Oskarżony Zbigniew Z.

Oskarżony Zbigniew Z.

Łamanie prawa, naciski na prokuratorów, podsłuchy, haki

Zbigniew Ziobro ma kłopoty. W Sejmie jest już wniosek prokuratury w sprawie uchylenia mu immunitetu. Prokurator stawia Ziobrze zarzut ujawnienia tajemnicy służbowej.
Ta tajemnica to akta śledztwa w sprawie mafii paliwowej. Prowadził ją krakowski prokurator Wojciech Miłoszewski. Na przełomie lat 2005 i 2006, kiedy premierem był Kazimierz Marcinkiewicz, Ziobro – wówczas minister sprawiedliwości – przyjął u siebie w gabinecie Miłoszewskiego. Prokurator przywiózł na spotkanie zeznania Krzysztofa Baszniaka, byłego wiceministra pracy, członka PSL. Baszniak mówił w nich o kulisach handlu ropą i gazem w Polsce oraz o łapówkach, które miały być przekazywane politykom lewicy.
Po rozmowie w Ministerstwie Sprawiedliwości Ziobro zawiózł prokuratora do siedziby PiS, gdzie czekał już Jarosław Kaczyński. Tam, na polecenie Ziobry, Miłoszewski zapoznał prezesa PiS z zeznaniami Baszniaka.
O tym, że takie zdarzenie miało miejsce, dowiedzieliśmy się przypadkowo – Miłoszewski najwyraźniej czując, że coś jest nie w porządku, ze spotkania sporządził notatkę służbową, którą dołączył do akt śledztwa. Na nią natknął się inny prokurator, kontrolujący przebieg postępowania w sprawie mafii paliwowej.
To jest sedno zarzutów – gdyż, jak uważa prokurator, Kaczyński nie miał prawa oglądać akt.
Bo rzeczywiście nie miał.

Trzy lata jak dla brata?

Ziobro więc się broni, dodając Kaczyńskiemu powagi. „Kaczyński nie jest osobą przypadkową, to nie przechodzień na ulicy czy ciekawski dziennikarz, czy dżentelmen spod budki z piwem”, mówił w wywiadzie dla „Naszego Dziennika”. „To polityk, który był i jest parlamentarzystą (…), zajmował się kwestią bezpieczeństwa, był szefem ugrupowania rządzącego (…). Do tego był członkiem Rady Bezpieczeństwa Narodowego (…). Informacje, które były przekazywane Jarosławowi Kaczyńskiemu, nie dotyczyły prywatnych spraw jego czy jego kolegów. Decyzja o ich udostępnieniu była związana z kwestiami bezpieczeństwa państwa”.
Niestety, dla Ziobry, wszystkie zasługi Kaczyńskiego i opis jego możliwości w świetle prawa nie wystarczają, by go zapoznawać z aktami śledztwa.
Ziobro broni się więc inaczej – przypomina, że na mocy art. 156 kodeksu postępowania karnego prokurator ma prawo, w wyjątkowych wypadkach, udostępniać akta innym osobom.
Rzecz tylko w tym, że ten artykuł trzeba czytać razem z art. 2 kpk, który wyjaśnia, że wszystkie przepisy kpk stosuje się w celu ścigania karnego. Ziobro, powołując się na art. 156, musi więc udowodnić, że udostępnienie Jarosławowi Kaczyńskiemu akt służyło śledztwu, miało cel procesowy. Czy taka ekwilibrystyka jest w ogóle możliwa?
Zawożąc prokuratora Miłoszewskiego do prezesa PiS i wydając mu polecenie, by ten zapoznał z aktami Jarosława Kaczyńskiego, Ziobro naruszył też ustawę o prokuraturze. Bo w jej myśl prokurator generalny nie może wydać polecenia prokuratorowi prowadzącemu śledztwo w sprawach dotyczących konkretnych czynności.
Czy to są poważne zarzuty?
Dotyczą przekroczenia uprawnień, czyli art. 231 kodeksu karnego, który przewiduje za taki czyn karę do trzech lat pozbawienia wolności. Ale jeśliby okazało się, że czyn nastąpił w celu osiągnięcia korzyści majątkowej bądź osobistej, kara może sięgać od roku do lat 10. Dodajmy, że w orzecznictwie korzyść polityczna jest uznawana za korzyść osobistą.
Sytuacja jest więc dla Ziobry mało ciekawa.
W najlepszym dla niego wariancie spotkać go może los, który PiS zgotowało swoim przeciwnikom politycznym – będzie jeździł po sądach i się tłumaczył. Ale sprawa udostępniania akt wcale nie musi się skończyć dla niego tak optymistycznie. Sądy w Polsce bardzo rygorystycznie podchodzą do przypadków, kiedy to politycy i funkcjonariusze państwowi udostępniają zastrzeżone informacje osobom niepowołanym, w celach ewidentnie politycznych. Los Zbigniewa Sobotki, byłego wiceministra spraw wewnętrznych, jest tu najlepszą przestrogą. A Ziobro na dodatek jest prawnikiem, był wówczas ministrem sprawiedliwości i prokuratorem generalnym, więc osobą, wobec której są szczególne wymagania.
Ewentualny, niekorzystny dla Ziobry, wyrok w tej sprawie może pociągnąć za sobą konsekwencje polityczne. Jest w Sejmie wniosek o zmianę konstytucji, chodzi o to, by osoby skazane prawomocnym wyrokiem sądowym za przestępstwo umyślne nie mogły być posłami. A to oznacza, że Ziobro – gdyby sąd uznał go za winnego – nie mógłby już trafić do Sejmu. Jego kariera polityczna stanęłaby pod znakiem zapytania.

Ścigał czy krył?

Ale cała sprawa związana z mafią paliwową ma jeszcze jedno dno.
Na pierwszy rzut oka wszystko jest oczywiste: prokurator prowadzący śledztwo chciał zyskać punkty w oczach ministra, więc informował go o każdej sensacji, którą usłyszał w śledztwie, kilkakrotnie przyjeżdżał do Warszawy. Z kolei Ziobro chciał zyskać punkty u Jarosława Kaczyńskiego, więc przybiegł do niego z atrakcyjnymi i sensacyjnymi doniesieniami. Tą sensacją były nazwiska oficerów służb specjalnych oraz polityków SLD, które padały w zeznaniach Baszniaka.
Te zeznania trafiały na podatny grunt – PiS było przecież przekonane, że tak właśnie wygląda rzeczywistość, ten stolik brydżowy. Nawet dziś, kiedy po dwóch latach prokuratorom nie udało się potwierdzić zeznań Baszniaka i wszystko wskazuje na to, że były to po prostu jego fantazje („Jego rewelacji nie udało nam się uwiarygodnić. Wyglądało na to, że miesza wiedzę z plotkami i rzeczami zasłyszanymi w mediach”, mówił „Gazecie Wyborczej” prokurator z grupy paliwowej.), Jarosław Kaczyński powtarza: nie potwierdziliśmy tych zeznań, bo za krótko rządziliśmy. Gdybyśmy rządzili dłużej, to ho, ho…
Te zeznania, dodajmy, służyły później PiS do politycznych gier, do rzucania oskarżeń, snucia insynuacji. I Ziobro, i Kaczyński odnosili w związku z tym korzyść polityczną.
Ale z informacji, które ujawniły media, wynika, że do sprawy walki z mafią paliwową Ziobro podszedł w sposób szczególny. Bo w ramach krakowskiego śledztwa w sprawie mafii paliwowej pojawiały się różne nazwiska, zarówno polityków lewicy, jak i prawicy, także, jak pisze „Newsweek”, Jarosława Kaczyńskiego.
Wielkie zainteresowanie śledczych budziła np. mała szczecińska spółka Brends założona przez Jerzego K., zaprzyjaźnionego z politykami prawicy. Brends (wcześniej JFK Investments) otrzymywała 15 centów od każdej baryłki ropy dostarczonej przez rosyjską firmę BMT do Orlenu, po tym, jak w roku 2000 (czyli za czasów Buzka) BMT podpisała kontrakt na dostawę ropy do Orlenu. Skąd ta hojność Rosjan? Czy te pieniądze zostawały w Brends, czy szły dalej? Prokuratorzy próbowali to wyjaśnić, ale sukcesu nie odnieśli.
Dodajmy, że wspomniany Jerzy K. na początku lat 90. powołał do życia firmę Solo, która niemal z dnia na dzień stała się największym prywatnym importerem paliw. Firma Solo otrzymała licencję nr 1 na handel paliwami. Dostała ją w 1992 r. od Michała Frąckowiaka, wiceministra współpracy gospodarczej z zagranicą w rządzie Jana Olszewskiego. Później Frąckowiak został prezesem Solo. Dodajmy, że w tym czasie Jerzy K. był wiązany ze środowiskiem Porozumienia Centrum, czyli partią braci Kaczyńskich.
W połowie lat 90. Jerzy K. sprzedał Solo Sławomirowi Smołokowskiemu i Grzegorzowi Jankielewiczowi, właścicielom firmy J&S.
Tak więc na dobrą sprawę akta dotyczące śledztwa w sprawie mafii paliwowej są tak bogate, że można z nich wyciągnąć wszystko. I przeciwko każdemu. Istota pracy prokuratorskiej polegała więc na tym, by oddzielić plotki od faktów, zweryfikować informacje i powoli popychać śledztwo do przodu. Tymczasem za Zbigniewa Ziobry śledztwo zostało wyhamowane.
W marcu 2006 r. odszedł z zespołu prokurator Marek Wełna. Wełna pracował od roku 2002, kierował 14-osobowym zespołem prokuratorów. Miał sukcesy. Odkrył m.in., że przestępcy mieszają paliwa w bazach wojskowych. Postawił przed sądem trzech baronów paliwowych z Pomorza, właścicieli firmy BGM.
Na początku 2006 roku Wełna wysłał list do Ziobry. Skarżył się w nim, że śledztwo w sprawie mafii paliwowej kierowane jest na boczne tory. Ten proces odbywał się dwojako. Po pierwsze, jak nieoficjalnie komentowali prokuratorzy, musieli oni wyszukiwać w aktach wątki, w których pojawiali się politycy lewicy, i na nich skupiać uwagę. Po drugie, ze śledztwa wyłączano rozmaite wątki i kierowano je do różnych prokuratur w całym kraju. „Dziś nikt nie jest w stanie połapać się, gdzie jest jakie śledztwo”, komentował w „GW” jeden ze śledczych. Dodajmy, że Wełna, krótko po wysłaniu listu, został odsunięty od tropienia mafii paliwowej. A jego następcy w ciągu dwóch lat nie skierowali do sądu żadnego aktu oskarżenia. Grupa walcząca z mafią paliwową została de facto przez Ziobrę rozbita.
Jak więc ocenić działania Zbigniewa Ziobry? Czy chciał rzeczywiście walczyć z mafią paliwową? Czy raczej patrzył na zjawisko okiem polityka – żeby uwypuklić wątki mu wygodne, a schować niewygodne? Mówić o politykach lewicy, a chować sprawy PC i polityków prawicy? Bardzo wiele elementów na to wskazuje.
Czy był hamulcowym?
To wymagałoby zbadania. Tylko czy jest w Polsce siła, która by tego zadania mogła się podjąć?
Przy tej okazji dobrze byłoby zbadać również dwa inne wątki.
Po pierwsze, czy rzeczywiście Jarosław Kaczyński dowiadywał się od prokuratora Miłoszewskiego tylko o zeznaniach dotyczących polityków lewicy? A może był informowany także o tym, co prokuratora zebrała na temat polityków prawicy? Przecież nie jest osobą naiwną, musiał zdawać sobie sprawę, że gdy prokuratura prowadzi tak wielkie śledztwo, w zeznaniach padać muszą różne nazwiska… A logicznie rzecz biorąc, nazwiska „swoich” musiały go bardziej interesować niż nazwiska ludzi lewicy.
A jeżeli tak – to jak ta wiedza, zdobyta nielegalnie, przekładała się na działania Kaczyńskiego?
Drugi wątek nawiązuje do prowadzonego w Katowicach śledztwa dotyczącego mafii węglowej. Jest to hipoteza warta zweryfikowania. Otóż po tym, jak Ziobro i Kaczyński zorientowali się, że ze śledztwa w sprawie mafii paliwowej wielkiego politycznego urobku nie będą mieli, a mogą mieć kłopoty, postawili na mafię węglową. To jest ten czas, kiedy zaczęły zapadać w tej sprawie najważniejsze decyzje. Czy wyjaśni to komisja śledcza badająca okoliczności śmierci Barbary Blidy?

Układ prokuratorów

Prace sejmowej komisji śledczej posuwają się powoli, prokuratorzy, których mianował Ziobro, idą w zaparte, ale przecież z każdym tygodniem wiemy o tej sprawie coraz więcej.
Gdy PiS obejmowało władzę, w prokuraturze katowickiej śledztwo przeciwko mafii węglowej prowadził od roku 2004 prokurator Jacek Krawczyk. Główną podejrzaną była Barbara Kmiecik, ale wśród osób, które „sprawdzał”, była również Barbara Blida. Jednak żadne z podejrzeń się nie potwierdziło. W efekcie Krawczyk w styczniu 2006 r. skierował do sądu akt oskarżenia przeciwko Barbarze Kmiecik. Blida była jednym ze świadków.
Ten akt oskarżenia zapewne wywołał furię, bo Krawczyk musiał tłumaczyć się przełożonym, dlaczego nie oskarżył Blidy. „W grudniu 2005 r., gdy ministrem sprawiedliwości był już Ziobro, szefowie prokuratury w Katowicach polecili mi opisać śledztwo, m.in. w kontekście wątku Blidy. Musiałem udzielać informacji, z jakiego powodu Blida nie została objęta zarzutami”, mówił przed komisją śledczą.
„Potem dochodziły do mnie i do kolegów z prokuratury głosy z kierownictwa, że trzeba zrobić porządek ze śledztwami, że trzeba rozliczyć lewicę, że trzeba rozbić układy. Powtarzano to za nową ekipą rządową, za Zbigniewem Ziobrą czy Jarosławem Kaczyńskim. Jak słyszałem, że trzeba rozliczyć lewicę, to rozumiałem, że chodziło im o Blidową”, opowiadał dziennikarzom o tamtym czasie.
Krawczyka odsunięto więc od dalszego śledztwa i powierzono je Emilowi Melce. Melka kierował śledztwem w sprawie mafii węglowej od marca do listopada 2006 r. Ale też nie przedstawił zarzutów byłej posłance SLD. I zeznał przed komisją śledczą: „Odsunięto mnie od śledztwa, bo nie zgadzałem się na przyśpieszenie i postawienie zarzutów”.
Po odsunięciu Melki prokuratura powołała specjalny czteroosobowy zespół, który prowadził śledztwo. I to ci prokuratorzy zdecydowali się oskarżyć byłą posłankę SLD.
Jak wiemy z zeznań prokuratorów, byli oni de facto całkowicie ubezwłasnowolnieni. Po pierwsze, zanim śledztwo podjęli, zostało ono podzielone na wątki – i każdy z nich otrzymał jasno określone zadanie. Wąski obszar zainteresowań. Po drugie, prokuratorzy byli praktycznie notariuszami ABW. Emil Melka zeznał w komisji śledczej, że śledztwo tak naprawdę prowadziła ABW. Tomasz Balas z zespołu prokuratorów przyznał, że jeździł do Warszawy, do ABW. Miał tam na przełomie roku 2006/2007 spotkanie z szefem ABW Bogdanem Święczkowskim (prokuratorem pochodzącym z Katowic, zaufanym Zbigniewa Ziobry), w obecności wiceszefa agencji Grzegorza Ocieczka (też z Katowic). I tematem rozmowy była sprawa Blidy.
Już sam fakt, że prokuratora zapraszano do gabinetu szefa ABW, jest dość dziwny. A jaki był powód tego zaproszenia? Czy nie uzgodnienia dotyczące śledztwa? A jakie one były?
Dodajmy, że oskarżenie Blidy opierało się na dwóch zeznaniach. Pierwsze to były zeznania Barbary Kmiecik. Drugie – to zeznania Ryszarda Zająca, który sam przyznawał, że te informacje nie pochodzą z pierwszej ręki.
Co do zeznań Kmiecik – w ich wagę doświadczeni prokuratorzy po prostu wątpili. Że słusznie – potwierdzają nie tylko fakty, ale i sama Kmiecikowa.
Przypomnijmy, po raz pierwszy zatrzymywał ją, jeszcze w lutym 2005 r. prokurator Jacek Krawczyk. Po paru miesiącach wyszła na wolność, ale jesienią znów została zatrzymana, tym razem do czerwca 2006 r. Potem znów wyszła na wolność. I – to jej wersja – gdy dowiedziała się, że ma być zatrzymana po raz trzeci, załamała się. „Złamali mnie, poproszono mnie do prokuratury i zeznawałam. Pytali głównie o Basię Blidę”, opowiadała.
Jest jeszcze inna wersja tego wydarzenia. Otóż wobec Barbary Kmiecik ABW podjęła działania operacyjne, gdy jeszcze była zatrzymana. I uzyskała wolność w zamian za oskarżenie Blidy. Ale więcej na ten temat dowiemy się, gdy odtajnione zostaną (przynajmniej częściowo) dokumenty delegatury ABW w Katowicach.
Dodajmy do tego jeszcze jeden element – Barbara Kmiecik, gdy poszła na współpracę, zyskała zupełnie inny status. Została wyłączona z grupy, która miała być 25 kwietnia aresztowana. Wcześniej była traktowana wyjątkowo – są zeznania, że jesienią 2006 r. przybyła do gabinetu szefa prokuratury okręgowej Tomasza Janeczka w towarzystwie szefa katowickiej delegatury ABW, a więc z pełnymi honorami. I tam, przy kawie, skarżyła się na prokuratorów oraz prosiła, by przesłuchiwać ją nie w Katowicach, tylko gdzieś na obrzeżach, żeby to mniej rzucało się w oczy.
Jak ocenić tę zażyłość?
Warto też zatrzymać się przez moment przy zeznaniach Ryszarda Zająca. Otóż mówił on różne rzeczy i wymieniał różne nazwiska. Także Barbary Blidy. Ale również Zbigniewa Wassermanna (jak napisał tygodnik „NIE”, to nazwisko znajdowało się też w słynnym notesie Barbary Kmiecik). Tymczasem, jeśli chodzi o Wassermanna, prokuratura nie zadała sobie nawet trudu, by zeznanie Zająca choćby wstępnie zweryfikować. Nie zrobiono w tej sprawie nic. Mimo że wobec Blidy uruchomiono wielki aparat państwa, śledczych i służby specjalne. Jaki z tego można wyciągnąć wniosek?

Równi i równiejsi

Podobny mechanizm działania prokuratury w czasach Zbigniewa Ziobry wyłania się nam z przesłuchań, które toczą się przed drugą komisją śledczą, ds. nacisków.
W Warszawie także mamy zaufanych prokuratorów Ziobry (w Katowicach to prokuratorzy Sierak i Janeczek, w Warszawie – prokurator Janicka). Tu także kontaktują się oni bezpośrednio z „górą”. I tu także tak naprawdę śledztwo prowadzi bezpieka, a prokuratorzy pełnią funkcję notariuszy.
Symptomatyczne były przesłuchania w komisji ds. nacisków, kiedy to prokuratorzy nie potrafili jasno powiedzieć, kto prowadził śledztwo w sprawie korupcji w Ministerstwie Sportu – oni czy CBA.
I w Warszawie, i w Katowicach, co wiemy z zeznań podległych im prokuratorów, Janicka i Janeczek baczą pilnie, by śledztwa nie przynosiły niespodzianek. Janeczek co tydzień odpytuje ekipę prowadzącą sprawę mafii węglowej, a Janicka mówi podległym im prokuratorom, że jak ruszą przed wyborami Tomasza Lipca, to ich „puknie”.
Sama Janicka, zeznając przed komisją, zaprzeczyła, by tak mówiła, ale w tej sprawie prokuratorzy, którzy takie słowa jej zarzucili, nie mają zamiaru się wycofywać. Co więcej, ich zeznania potwierdza szef CBA, Mariusz Kamiński, który mówił, że już 10 października funkcjonariusze biura i śledczy byli gotowi do zatrzymania Lipca. I zostało to wstrzymane w prokuraturze, którą ogarnął „paraliż decyzyjny”.
Zeznania prokuratorów potwierdzają się też w innym elemencie. Chodzi o supertajny telefon, który miała Janicka, zabezpieczony przed podsłuchem, za pomocą którego kontaktowała się ze Zbigniewem Ziobrą z pominięciem swej zwierzchniczki, szefowej prokuratury apelacyjnej. Jeden z prokuratorów, Cezary Przasnek, o tym gadżecie mówił tak: „Janicka chwaliła się, że to jeden z dziesięciu najtajniejszych aparatów w kraju”. Na jego odwrocie miała być karteczka z nazwiskami osób, do których można było bezpiecznie telefonować. Oprócz Ziobry, Kamińskiego i szefa ABW, Bogdana Święczkowskiego, byli to m.in. wiceministrowie sprawiedliwości Jerzy Engelking i Dariusz Barski oraz wiceszef ABW, Grzegorz Ocieczek”.
Sama Janicka najpierw podczas przesłuchania w komisji śledczej mówiła, że praktycznie z Ziobrą nie rozmawiała. Dopiero gdy sprawa telefonu wyszła na jaw, przyznała, że go miała: „Był nam potrzebny, bo mieliśmy wątpliwości, czy ktoś nie usiłuje nas podsłuchać”.
I tylko na marginesie warto odnotować, że przy okazji prac tej komisji dowiedzieliśmy się o zeznaniach Tomasza M., byłego wicedyrektora COS. Otóż zeznał on w prokuraturze, że kilku ludzi z PiS „planowało w ciągu dwóch lat z wartej 1,2 mld zł budowy Stadionu Narodowego w Warszawie wyprowadzić 100 mln zł. Pieniądze miały być wyprowadzane przy zamówieniach na usługi ochroniarskie, ubezpieczeniowe i reklamowe. Miały trafić na fundusz, z którego byłyby opłacane wydatki polityków PiS”. I opowiedział szczegółowo, jak było to planowane.

Partia wodza

Tak oto w ostatnich miesiącach, krok po kroku, odsłaniany jest kształt państwa PiS. Cały jego mechanizm. Jego struktura decyzyjna oraz cele jego działania.
Struktura jest hierarchiczna – o wszystkim decyduje Jarosław Kaczyński. A jednocześnie nie pokrywa się ze strukturą państwa – bo ważny jest nie ten, kto ma wysoką funkcję, ale ten, kto jest darzony zaufaniem, kto ma telefon.
Mamy więc państwo partyjne, państwo wodza.
Minister sprawiedliwości i prokurator generalny pobiegł z zeznaniami Baszniaka do Jarosława Kaczyńskiego i pewnie nawet do głowy mu nie przyszło, że mógłby postąpić inaczej. Ziobro tłumaczy się, że udostępnił Kaczyńskiemu akta ze śledztwa, bo ten był członkiem Biura Bezpieczeństwa Narodowego. To śmieszny argument – udostępnił mu, bo Jarosław Kaczyński jest jego wodzem, formalna funkcja nie ma tu nic do rzeczy, Kaczyński mógłby być nawet prezesem Związku Brydżowego, tak jak swego czasu Deng Xiaoping, a i tak PiS-owcy nie kwestionowaliby jego roli.
O nieformalnych spotkaniach pod przewodnictwem Kaczyńskiego, w czasach, kiedy już był premierem, mówiło już kilka osób; i były szef MSWiA, Janusz Kaczmarek, i były komendant główny policji, Konrad Kornatowski.
Mecenas Leszek Piotrowski, pełnomocnik rodziny Blidów, twierdzi więc otwarcie, że w Kancelarii Premiera istniała grupa przestępcza. Nocami na nieformalnych posiedzeniach zbierali się u Jarosława Kaczyńskiego szefowie prokuratury, służb specjalnych, policji i dyskutowali, w jaki sposób zamykać i dyskredytować przeciwników politycznych. Podczas narady u Kaczyńskiego mieliśmy scenę jak z opowieści o państwach totalitarnych – wódz wysłuchuje prokuratorskich zarzutów, a potem podejmuje decyzję, czy aresztować, czy też nie, kogo aresztować i w jaki sposób, czy z kajdankami, czy też bez.
W tym systemie wielką władzę miał Zbigniew Ziobro. Kontrolował prokuraturę, łamiąc tych, którzy mieli jakieś wątpliwości. A także kontrolował ABW – bo szef tej agencji, Bogdan Święczkowski, otwarcie mówił, że jest człowiekiem Ziobry.
Dziś już wiemy, jak te struktury były wykorzystywane. Jak na pewne sprawy kierowano reflektor, a inne starannie trzymano w cieniu.
Widać też wyraźnie, jak bardzo instrumentalnie traktowano hasło walki z korupcją. Że głośno wołano o walce z korupcją, a był to pretekst, by zwiększać rolę prokuratury i bezpieki, by ścigać przeciwników politycznych. By budować własną pozycję. To był spektakl pod tytułem „Szeryf i przestępcy”.
Z zeznań prokuratorów wiemy, że Ziobro planował na 25 kwietnia ub.r. wielką konferencję prasową. Tego dnia miała zostać zatrzymana Barbara Blida. Miało być wielkie show. W sprawie mafii węglowej zatrzymanych miało być pięć osób, w innej sprawie, też związanej z górnictwem, ale dotyczącej robót górniczych – osiem.
Ziobro w Sejmie wołał, że to była wielka afera, bo zatrzymano 13 podejrzanych. Znów mijał się z prawdą.

 

Wydanie: 29/2008

Kategorie: Kraj

Napisz komentarz

Odpowiedz na treść artykułu lub innych komentarzy