Oskarżyciel oskarżony

Oskarżyciel oskarżony

Naiwny czy skorumpowany? – na to pytanie musi odpowiedzieć warszawski sąd, mając na ławie oskarżonych znanego prokuratora

Mieszkanie stołecznego prokuratora Krzysztofa W. wygląda nobliwie – na ścianach pełno XIX-wiecznych obrazów polskich malarzy, na komodzie zabytkowe lichtarze, kandelabry. Znany w stolicy oskarżyciel (m.in. domagał się najwyższej kary dla matki utopionego w Wiśle Michałka; kobieta ostatecznie została przez sąd uniewinniona) mówi o sobie, że jest koneserem sztuki.
20 marca 2007 r. Krzysztof W. przyjmuje w swoim domowym muzeum znajomego Konrada T. Właśnie siedzą przy stole, gospodarz przelicza pieniądze przyniesione przez gościa, chowa je do kieszeni, gdy wpadają funkcjonariusze CBŚ.
Cały pakiet 300 tys. zł został, jak to się mówi w prokuratorskim żargonie, zabezpieczony. Pieniądze były oznakowane proszkiem fluorescencyjnym i sfotografowane. Drobiny tego proszku policyjni technicy znaleźli na dłoni Krzysztofa W. i prawej nogawce tuż koło kieszeni. W. nie aresztowano tylko dlatego, że chronił go prokuratorski immunitet.

Specjalność – naganiacz

Trzy tygodnie wcześniej w siedzibie warszawskiego CBŚ pojawia się Konrad T. Ma do przekazania ważną informację: prokurator Krzysztof W. zaproponował mu za 300 tys. zł łapówki przerwę w odbywaniu kary znanego śląskiego gangstera Krystiana Sz., pseudonim „Młody Sajmon”.
Konrad T. zeznaje, że nie pierwszy raz podejmuje się roli pośrednika między Krzysztofem W. a oskarżonymi. („W. często proponował mi, abym zwabiał jeleni, bo mam wśród przestępców znajomości”).
Wcześniej korzystał z usług tego prokuratora w celu pomyślnego rozstrzygnięcia w postępowaniu przeciwko powiązanemu z mafią biznesmenowi Rudolfowi S., obecnie poszukiwanemu listem gończym. Jego „klient” został oskarżony przez właściciela Carrefour Polska o podrobienie weksla na 12 mln zł.
Nie zawsze korupcyjna inicjatywa wychodziła od Konrada T. – Prokurator W. złożył mi jako pośrednikowi propozycję, że za łapówkę zwolni z aresztu Lwa R., znanego producenta filmowego – zeznał informator CBŚ – albo bossa wołomińskiej mafii, Jana Cz.
Na wypuszczeniu z zakładu karnego „Młodego Sajmona” szczególnie mu zależało. Po pierwsze, byłby z tego duży dopływ gotówki – W. miał uprzedzić Konrada T., że poniżej 300 tys. zł nie zejdzie, odrzuca wszelkie próby negocjacji. Po drugie, Krystian Sz. mógłby nagonić innych klientów.
Dobili targu i 20 marca Konrad T. miał przekazać prokuratorowi pieniądze w jego mieszkaniu. Przyszedł tam, wiedząc, że za chwilę do lokalu wpadną uzbrojeni funkcjonariusze CBŚ.
Kim jest Konrad T.? Edukację zakończył na szkole zasadniczej, od połowy lat 90. był brokerem ubezpieczeń mienia. Jego pierwsze przestępstwo polegało na przywłaszczaniu składek ubezpieczeniowych. Z czasem wyspecjalizował się w wyłudzaniu z ZUS zasiłków chorobowych. Wtedy trafił do lekarzy, gotowych za łapówki poświadczać nieprawdę co do stanu zdrowia petenta.
Ponieważ mnożyły mu się procesy o korupcję, Konrad T. nawiązał ścisłe kontakty z byłym prokuratorem, a wtedy adwokatem Andrzejem B. Klientami mecenasa (dziś wydalonego z adwokatury) byli skazani prawomocnymi wyrokami na więzienie, którzy chcieli uniknąć zamknięcia w celi. Mecenas zatrudnił Konrada T. w swej kancelarii na „pomocniczym stanowisku”, jak to określono w umowie. Tak naprawdę miał naganiać bogatych klientów, którzy gotowi byli płacić za wystawienie im fałszywych zaświadczeń o rzekomo ciężkiej chorobie, niepozwalającej na wykonanie wyroku.
Gdy pod koniec 2003 r. adwokat B. został wydalony z zawodu, Konrad T. nie szukał kolejnego wspólnika do swych pokrętnych interesów. Jego notes był pełen adresów przekupnych lekarzy, biegłych sądowych i prokuratorów. W rozmowie z klientami mógł już powoływać się na wpływy w tych środowiskach. Cenił się – na wstępie brał od petenta 50-100 tys. zł.
Znalazł lekarzy gotowych wystawiać takie papiery. Przede wszystkim w Specjalistycznym Centrum Rehabilitacji i Leczenia Schorzeń Narządu Ruchu – zastępcę ordynatora oddziału neuroortopedii, dr. Krzysztofa J., w Samodzielnym Zespole Publicznych Zakładów Lecznictwa Otwartego Warszawa Praga Północ – biegłą sądową dr Marię Ż. oraz radiologów Jarosława R. i Andrzeja P. z Instytutu Psychiatrii i Neurologii w Warszawie.
Za Krystianem Sz., ksywa „Młody Sajmon”, synem zabitego w porachunkach gangsterskich mafiosa ze Śląska, wystawiono nakaz doprowadzenia do zakładu karnego. Czekał go też proces w kolejnej sprawie. Konrad T. wraz z mec. D. (kolejnym skorumpowanym adwokatem, u którego T. zatrudnił się na „pomocniczym stanowisku”) uznali, że najlepszym schronieniem dla ich klienta będzie sala operacyjna w Stocerze.
Fałszywe rozpoznanie rezonansu wykonali dwaj skorumpowani radiolodzy z Instytutu Psychiatrii. Na wszelki wypadek zabezpieczono się podstępnym wprowadzeniem w błąd co do tożsamości badanej osoby innego nieprzekupnego specjalisty radiologa. Zamiast Krystiana Sz. poszedł na badanie jego kolega – były zapaśnik, który miał sfatygowany kręgosłup. Dr J., wtajemniczony we wszystko ordynator ze Stoceru, za 10 tys. zł łapówki napisał do sądu opinię, że niezbędna jest operacja w wyspecjalizowanym ośrodku, a takiego w zakładach karnych nie ma.
Ponieważ pacjent był poszukiwany i interesowały się nim media, dr J. uzgodnił z Konradem T., że ten powiadomi policję o jego obecności w szpitalu tuż po operacji „Młodego Sajmona”. (Za tę dodatkową fatygę „goniec” zażądał od gangstera dodatkowych 50 tys. zł.). Przybyli do Stocera policjanci nie zostali dopuszczeni do pacjenta, który leżał na oddziale intensywnej terapii. W tej sytuacji sąd uchylił nakaz doprowadzenia Krystiana Sz. do zakładu karnego…
Konrad T. jest dziś świadkiem koronnym w prowadzonym w Łodzi śledztwie przeciwko Lwu R., jego obrońcom, a także wielu adwokatom i lekarzom, podejrzanym o fałszowanie zaświadczeń na temat stanu zdrowia aresztowanych, by mogli oni unikać aresztu lub kar więzienia. Jego proces będzie się toczył osobno.

A co z garniturem?

Tydzień po wtargnięciu funkcjonariuszy do mieszkania Krzysztofa W. został on zatrzymany ponownie. Tym razem w chińskiej restauracji. Prokurator miał tam umówione spotkanie z przyjacielem Piotrem K., który obiecał mu, że przyprowadzi kogoś, kto ma dojścia do mediów i do sądu dyscyplinarnego dla prokuratorów. Prokurator liczył na zachowanie immunitetu (wtedy nie można by go aresztować) i audycję telewizyjną, w której oczyściłby się z zarzutów.
Takie możliwości miał Zbigniew S., który przedstawił się jako dyrektor biura prawnego posłanki Samoobrony, Danuty Hojarskiej. Zaproponował wystąpienie w TVN, artykuł w prasie i interpelację poselską wicepremiera Leppera. Miało to kosztować 500 tys. zł. Na początek zgodził się na 10% zaproponowanej sumy.
W. wrócił do domu i przygotował kopertę z 4 tys. euro i 9 tys. zł, prosząc Piotra K. o wręczenie jej pośrednikowi. Panowie umówili się na stacji benzynowej i tam zostali zatrzymani chwilę po tym, jak Zbigniew S. chował pieniądze.
Zabezpieczono kartę pamięci w telefonie S., na której nagrywał on swoje rozmowy telefoniczne z przyjacielem prokuratora. Rozmówcy posługiwali się szyfrem. Np. hasło: „Naprawienie samochodu” miało oznaczać załatwienie umorzenia postępowania karnego wobec W.
W. twierdził w śledztwie, że do momentu ponownego aresztowania (po incydencie na stacji benzynowej) nie wiedział, że oferujący mu pomoc to Zbigniew S.
– Gdybym znał wcześniej to nazwisko, nigdy bym się nie zgodził na spotkanie z tą osobą. W ramach sprawowania nadzoru prokuratorskiego prowadziłem z nim korespondencję, odpowiadałem na jego skargi.
Kim jest Zbigniew S.? Na swoim blogu pisze, że miał wiele procesów sądowych i wszystkie wygrywał. Trudno to weryfikować, bo dokumentów nie przedstawia.
Z doniesień prasowych wiadomo, że na początku lat 90. na cudze dowody, z wklejonym własnym zdjęciem wyłudził w sprzedaży ratalnej kilkanaście telewizorów, komputerów i magnetowidów, za które nigdy nie zapłacił. W 2000 r. z Banku Śląskiego w Katowicach wziął 800 tys. zł kredytu lombardowego pod zastaw „Mszału Gregoriańskiego” z XI w. Przedstawił opinię rzeczoznawcy, że mszał jest wart 2,5 mln zł, zatem bank zrobi na nim dobry interes, kupując starodruk za jedną trzecią wartości. Zgodnie z takim rozumowaniem S. przestał spłacać kredyt. Wtedy okazało się, że rzekomy mszał jest fałszywką wartą najwyżej 1,5 tys. zł.
S. reklamuje się na blogu jako specjalista od finansów i ściągania długów skarbu państwa: „W 2002 roku zostałem wyznaczony przez Rząd RP do windykacji należności na rzecz KFI Colloseum, któremu rząd udzielał gwarancji. Okazało się, że ta firma wypłacała polskim politykom (tu nazwiska byłych premierów – H.K.) ogromne kwoty bez żadnych umów. Nie było podstaw, aby np. urzędujący premier miał otrzymać 7 mln zaliczki. Udało się mi windykować od polityków 171 mln zł”.
Przed Sądem Okręgowym w Katowicach od lat trwa proces przeciwko 13 przedstawicielom Konsorcjum Finansowo-Inwestycyjnego Colloseum, którym prokuratura zarzuciła wyłudzenia w obrocie wierzytelnościami na łączną kwotę 430 mln zł. Z akt procesowych nie wynika, że Zbigniew S., który wówczas występował jako doradca Samoobrony, odzyskał jakieś wierzytelności Colloseum.
On sam podaje, że po sukcesie z windykacjami został wysłany z Sejmu na placówkę dyplomatyczną do Niemiec, był tam do 2004 r. Miał przygotować dysertację na temat kontaktów landu Hesji i woj. mazowieckiego w kulturze. – Opracowanie finalne nie powstało – dodaje. – W tym czasie wszczęto przeciwko mnie 89 postępowań karnych, do kilkudziesięciu z nich zostałem aresztowany. W latach 2004-2006 umorzono 81 postępowań karnych, w ośmiu zapadły prawomocne wyroki uniewinniające.
Jest w tym cząstka prawdy. W 2006 r. minister sprawiedliwości, a zarazem prokurator generalny Zbigniew Ziobro wniósł kasację do Sądu Najwyższego od wyroku Sądu Okręgowego w Warszawie na korzyść Zbigniewa S. skazanego za to, że w 1999 r. wyłudził z Banku PKO BP prawie 20 tys. zł, posługując się kartą debetową. Do przestępstwa doszło, gdy bank podpisał z S. umowę na prowadzenie ajencji bankowej, choć petent nie miał własnych pieniędzy, powoływał się natomiast na koneksje w świecie polityki, zwłaszcza wśród polityków Samoobrony.
Uniewinniony S. natychmiast zażądał od sądu miliardowego odszkodowania. Pozew został odrzucony, ale wkrótce powołano go na stanowisko dyrektora pionu prawnego w biurze poselskim Sejmu. (S. przedstawia się jako prawnik, w rzeczywistości ukończył zasadniczą szkołę zawodową, jest tokarzem).
W śledztwie rolę w zatrzymaniu Piotra K. przedstawił następująco: – Skontaktowałem się z naczelnikiem wydziału kryminalnego zarządu CBŚ w Białymstoku i nagraliśmy sprawę spotkania w restauracji. K. powiedział, że jego przyjaciel Krzysztof W. może mi zapłacić 500 tys. zł, ale żeby zebrać takie pieniądze, prokurator musi sprzedać swoją kamienicę w centrum Warszawy. Widząc, że interes ucieka, zaproponowałem, aby wpłacił 10% zaliczki, wtedy się upewnię, że to poważna rozmowa.
Z policjantami, którzy mieli być w pobliżu, ustaliłem, że gdy pieniądze będą – jak to się mówi – na stole, to ja się złapię za głowę i oni przystąpią do działania. Wykonałem taki gest, a ci nic. Więc pod pozorem wysłania SMS do żony napisałem jedno słowo: „Dawaj!”. I nastąpiło zatrzymanie. Położyli nas na ziemi, ja im potem przedstawiłem rachunek na 4 tys. zł za zniszczenie nowego garnituru koloru zielonego z firmy Bogatti, niestety, nie zwrócili nawet złotówki. Dziś włączenie się w działania CBŚ oceniam jako błąd. Przyczyniłem się do zniszczenia człowiekowi życia, tak jak mnie zniszczono.

Obraz dla gangstera, samochód dla prokuratora

Podczas rewizji w mieszkaniu Krzysztofa W. znaleziono obrazy, m. in. Fałata i Axentowicza, które Konrad T. rozpoznał jako zakupione wcześniej od prokuratora, a następnie mu zwrócone, gdyż okazały się falsyfikatami.
Śledczych zainteresowały te dziwne transakcje. To, że prokurator W. gromadził głównie falsyfikaty XIX-wiecznych dzieł sztuki, potwierdzili na prośbę prokuratury kustosz Muzeum Sztuki Łodzi, a także historycy sztuki. T. twierdził, że choć nie miał pojęcia o malarstwie i w ogóle go to nie obchodziło – kupił ok. 30 obrazów za 132 tys. zł. Po co zatem wydawał pieniądze?
– Bo nabywanie obrazów od prokuratora po zawyżonych cenach – wyjaśnił świadek koronny – było sposobem korumpowania go w zamian za pomoc przestępcom, których wyciągałem – nie za darmo – z aresztu. W. tak to wymyślił, że będzie mi sprzedawał bezwartościowe obrazy za cenę łapówki od uciekających przed karą przestępców.
W takich okolicznościach jeden z obrazów musiał kupić „Młody Sajmon”. – W. naciskał – zeznał Konrad T. – żeby dać mu obraz, może kogoś przyprowadzi. (W domyśle zabiegającego o bezprawne zwolnienie z aresztu, zmianę aktu oskarżenia). Dlatego tak się ucieszył, gdy 20 marca zobaczył mnie w drzwiach swego mieszkania z wypchanymi kieszeniami. Był pewien, że przyniosłem od tego przestępcy obiecane pieniądze.
Zdaniem Konrada T. do kupna rzekomego obrazu Hoffmana od prokuratora za cenę nieproporcjonalnie wysoką w stosunku do jego wartości został przymuszony Rudolf S., właściciel firmy Inter Commerce. Zaginięcie S. w 2005 r. zbiegło się z przedstawieniem biznesmenowi zarzutu wyłudzenia w 1999 r. dopłat na przechowywanie zboża i kredytów preferencyjnych. Potem doszło do tego korumpowanie urzędników skarbowych oraz w Ministerstwie Finansów, gdzie bez powodu firmie Inter Commerce umarzano długi wobec skarbu państwa.
Z zeznania Konrada T.: – W. pokazał mi akta sprawy o podejrzeniu popełnienia przestępstwa przez S., który zwrócił się do Carrefour Polska o wykupienie ich weksla na 12 mln dol. Z zawiadomienia wynikało, że Carrefour nie ma u siebie dokumentacji o podpisaniu takiego zobowiązania wekslowego. W. powiedział mi, że trzeba spróbować dotrzeć do podejrzanego z propozycją załatwienia sprawy za co najmniej 10% weksla, a może nawet połowę kwoty. W obecności adwokata B. doszło do spotkania z biznesmenem w hotelu Bristol.
B. zaproponował, że załatwi sprawę za 30% wartości weksla. S. odparował, że da 1-2%. Uznaliśmy, że to i tak są dobre pieniądze, bo sprawa może być umorzona. Ostatecznie S. wpłacił nam w ratach 20 tys. zł, a potem 80 tys., gdy się upewnił, że znamy prokuratora W. Poszliśmy do Bazyliszka, tam mocno popiliśmy, nasz klient był w tak dobrym humorze, że jeszcze nam dorzucił
50 tys. zł w reklamówce. Przy podziale prokuratorowi W. przypadło 50 tys. zł. I jeszcze wcisnęliśmy S. obraz Hoffmana, wyceniony przez W. na 15 tys., a dostał dwa razy tyle.
W środowisku prawniczym W. miał opinię nie tylko konesera dzieł sztuki, ale i fanatyka czterech kółek. Prokuratora widziano bowiem w coraz to innym samochodzie.
W rzeczywistości jednak W. w ogóle nie ma na własność żadnego samochodu. Sporo światła na tę okoliczność rzucił Konrad T. – To ja pożyczałem Krzysztofowi samochody, jeździł nimi miesiącami, tylko zmieniał marki – zeznał. – Tak było na przykład z volvo. Formalnie wóz należał do Joanny Z., ja od niej kupiłem, tylko nie przerejestrowałem. W. naciskał, abym jakiś samochód sprzedał mu fikcyjnie. Ten temat zawsze wracał, gdy chciałem się od niego czegoś dowiedzieć, czy poradzić w sprawach moich klientów oskarżonych o przestępstwo. Pamiętam, że podpisałem z nim jakiś projekt umowy, z której wynikało, że faktycznie sprzedaję mu samochód. Ale pieniędzy nie dostałem. Ilekroć pożyczałem mu kluczyki na dłużej, miałem problem, aby je odebrać. Kręcił, raz powiedział, że ktoś mu samochód ukradł.
Krzysztof W. poruszał się też volkswagenem należącym do Cz., pseudonim „Długi”, znanego gangstera z Wołomina, skazanego w 2009 r. za udział w przestępczości zorganizowanej. Konrad T. zeznał w śledztwie, że tylko częściowo zapłacił gangsterowi za sprzedaż wozu, notabene zarejestrowanego na jeszcze inne nazwisko. Informował W., od kogo ma ten samochód.
Gdy żona Cz. złożyła w prokuraturze doniesienie na T., że samochód przywłaszczył, Krzysztof W., który jako prokurator nadzorował podległą mu instancję w Wołominie, przygotował Konrada T., jak ma zeznawać. Tak przynajmniej twierdzi świadek koronny.
– On się obawiał, że wyjdzie na jaw – zeznał w śledztwie – że jeździł tym samochodem. Postarał się, aby sprawa została umorzona. Potem Cz. przestał się domagać pieniędzy, bo trafił do aresztu w innej grubszej sprawie. A Krzysztofowi pożyczyłem toyotę, ale korzystając ze statusu świadka koronnego, odmawiam ujawnienia, od kogo ją miałem. W każdym razie prokurator W. znał te okoliczności.

Między CBŚ a prokuraturą

Akt oskarżenia Krzysztofa W. zawiera dwa zasadnicze zarzuty.
Po pierwsze, przyjęcia 20 marca 2007 r. od Konrada T. 293.675 zł oraz obietnicy kolejnych 100 tys. zł w zamian za bezzasadne przychylenie się w prokuratorskim postępowaniu do wniosku Krystiana Sz. o wypuszczenie go na wolność.
Ponadto przyjęcie 96 tys. zł łapówek za utrudnianie postępowań karnych.
Drugi zarzut to złożenie (w porozumieniu z Piotrem K. również oskarżonym) obietnicy wręczenia 500 tys. zł, 4 tys. euro i 9 tys. zł Zbigniewowi S. w zamian za pośrednictwo w załatwieniu immunitetu w prokuraturze apelacyjnej i odwoławczym sądzie dyscyplinarnym dla prokuratorów. Grozi za to kara do 10 lat więzienia.
Krzysztof W., nie przyznając się do popełnienia tych przestępstw, wyjaśniał: – Zdaję sobie sprawę, że nagranie rozmów telefonicznych z Konradem T. dzień przed akcją CBŚ stawia go w niezbyt korzystnym świetle. Ale musiał odgrywać przed K. taką rolę, aby się nie zorientował, bo inaczej straciłby należne pieniądze.
Konrad był mu winien za obrazy 136 tys. zł. Pieniądze, które przyniósł 20 marca 2007 r., W. potraktował jako spłatę długu. Było ich więcej, ale przypuszczał, że pozostałą kwotę znajomy zamierzał u niego przechować, bo był skłócony z żoną.
Za volvo, o którym W. dopiero później się dowiedział, że należało do przestępcy, zapłacił T. 40 tys. zł, ale on nigdy nie przekazał mu dokumentów wozu.
Gdy T. zaproponował mu załatwienie pewnemu przestępcy warunkowego zwolnienia z aresztu, postanowił, że podstępnie wykorzysta tę sytuację do finansowego rozliczenia się z człowiekiem, na którym się zawiódł. Nie wiedział, że chodzi o „Młodego Sajmona”. Gdy się zorientował, chciał się odsunąć od T., ale był zapętlony finansowo.
Owszem, przystał na propozycję pomocy temu przestępcy, ale nigdy nie wykonał „żadnych ruchów i nie miał zamiaru tak postąpić”. Okłamywał Konrada T., opowiadając, że rozmawiał z kimś w organach śledczych o tej sprawie. Jako prokurator ma zasady wykonywania swego zawodu.
Prawdą jest, że powiedział T., iż poza pieniędzmi, które należy przeznaczyć na załatwienie sprawy „Sajmona”, dodatkowo potrzeba 100 tys. zł, które mieliby podzielić między sobą. Mówił tak, aby kłamstwem zyskać zaufanie pośrednika. Gdy T. przyniósł mu łapówkę do domu (oskarżony nie pamiętał, aby w dniu akcji CBŚ brał banknoty do ręki i liczył), nadal utwierdzał go w przekonaniu, że się zajmie sprawą, a tak naprawdę chciał mu za kilka dni powiedzieć, że nic z tego nie wyszło, i oddać pieniądze po odliczeniu długu. Nie zdążył jednak zrealizować swego planu, bo został zatrzymany.
Długo nie zdawał sobie sprawy, że Konrad T. jest uwikłany w działalność przestępczą. Z czasem zaczął się przekonywać, że sprawy karne, o które T. pytał, mogą dotyczyć jego osobiście. W połowie 2006 r. zaczął zapisywać numery rejestracji samochodów, którymi T. się poruszał, podpytywać, co się z tymi pojazdami dzieje. Wtedy zauważył, że Konrad coś kręci, gubi się w relacjach.
Co do obrazów, to sprzedawał je Konradowi tylko dlatego, że ten się chwalił, iż zna wielu bogatych ludzi.
W odniesieniu do drugiego zarzutu:
Faktem jest, że przystał na propozycję Zbigniewa S., aby za jego pośrednictwem Lepper złożył interpelację w sprawie aktu oskarżenia. Liczył na to, że wtedy sąd dyscyplinarny dla prokuratorów wstrzyma się z decyzją o odebraniu mu immunitetu. Chciał się spotkać z S. również dlatego, aby się dowiedzieć, z jakim dziennikarzem chce go umówić, aby będąc oskarżonym, mógł przedstawić swoje stanowisko. Nie było mowy o wywieraniu wpływu na organy śledcze.
Zbigniew S., obiecując mu program w TVN i artykuł w prasie, żądał pieniędzy nierealnych. Kwota, którą dostał za pośrednictwem K. (na stacji benzynowej), to była zapłata za dojście do mediów.
W kolejnych wyjaśnieniach W. twierdził, że stał się ofiarą rozgrywek między funkcjonariuszami policji niezadowolonymi z faktu kierowania ich resortem przez prokuratora a wysokimi urzędnikami w MSW. Przygotowana pułapka kryminalistyczna była próbą zdyskredytowania prokuratury przez prowokację CBŚ. W tym celu wykorzystano jego znajomość z konfidentem Konradem T. prowadzącym działalność przestępczą pod parasolem CBŚ.
Na pierwszej rozprawie w sądzie oskarżony Krzysztof W. złożył oświadczenie:
– Wyrażam ubolewanie, że zaufałem takiemu człowiekowi jak Konrad T. Za późno dowiedziałem się, kim jest naprawdę. Proszę sąd, aby nie brał pod uwagę treści zawartych w uzasadnieniu aktu oskarżenia, bo zostało to sporządzone nieprofesjonalnie. Brak tam obiektywnego przedstawienia materiału dowodowegoOskarżyciel oskarżony. Po zapoznaniu się z aktami sprawy w obecności obrońcy zapytałem prokuratora, czemu nie umorzy postępowania. „Przecież pan wie – padła odpowiedź – że nie mogę, ja z tego chłamu wyciągnę wszystko. No cóż, takie mam dowody, niech pan walczy, ma pan duże szanse”.
Proces trwa. Przedstawimy jego finał.

Znanemu prokuratorowi zarzuca się:

  • przyjęcie 294 tys. zł łapówki oraz obietnicy kolejnych 100 tys. zł w zamian za wypuszczenie na wolność gangstera.
  • przyjęcie 96 tys. zł łapówek za utrudnianie postępowań karnych.
  • złożenie obietnicy wręczenia 500 tys. zł, 4 tys. euro i 9 tys. zł łapówki w zamian za pośrednictwo w załatwieniu immunitetu prokuratorskiego.

Wydanie: 19/2011

Kategorie: Reportaż

Napisz komentarz

Odpowiedz na treść artykułu lub innych komentarzy