W oczekiwaniu na drugiego Hugona Kołłątaja

W oczekiwaniu na drugiego Hugona Kołłątaja

Stan nauki polskiej jest opłakany. Nie pomogą żadne zaklęcia, żadna demagogia. Fakty są nieubłagane. Najlepsze polskie uniwersytety, Jagielloński i Warszawski, znajdują się w czwartej setce na liście najlepszych uniwersytetów świata! Listę tę otwiera amerykański Harvard, na drugim miejscu jest brytyjski Cambridge, później cztery kolejne uniwersytety amerykańskie, na siódmym miejscu jest Oxford, później znów uniwersytety amerykańskie. Wśród 25 najlepszych uczelni jest aż 17 amerykańskich, cztery brytyjskie, dwa japońskie, jeden kanadyjski, jeden szwajcarski. W pierwszej setce mieszczą się jeszcze uniwersytety niemieckie, szwajcarskie, holenderskie, francuskie, włoskie, belgijskie, norweskie, australijskie, kilka kolejnych japońskich, szwedzkie, kanadyjskie, chińskie, izraelskie, ale także nowozelandzki, tajlandzki, koreański czy południowoafrykański. Od naszych uniwersytetów znacznie wyżej notowany jest Uniwersytet Karola w Pradze (229. miejsce), Moskiewski im. Łomonosowa (155. miejsce). Wyprzedza je także uniwersytet w Petersburgu, dwa hiszpańskie, grecki, kolejny tajlandzki, indonezyjski, dwa malezyjskie, kilka indyjskich, dwa fińskie. Argentyński, brazylijski, chilijski, dwa z Arabii Saudyjskiej, z Filipin…
Nie mówię o uniwersytetach amerykańskich, brytyjskich, niemieckich, francuskich czy japońskich. Ale żeby mała Belgia miała kilka uniwersytetów wyżej notowanych od najlepszego z naszych, Szwajcaria czy Holandia co najmniej po trzy, nawet Irlandia ma dwie uczelnie wyżej notowane, Austria dwie, Finlandia, Dania czy Grecja po jednej.
Oczywiście powie ktoś, że miejsce w rankingu uczelni nie jest jedynym kryterium oceny stanu nauki. Oczywiście, że niejedynym, ale wymiernym i dość istotnym. Pamiętam, jak jeszcze niedawno prorektor Uniwersytetu Jagiellońskiego jeździła do Chin agitować Chińczyków do studiowania na krakowskiej Alma Mater. Z niezrozumiałych względów misja się nie udała, Chińczycy nie dali się namówić do studiowania na uniwersytecie, który wydał Kopernika i Karola Wojtyłę. Widać, kierowali się nie sentymentalno-historycznymi względami, tylko jakimiś bardziej pragmatycznymi i wybierali bądź swoje uniwersytety, z których co najmniej kilka na liście rankingowej wyprzedza krakowski, bądź gdy chcieli koniecznie studiować za granicą, amerykańskie lub zachodnioeuropejskie.
Wydaje się, że pieniądze wydawane u nas na naukę są relatywnie niewielkie, bo jeśli nawet na naukę można by z budżetu wysupłać trochę więcej, to tylko trochę. Jesteśmy po prostu biednym krajem. Nieszczęście polega jednak na tym, że te niewielkie pieniądze są źle wydawane. Większość środków przeznaczonych na naukę pochłania utrzymanie co najmniej kilkudziesięciu słabych uczelni, ich infrastruktury, słabej kadry naukowej, armii urzędników i pracowników obsługi. Utrzymuje się w jednym ośrodku kilka identycznych kierunków studiów na kilku różnych uczelniach, wcale nie przyjmując do wiadomości, że czasem produkują one po prostu bezrobotnych.
Zarządzanie wyższymi uczelniami też pozostawia wiele do życzenia. Rektor musi być równocześnie uczonym i menedżerem. Tym drugim najczęściej nie jest, a zarządza firmą zatrudniającą nieraz po parę tysięcy ludzi. Warto się zastanowić, czy nie byłoby celowe, tak jak to jest np. na uniwersytetach amerykańskich, rozdzielić funkcje naukową i menedżerską, tę ostatnią powierzyć prezydentowi uniwersytetu, który musi być nie naukowcem, ale specjalistą od zarządzania.
Warto zastanowić się nad wewnętrzną strukturą uczelni, czy nie powinna ona być zróżnicowana w zależności od dyscypliny naukowej i jej specyfiki. Czy wszędzie potrzebny jest sztywny podział na katedry, zakłady i instytuty, czy czasem nie lepiej tworzyć doraźne zespoły do konkretnych zadań badawczych i dydaktycznych? Czy identyczna struktura potrzebna jest na filologii i na fizyce?
Czy nie można ulepszyć metod naukowego awansu, zaostrzyć, ale też zobiektywizować jego kryteria?
Czy projekt rzeczywistej reformy polskiej nauki ma wyjść od środowiska, czy powinien być zaproponowany odgórnie przez ministra nauki? Doświadczenie uczy, że żadne środowisko samo się nie zreformuje. Za dużo jest w nim grup rozbieżnych interesów, za dużo przyzwyczajeń, za dużo lęku przed nowym i nieznanym. Odgórna reforma nielicząca się z opinią środowiska trudna jest do pogodzenia z regułami demokratycznego państwa. Ideałem jest odgórna propozycja reformy poddana środowiskowej ocenie. Ale przedstawienie tej odgórnej propozycji wymaga posiadania wizji tego, co się chce zrobić. Tej wizji, jak się zdaje, wyraźnie brak. Przez ostatnie trzy lata dyskusja nad reformą nauki była zupełnie jałowa i koncentrowała się na kwestiach trzeciorzędnych. Ma być habilitacja, czy ma jej nie być? Ostatecznie habilitacja ma pozostać. Cała ta dyskusja była bez najmniejszego znaczenia dla kondycji polskiej nauki, a sam problem zupełnie nieistotny. Kolejny pozorny problem, który dostrzegło ministerstwo, to nepotyzm w nauce. Nepotyzm jest szkodliwy wszędzie, nie tylko w nauce. Problem tylko, jak się go zdefiniuje. Ministerstwo rozumie go w sposób najbardziej prosty z możliwych i chce przezwyciężyć przez prawne zakazy. Dziecko profesora ani współmałżonek nie mogą być zatrudnieni na tej samej uczelni. Dobrze, że na taki pomysł nie wpadł francuski minister na początku XX w., przeszkodziłby bowiem współpracy Marii Skłodowskiej-Curie z Piotrem Curie. Dobrze, że w taki sposób swego czasu nie zwalczało nepotyzmu c.k. Ministerium Oświaty, dzięki czemu na Uniwersytecie Jagiellońskim mogło pracować i nauce polskiej służyć kilka pokoleń Estreicherów, Fierichów, Wachholzów czy Zollów… Co do Zollów, to niedopatrzenie austriackiego c.k. Ministerium ma szanse skorygować minister Kudrycka, bo na Wydziale Prawa Uniwersytetu Jagiellońskiego znów pracuje dwóch profesorów o tym nazwisku: ojciec Andrzej i syn Fryderyk.
Nepotyzm, proszę pani minister, zaczyna się wtedy, gdy ojciec profesor załatwia na swoim wydziale posadę dla swojego potomka, który nie spełnia kryteriów i do pracy naukowej się nie nadaje, podczas gdy inni, bardziej uzdolnieni, ubiegający się o tę posadę dostać jej z tego powodu nie mogą. A jeśli syn lub córka wybitnego profesora, zarażeni jego pasją, wykazując zdolności do pracy naukowej, spełniając wszelkie kryteria, wygrywają uczciwy konkurs na stanowisko asystenta, to co w tym złego? Uczciwych konkursów, klarownych kryteriów zatrudnienia czy awansu nie zastąpią żadne urzędowe zakazy zatrudniania dzieci czy współmałżonków. Może lepiej pomyśleć trochę o tych właśnie kryteriach?
Ale to bez porównania trudniejsze niż wprowadzenie jeszcze jednego nonsensownego zakazu.

Wydanie: 35/2010

Kategorie: Felietony, Jan Widacki
Tagi: Jan Widacki

Napisz komentarz

Odpowiedz na treść artykułu lub innych komentarzy