mianem ekoestetycznych. Wątek ten uznano za jeden z nowatorskich aspektów naszego myślenia o kulturze. Wskazywaliśmy w nim m.in. na wrocławski system rzek, wysp, zalewów, mostów, grobli, jazów, wielkie obszary zielone w sercu dużej aglomeracji; nasze miasto jest pod tym względem na pewno unikatem w wymiarze krajowym. Zarazem krytykowaliśmy nasz własny stosunek do środowiska naturalnego.

Kto był najgroźniejszym konkurentem w tej rywalizacji?
– W konkursie uczestniczyło kilkanaście miast, do jego drugiej tury przeszło pięć: Gdańsk, Katowice, Lublin, Warszawa i Wrocław. Każda z tych kandydatur była bardzo mocna, każda miała swoich zwolenników, lobbystów i politycznych protektorów.

Partnerską stolicą kultury miało być dla Wrocławia jedno z miast hiszpańskich.
– Od 2000 r. Europejska Stolica Kultury realizowana jest jednocześnie w dwóch krajach. W naszym przypadku równoległym partnerem miało być któreś z miast hiszpańskich, wyłonione w paralelnie przebiegającym konkursie. Jak wiadomo wygrała baskijska Donostia-San Sebastián. Sformułowanie pomysłu na współpracę z hiszpańskim partnerem było trudne, ponieważ związków czy korelacji między polską a hiszpańską kultura jest dość niewiele. Wspomniana wrocławska wielonarodowa historyczna specyfika nie ułatwiała poszukiwania możliwych powiązań. Chcąc w swej aplikacji nawiązać do tych kruchych relacji wyszperałem taki oto epizod: w 1936 r. lotnictwo niemiecko-włosko-frankistowskie zburzyło w brutalny sposób Guernicę. Eskadrą niemieckich bombowców dowodził Wolfgang von Richthofen, pochodzący ze Strzegomia, z Dolnego Śląska. Wolfram był bratem Manfreda von Richthofena, słynnego Czerwonego Barona, niepokonanego dotąd rekordzisty w liczbie strąceń wrogich samolotów; miał ich 80. Zarazem Wrocław znalazł się na trasie podróży polskiej Pablo Picasso; przybył tu jako uczestnik słynnego Kongresu Intelektualistów na rzecz Pokoju w 1948 r. Picasso jest twórcą jednego z najbardziej dojmujących dzieł współczesnej sztuki plastycznej, „Guerniki”, namalowanej przez niego pod wpływem ludobójczego ataku na to miasto. Związek Richthofen–Guernica–Picasso–wrocławski Kongres Intelektualistów na rzecz Pokoju okazał się jeszcze jednym budzącym zainteresowanie sposobem na pokazanie skomplikowanych dziejów Wrocławia.

Jak miała się praktyka przebiegu imprez w ramach Europejskiej Stolicy Kultury wobec tego, co Pański zespół zakładał w aplikacji, która okazała się zwycięską?
– W ciągu 2016 r. Wrocław zrealizował ponad dwa tysiące wydarzeń artystycznych. Mimo powszechnej krytyki tendencji spektakularyzacyjnych w kulturze, spektakle odegrały dużą rolę we wrocławskiej stolicy kultury, nie zawsze udane, jak zwłaszcza ceremonia inaugurująca uroczystości. Mój zespół chciał wykonać pracę u podstaw, skierować uwagę na wskazane wcześniej grupy wykluczonych, chcieliśmy zaoferować nie tylko pasywny odbiór sztuki, ale także przestrzeń do aktywności tych, który nawet nie wiedzą, iż drzemie w nich potencjał artystyczny. Chcieliśmy pobudzić możliwie najszerszą publiczność do uczestnictwa, do aktywności, do współtworzenia kulturalnego pejzażu miasta. Wielkie spektakle muszą być elementem takich wydarzeń, są poniekąd esencją ESK, ale we Wrocławiu zachwiano te proporcje, zwłaszcza w kontekście proponowanych w aplikacji rozwiązań. Zwiększenie liczby ludzi zaangażowanych, śledzących, uczestniczących w wydarzeniach artystycznych legło u podstaw idei sformułowanej niegdyś przez Melinę Mercouri. Nie włączono na przykład do działań kulturalnych instytucji Kościoła katolickiego, najpotężniejszej instytucji edukacyjnej w Polsce, która w dziedzinie kultury, tj. w architekturze, malarstwie, w sztuce muzycznej i wokalnej kultywuje bardzo złe gusta, a mogłaby przyuczać do większego wyrafinowania.

Jak więc wygląda Pana Profesora ocena, z perspektywy blisko roku od zakończenia wrocławskich imprez w ramach ESK 2016?
– Najważniejszym wskaźnikiem będzie to, czy odnotowany wzrost zainteresowania dla sztuki zostanie utrzymany. We Wrocławiu, jak w większości byłych stolic kultury, powstała instytucja, której zadaniem jest podtrzymanie tego trendu. Jak będzie – zobaczymy, lecz poziom uczestnictwa w kulturze nie może zależeć od działań tylko jednej czy wielu instytucji; jest on raczej odzwierciedleniem kondycji ekonomicznej i edukacyjnej społeczeństwa jako całości.

Moje obserwacje, podsumowując już naszą rozmowę, idą jednak w kierunku konkluzji, iż imprezy odbywały się tylko w centrum. Te biedne, trochę zapomniane osiedla, takie jak Brochów, Księże Małe itd., jak też i nowo wybudowane sypialnie na obrzeżach miasta, pozostały dziewicze w tej mierze.
– Opracowując aplikację zabiegaliśmy o jak najszersze poparcie społeczne. Na tych właśnie peryferyjnych osiedlach rozwiesiliśmy ascetyczne plakaty o treści: „Wrocław Europejską Stolicą Kultury? To zależy. Od Ciebie”. W krótkim czasie otrzymaliśmy ponad 700 pomysłów i propozycji na wydarzenia kulturalne. Choć ich jakość była wątpliwa, to fakt takiego znaczącego odzewu można traktować jako symptom skali zainteresowania społecznego dla sztuki, co jest budujące. Ważne było także to, że te proponowane wydarzenia były niskokosztowe, lecz o dużym rezonansie społecznym. Ten potencjał nie został moim zdaniem w pełni wykorzystany.

Wrocławska kultura wielu osobom, nie tylko w Polsce, ale w Europie i na świecie, bezsprzecznie kojarzy się z trzema nazwiskami: Grotowski, Tomaszewski, Litwiniec. Kultura wrocławska, jak wszystko w życiu, jest procesem permanentnego tworzenia. W tej materii nic nie zaczyna się nagle, w formie iluminacji. Wrocław, jego specyfika, unikatowość, tworzona była przez bez mała 70 lat pobytu Polaków i Polski na tych ziemiach, a te nazwiska to kamienie milowe owej unikatowości. I ich zabrakło, a może inaczej – nie były wyartykułowane dostatecznie mocno. Takie jest moje zdanie. Co Pan Profesor może o tym powiedzieć?
– Trzy nazwiska, o których Pan mówi, to legendy kultury wrocławskiej. Istnieje Instytut im. Jerzego Grotowskiego i Teatr Pantomimy, kultywujący tradycję twórczości Henryka Tomaszewskiego. W ramach wrocławskiej stolicy kultury zafunkcjonowały one w różnym stopniu. Zupełnie pominięto ważki dorobek Teatru Kalambur i Festiwalu Teatru Otwartego, będący dziełem kolorowej postaci Bogusława Litwińca. Pomysły Litwińca były bliskie ludycznemu, otwartemu ujęciu kultury, ale zarazem były propozycjami z najwyższej półki pod względem intelektualnym i artystycznym, nowatorskie, inspirujące i pamiętane do dzisiaj. Ściągały nad Odrę ludzi sztuki z całego świata. Na jego festiwale przyjeżdżała m.in. Nele Hertling, szefowa A Soul for Europe, wiodącej fundacji kulturalnej w Unii Europejskiej. Nele uważa, iż dzieło Teatru Otwartego jest niesłychanie ważnym elementem kultury europejskiej. Dopytywała mnie, czy istnieją i czy są dostępne archiwa Festiwalu Teatru Otwartego. Zaprzyjaźniony profesor z Nowego Jorku, gdy przebył do Wrocławia na wykłady, poprosił, aby zaprowadzić go do Teatru Kalambur, który pamiętał ze swoich wrocławskich wizyt w latach 70. Zabrałem go do teatralnej sali Kalamburu przy ul. Kuźniczej, tak samo czarnej jak kilkadziesiąt lat temu, ale teraz chłodnej, pustej i niemej. Przykre, że ten dorobek, kojarzący się tak mocno z Wrocławiem, nie znalazł dla siebie miejsca we wrocławskiej stolicy kultury.

Co na zakończenie powiemy, Panie Profesorze, Czytelnikowi?
– Antoni Słonimski napisał: „Droga do kultury ogólnoświatowej prowadzi przez wąski i trudny przesmyk własnego języka”. Oznaką żywej tradycji kulturalnej jest dbałość o jej rozwój i rozmaitość. Zabiegając o międzynarodowe uznanie, zapominamy często o własnych osiągnięciach, własnym dorobku, o rzeczach i sprawach, które przynosiły nam splendor, zachwyty Europy czy świata. Zbyt łatwo i bezkrytycznie ulegamy hegemonii kultury zachodniej, adaptując stamtąd gotowe produkty i „formaty”, lekceważąc zadanie pobudzania rodzimej twórczości. W ten sposób przyczyniamy się do szkodliwej uniformizacji kultury i represjonowania własnej.

Dziękuję za rozmowę.

Wydanie:

Kategorie: Od czytelników

Napisz komentarz

Odpowiedz na treść artykułu lub innych komentarzy