Bladzi i rumiani

Bladzi i rumiani

Czasami żałuję, że nie potrafię rysować. Zamiast składać nieporadnie tak wiele słów, komentowałbym Polskę z mijającego tygodnia, rysując dwie postacie, bezkształtne i straszne, z podpisem „Trynkiewicz i Gender”. Między te polskie zmory oddał medalowe skoki Stoch. I wszyscy na chwilę przestali się bać. Uderza, jak z każdym dziesięcioleciem nasi sportowcy lepiej myślą, mówią i mają ładniejsze twarze. W tym też jest nasza europeizacja.
Co do samej olimpiady, zanim się zaczęła, uderzył mnie kpiąco-złośliwy ton w relacjach naszej prasy. Od prawicy do lewicy przez centrum wszyscy szydzili i szukali ruskich niedoróbek. Niektórzy rysowali – jacy dowcipni – koła olimpijskie w postaci sedesów. Dało się nawet zauważyć nadzieje, że w Soczi powiedzie się jakiś zamach. Wierzę, że koszty tej olimpiady były za wielkie, Putin to nie jest moja miłość, ale życzyłem i życzę Rosjanom sukcesu organizacyjnego. Nawet myśląc cynicznie, lepiej mieć obok Rosję szczęśliwą niż nieszczęśliwą. I zgadzam się z Władimirem Władimirowiczem, że czasami stworzenie symbolu wielkim kosztem opłaca się na dłuższą metę. W duszy walczę, by Rosja była dla mnie bardziej ojczyzną Tołstoja niż Lenina. Kocham język rosyjski, jego melodię i to, że działa podniecająco, niemal seksualnie na polski język.
Muszę z kolei wyznać, że nienawidzę nienawistników, chociaż generalnie łatwo mi lubić ludzi. Ogromnie jednak trudno nie czuć niechęci do tych, którzy nas nienawidzą. Narodowi nienawistnicy są wyjątkowymi szkodnikami, zatruwają środowisko naturalne, z patriotyzmu robią nacjonalistyczną obrzydliwość. Wśród licznych szkód, jakie czynią, jest i to, że zatruwają prawdę. Czasami skupiają się na tym, co nas też niepokoi: choćby na zaniku form i norm, kryzysie rodziny, upadku obyczajów. Jednak prawda doprowadzona przez nich do ostateczności staje się kłamstwem, czasami paranoją. Potem ludziom wolnym od ich obsesji trudno wracać do tych problemów już wykoślawionych. Sama narodowa prawica ma różne odcienie. Ci bardziej bladzi, więc umiarkowani, niepokoją się, że radykalni i rumiani swoją przesadą kompromitują ich sprawę. Spora część prawicy zachowywała rezerwę wobec ojca dyrektora, bojąc się, że tragikomiczny spektakl w politycznych programach jego mediów stanie się dla niej problemem. Z upływem lat, również z powodu klęsk, ludzie ci uznali, że to trudny, ale nieunikniony sojusznik.
Podziemne rzeki nienawiści przecinają Polskę wzdłuż i wszerz. Internet jest niejako za grubą szybą, przez którą widać, jak pieni się nasza Cloaca Maxima. Inne pole obserwacji to pisma narodowo-prawicowe. Sporo można wypatrzeć w telewizji, gdzie odbywają się walki politycznych kogutów.
Internet to sfera szczególnie zatruta. Gdy ktoś tam anonimowo napaskudzi, od razu zlatują się naśladowcy. Nienawiść przyciąga nienawiść. Bezradne wobec niej bywają nawet państwa. Tak zginął pierwszy polski prezydent. Hitler na fali nienawiści doszedł do władzy i zamordował miliony ludzi.
Nie da się do końca upilnować nienawistnika. Uwielbia niepokoić; jeśli nie może zabić, zadowala się słowem, które rani. Nienawiść to cierpienie, które w lepkim mroku nie potrafi znaleźć choćby drobinki światła.
Ci, którzy wędrują w sieci innych języków, mówią, że nigdzie nie spotykają takiej skali agresji jak u nas. Może więc Polska jeszcze nie przetrawiła swoich narodowych nieszczęść, poniżonych szlacheckich aspiracji, upodlenia wielowiekową niewolą, okrucieństw hitlerowskiej okupacji i upokorzeń PRL. Płacimy też wielką daninę krwi w postaci emigracji. Nie zdążyła u nas wyrosnąć i zakorzenić się klasa średnia, wyznawcy religii zdrowego rozsądku, a inteligenci ginęli albo wyjeżdżali i wyjeżdżają z Polski.
Raz na pół roku robię sobie narodowo-prawicową prasówkę. Tyle tam jadu, że muszę potem długo się poddawać detoksykacji.
Pewnie kupię „Gazetę Polską”, „W Sieci” i inne pisma z tej rodziny, mam jednak problem z dokonaniem zakupu. Podobnie wstydziłem się w młodości, kiedy chodziłem do kiosku Ruchu, próbując nabyć pierwszą w życiu prezerwatywę. Teraz tłumaczę się sprzedawczyni: „Ja tak tylko po to, by zobaczyć, co w tej nie mojej trawie popiskuje”. Uśmiecha się ze zrozumieniem, jesteśmy pewnie w tym samym „narodzie”.
Dokładniej omówię te pisma kiedy indziej. Potwierdza się fakt, że mieszkają w Polsce dwa narody. I może jeszcze trzeci – ci obojętni.
Obcość wzajemna sprawia, że nie spotykamy się już w żadnym sensie ani miejscu, nawet w kinie, w teatrze czy na koncertach. Nie ma ich na przyjęciach w Pałacu Prezydenckim, to nie jest ich prezydent. Nie ich ta Polska.
Z lotu ptaka widzę monotonny krajobraz złorzeczenia i braku myśli, choćby obcej, która mogłaby mnie zainteresować. Ojczyzna jawi się jako scena wydarzeń okrutnych i strasznych, już same tytuły podnoszą włosy na głowie. I tak codziennie lub co tydzień trzeba karmić głowy zgrozą, by nie opadły.

Wydanie: 8/2014

Kategorie: Felietony, Tomasz Jastrun

Komentarze

  1. Anonimowy
    Anonimowy 5 marca, 2014, 08:33

    „Internet to sfera szczególnie zatruta.” – bo można łatwo i szybko sprawdzić, kto i kiedy wciskał kit ? „Gdy ktoś tam anonimowo napaskudzi, od razu zlatują się naśladowcy. ” – i po co pan udaje, ze nie wie, ze nie ma anonimowości na Internecie ? Rozwijając pana myśl, kartki do glosowania powinny być imienne, bo „jak jesteś niewinny to nie masz czego się bać” klasyk J. Kaczynski.

    Odpowiedz na ten komentarz

Napisz komentarz

Odpowiedz na treść artykułu lub innych komentarzy