Na Open’erze tłoczno jak nigdy

Na Open’erze tłoczno jak nigdy

Jeszcze dwa lata temu na festiwalu Open’er wiało pustką. Bez problemów można było dostać się do autobusów wiozących na teren imprezy, bez kolejki kupić jedzenie. Dopiero szersze festiwalu na młodą publiczność sprawiło, że w ubiegłym roku na Open’era przyjechało 90 tys. ludzi. Mówiono o frekwencyjnym rekordzie. To jednak nic w porównaniu z tegorocznymi liczbami. W 2016 r. na Open’erze bawiło się 120 tys. osób. Śmiało można zatem stwierdzić, że gdyńska impreza wzmocniła swoją pozycję na festiwalowej mapie Europy.

Budżet ma znaczenie

Tłok i ścisk. Tak w skrócie opisać można festiwalową rzeczywistość w tym roku. W przededniu festiwalu i w dniu jego rozpoczęcia w kolejce do wymiany biletów na specjalne opaski trzeba było stać od 20 do nawet 45 minut. Obok wiła się druga kolejka, która prowadziła do autobusów, które rozwoziły na teren festiwalu. Busy podjeżdżały jeden po drugim, a kierowcy robili, co mogli. Mimo to czas czekania na wejście do pojazdu wynosił ok. 20 minut. Nie lepiej było w środku, gdzie ciężko było wcisnąć szpilkę. Podróży nie umilały korki oraz ponad 30-stopniowy upał. Było duszno, ale fani nie tracili animuszu. – Czego się nie robi dla muzyki i ukochanych wykonawców – deklarowali z uśmiechem.

W tym roku na Open’erze wszystkiego było więcej: ludzi, punktów z jedzeniem i piciem, sanitariatów, a także atrakcji pozamuzycznych. Pojawiła się m.in. strefa sportu, w której można było pograć w piłkę nożną lub siatkówkę. Skąd ta zmiana? – Mamy więcej sponsorów. Budżet tegorocznego Open’era jest rekordowy – tłumaczył na łamach trójmiejskiej „Wyborczej” Mikołaj Ziółkowski, pomysłodawca i twórca festiwalu.

Naiwnością byłoby jednak sądzić, że tysiące ludzi ściągnęło do Gdyni po to, aby pograć w piłkę lub zjeść hamburgera. W tym roku organizatorzy imprezy zaoferowali fanom muzyki naprawdę atrakcyjną ofertę koncertową. Twarzami festiwalu były takie gwiazdy, jak Florence + The Machine, Red Hot Chili Peppers, LCD Soundsystem, Sigur Rós, Pharrel Williams i KYGO. – Bardzo dużo wydaliśmy na artystów, którzy niestety są coraz drożsi – dodawał Ziółkowski.

Wszystko wskazuje na to, że inwestycja się opłaciła. Na koncertach świetnie bawiły się tysiące fanów. Imponujące były kolejki po specjalne opaski płatnicze. Festiwalowicze ładowali na nie konkretne kwoty, by móc później dokonywać zakupów na terenie Open’era. Podczas wcześniejszych edycji funkcję środka płatniczego pełniły papierowe kupony. W dobie cyfryzacji odeszły jednak do lamusa.

Siła pierwszego dnia

Festiwal rozpoczął się intensywnie. Mocnym uderzeniem był występ energetycznego duetu The Last Shadow Puppets (LSP). Panowie od pierwszej minuty porwali zgromadzoną pod główną sceną publiczność do tańca i nie dali jej wytchnąć nawet na moment. Na szczególną uwagę zasługuje sceniczne wyczucie wokalisty Alexa Turnera, który wręcz czarował wpatrzone w niego dziewczęta. Turner był niczym prawdziwa gwiazda rocka: zmanierowany i zapatrzony w siebie, ale właśnie za to kochają go fani. Kamerzysta za to zapatrzony był chyba głównie w kobiece biusty, bo w dużym zbliżeniu wyświetlano je na monitorach usytuowanych z boków sceny.

Tuż po występie LSP swój koncert w scenie pod namiotem rozpoczynała PJ Harvey. Brytyjka zaoferowała publiczności zupełnie inną estetykę. Jej politycznie zaangażowane teksty skłaniały bardziej do refleksji niż beztroskiej zabawy. Wiele osób miało okazję poznać jej twórczość po raz pierwszy. Kiedy PJ Harvey wyszła na scenę, zerwała się ulewa, która skłoniła kilkaset osób do schronienia się właśnie pod namiotem. Dzięki temu mieli okazję przeżyć naprawdę niesamowity występ.

Strony: 1 2 3

Wydanie:

Kategorie: Kultura
Tagi: Open'er 2016

Napisz komentarz

Odpowiedz na treść artykułu lub innych komentarzy