Oskarżam lekarzy

Oskarżam lekarzy

Przez osiem miesięcy ginekolodzy utrzymywali mnie w przekonaniu, że urodzę zdrowe dziecko. Kilkanaście dni przed porodem dowiedziałam się, że moja córeczka nie ma szans na samodzielne życie Codziennie gdy stoję nad grobem mojego dziecka, zastanawiam się, czy tak musiało być. Gdzie popełniłam błąd, dlaczego dostałam się w ręce niekompetentnych lekarzy. Mieszkam w jednej z największych aglomeracji w Polsce, a moją ciążę prowadzono jak w ciemnogrodzie. Miałam prawo do legalnej aborcji, która zaoszczędziłaby cierpień mnie, mojej rodzinie i tej małej kruszynce. Mojej Marysi nic już nie zwróci życia ani nie da drugiej szansy. Ale inne matki, będące w podobnej jak ja sytuacji, mogą zaoszczędzić sobie cierpień. Jeśli będą domagać się od lekarzy rzetelności. Dlatego ja, dziennikarka „Przeglądu”, piszę o sobie. Przed wyrokiem Nie planowaliśmy trzeciego dziecka. Był początek roku, dopiero kilka miesięcy wcześniej wróciłam do pracy po wychowywaniu drugiej córki. Właśnie skończyła dwa latka i absorbowała czas całej rodziny. Starsza córka uczyła się na drugim końcu Polski – wygrała stypendium międzynarodowego gimnazjum. Mąż był od kilku tygodni bezrobotny i bezskutecznie szukał pracy. I wtedy zorientowałam się, że zrobiliśmy sobie noworoczny prezent. 30 stycznia test ciążowy i wizyta u lekarza potwierdziły moje przypuszczenia. Ta data jest istotna dla dalszego rozwoju wypadków. Według wstępnych obliczeń, termin porodu wypadł na początek października. Nasze rodziny przyjmują wiadomość ze zdziwieniem i umiarkowanym entuzjazmem. Różnica wieku pomiędzy moimi córkami – Matyldą i Anią -wynosi 11 lat. Otoczenie uświadamia mi, że dwoje małych dzieci „na starość” to sporo wysiłku. A co z pracą itd.? Z biegiem dni przyzwyczajam się do swego stanu. Będziemy dużą rodziną, zaczynamy robić plany. Mąż znajduje dobrą pracę, ja staram się nie rezygnować z aktywności. Zamawiamy nowy, rodzinny samochód. Cały czas jestem pod stałą kontrolą lekarską. Chodzę regularnie co dwa tygodnie do swojej doktor ginekolog. Prowadziła dwie moje ciąże i jest moją sąsiadką. Moja starsza córka i jej wnuczka przyjaźnią się. Mam do niej pełne zaufanie, a wizyty poświęcamy na rodzinne ploteczki. Zleca mi zrobienie pierwszego USG w kwietniu. Postanawiamy rodzić w Szpitalu Miejskim w Piekarach Śląskich, małym, przytulnym, ze wspaniale wyposażonym piętrem położniczym. Wykonuję tam łącznie cztery badania USG – dla pewności u trzech różnych lekarzy. Na pierwszym – badanie trwa pięć minut – lekarz stwierdza, że wszystko jest w porządku. Proporcje dziecka zachowane, wody płodowe w normie. Jednak termin porodu wypada miesiąc później niż zakładany ze wstępnych obliczeń. Jestem zaniepokojona, ale zarówno on, jak i moja sąsiadka lekarka zapewniają mnie, że nie ma powodu do obaw. Najprawdopodobniej pomyliłam datę ostatniej miesiączki albo dziecko jest trochę mniejsze, niż powinno, ale przecież do końca ciąży jeszcze dużo czasu i wszystko się wyrówna. Uspokojona, trwam w swoim błogosławionym stanie. Standardowe badania krwi i moczu są w normie, tętno płodu słuchane regularnie w gabinecie – przez około 15-sekundowe przyłożenie głowicy do brzucha – też w porządku. Dwa miesiące później kolejne USG. Ginekolog potwierdza termin porodu na koniec października, jednak o kilka dni później niż na pierwszym badaniu. To nadal uważane jest za normę. Jak i to, że przybieram na wadze niecały kilogram na miesiąc. Cieszę się, że potem będę miała mniej do zrzucenia, ale w moje serce wkrada się coraz większy niepokój. Dlaczego dziecko rośnie tak powoli? Przecież – według moich obliczeń – to już koniec szóstego miesiąca, a od lekarza wykonującego badanie USG słyszę, że ciąża jeszcze malutka. Dzielę się swoimi obawami ze wszystkimi specjalistami – i tym robiącym USG, i swoją panią doktor. Nawet z zastępującą ją przez wakacje inną doświadczoną lekarką. Każdy mnie uspokaja i twierdzi, że wszystko jest OK. Może badanie prenatalne – sugeruję, choć nikt wcześniej mnie na nie nie kierował. Ale na to, słyszę w odpowiedzi, jest za późno. Całe wakacje poświęcam na remont domu. I zakupy dla nowego dzidziusia. Półki zapełniają się ciuszkami, kupujemy nową wanienkę, nowy materac do przewijania. Dominuje kolor żółty, ulubiony mojej młodszej córeczki. Matylda rezygnuje ze stypendium, aby być bliżej rodziny. Długo czekała

Ten artykuł przeczytasz do końca tylko z aktywną subskrypcją cyfrową.
Aby uzyskać dostęp, należy zakupić jeden z dostępnych pakietów:
Dostęp na 1 miesiąc do archiwum Przeglądu lub Dostęp na 12 miesięcy do archiwum Przeglądu
Porównaj dostępne pakiety
Wydanie: 2002, 45/2002

Kategorie: Reportaż