Ostatnia deska ratunku Ursuli

Ostatnia deska ratunku Ursuli

Od kliniki ginekologicznej w Hanowerze po szefostwo Komisji Europejskiej

Korespondencja z Berlina

Ursula von der Leyen potrafi się uśmiechać w rytm błysków fleszy. Kiedy na początku lipca dowiedziała się, że jest kandydatką na szefową Komisji Europejskiej, radości nie było końca. Po ciężkich latach w niemieckim Ministerstwie Obrony Narodowej ten kolejny awans musiał być dla niej wyzwoleniem. Tymczasem jej wybór nie był przesądzony, a wyniki głosowania z 16 lipca ujawniły raz jeszcze ostre podziały w Unii Europejskiej. Za tą kandydaturą głosowało 383 z 733 europosłów, czyli niemal połowa wyraziła sprzeciw. – Spoczywa na mnie wielka odpowiedzialność, teraz zabieram się do dzieła – oznajmiła von der Leyen. Zaznaczyła, że pragnie „silnej Europy i żywej demokracji” i że pod jej egidą w Komisji znajdzie się tyle samo kobiet i mężczyzn.

Pierwsza kobieta

Ursula von der Leyen będzie pierwszą kobietą na czele Komisji Europejskiej. 60-letnia Niemka uchodzi za konserwatystkę. Jako minister rodziny autoryzowała przepisy jasno stwierdzające, że wychowanie dziecka jest obowiązkiem obojga rodziców. Określenie urlop macierzyński zastąpiła zaś bardziej poręcznym terminem urlop rodzicielski. Dzisiaj wielu niemieckich ojców chętnie korzysta z tego dwumiesięcznego urlopu.

Rodzinne powiązania wymusiły na młodej Ursuli przyśpieszoną naukę polityki i ucierania kompromisów. Jej ojciec Ernst Albrecht był znanym działaczem CDU i m.in. premierem Dolnej Saksonii. Przyszła szefowa KE urodziła się w 1958 r. w Brukseli, ponieważ ojciec pracował wówczas w strukturach unijnych. W stolicy Belgii uczęszczała do Szkoły Europejskiej. W Brukseli też spotkało ją i jej rodzinę nieszczęście – w 1971 r. młodsza siostra, Benita-Eva, zmarła w wieku 11 lat na raka. W tym samym roku rodzina Albrechtów przeprowadziła się do Hanoweru, gdzie Ernst podjął pracę w landtagu. Ursula studiowała ekonomię na Uniwersytecie w Getyndze i w London School of Economics. W 1987 r. ukończyła także medycynę w hanowerskiej Medizinische Hochschule. Od 1986 r. jej mężem jest Heiko von der Leyen, profesor medycyny, z którym ma siedmioro dzieci. Na początku lat 90. Ursula pracowała w klinice ginekologii na swojej byłej uczelni. Potem mieszkała przez kilka lat w kalifornijskim Stanfordzie, gdzie jej mąż wykładał na uniwersytecie. Życie rodzinne długo nie pozostawiało czasu na realizację celów zawodowych, ale gdy w 1990 r. wstąpiła do CDU, szybko łyknęła politycznego bakcyla. Odtąd jej kariera nabrała rumieńców. W latach 2001-2004 Ursula von der Leyen była radną i przewodniczącą frakcji radnych CDU w Sehnde. W 2003 r. została posłanką w dolnosaksońskim landtagu i ministrem ds. społecznych w lokalnym rządzie premiera Christiana Wulffa. Dwa lata później była już ministrem ds. rodziny w rządzie federalnym, choć dopiero w 2009 r. po raz pierwszy uzyskała mandat posłanki do Bundestagu. W drugim rządzie Angeli Merkel objęła tekę ministra pracy, w trzecim i czwartym ministra obrony. Towarzyszyła więc przyjaciółce z Urzędu Kanclerskiego od samego początku i zanim pojawiły się problemy w MON, była najczęściej typowana na jej następczynię.

Wcześnie nauczyła się występować z inicjatywami prowadzącymi do wyciszania sporów politycznych. Te umiejętności na pewno jej pomogły w ostatnich trzech tygodniach, kiedy walczyła w Strasburgu o większość niezbędną do potwierdzenia jej wyboru na szefową KE.

Również na czele niemieckiego MON stanęła jako pierwsza kobieta i w nim dalej budowała swoją pozycję międzynarodową. Pełniła tę funkcję przez sześć lat, ale właśnie tam na jej wizerunku pojawiły się pierwsze rysy. Ścieżka do Urzędu Kanclerskiego, którą obrała wiceszefowa CDU, okazała się nader wyboista. W resorcie obrony von der Leyen zastała bowiem istne pobojowisko – zardzewiałe helikoptery, zawodzące karabiny i rozpadające się statki szkoleniowe. O ile większość tych zaniechań ambitna minister mogła zrzucić na poprzedników, o tyle od kolejnych skandali nie mogła już uciec.

W 2016 r. von der Leyen, która jest z zawodu lekarką, musiała odpierać zarzuty, jakoby jej praca doktorska była plagiatem, a tego rodzaju afery w Niemczech są dla polityków gwoździem do trumny. Jeden z poprzedników na fotelu szefa MON, również dobrze zapowiadający się Karl-Theodor zu Guttenberg, musiał zrezygnować z polityki i szukać szczęścia za granicą. Rok później uwagę opinii publicznej przykuły problemy z neonazistami i molestowaniem w Bundeswehrze. Policja zatrzymała niejakiego Franca A. z niemiecko-francuskiej brygady w Alzacji, któremu postawiono zarzut podawania się za uchodźcę i przygotowywania zamachu terrorystycznego. Planował go w taki sposób, aby podejrzenie padło na islamskiego imigranta. Zresztą właśnie w walce z Państwem Islamskim von der Leyen ujrzała szansę wzmocnienia swojej pozycji. Niemcy, które z wiadomych powodów nie chcą uchodzić za podżegacza wojennego i dotąd raczej uchylały się od większych zobowiązań militarnych w państwach kryzysowych, znów eksportują broń do krajów Bliskiego Wschodu.

Medialni saperzy

Von der Leyen nie cieszyła się sympatią niemieckich generałów. Kiedy wyszły na jaw skandale związane z neonazistami w wojsku, minister oskarżyła całą Bundeswehrę. Mówiła o słabym przywództwie, kryzysie tożsamości oraz źle rozumianym poczuciu koleżeństwa. Te wypowiedzi wprawiły w osłupienie nie tylko wysokich rangą wojskowych, lecz również koalicjanta w rządzie Angeli Merkel. – W wojsku mamy wiele problemów, ale kiedy pani minister twierdzi, że zauważa w armii kryzys przywództwa, powinna przyznać, że ryba psuje się od głowy – oburzał się wtedy Hans-Peter Bartels z SPD. Zresztą nie od dziś wiemy, że współrządzący socjaldemokraci nie darzą Ursuli von der Leyen zbytnią sympatią i dlatego wielu europosłów z SPD prawdopodobnie na nią nie zagłosowało.

Kto zada sobie trud prześledzenia jej kariery, nie może mieć wątpliwości, że posady ministerialne były jedynie wstępem do odegrania ważniejszej roli. Aby osiągnąć swój cel (co teraz w pewnym sensie jej się udało), von der Leyen wyrobiła sobie nawyk lekceważenia i gniewnego odrzucania wszelkiej krytyki, chcąc ocalić swój wizerunek przed jakimkolwiek uszczerbkiem. Co znamienne, niewygodne tematy pozostawia zaufanym ludziom od brudnej roboty. W MON pracowało kilku takich „saperów”, rozbrajających kolejne medialne bomby, które mogły zaszkodzić pani minister.

Liczna armia jej doradców to osobny skandal. Dopiero na początku tego roku ruszyła w Bundestagu komisja śledcza, która zajmuje się nieprawidłowościami w zatrudnianiu przez ministerstwo zewnętrznych firm eksperckich. Okazuje się, że resort obrony wydał w ostatnich latach kilkaset milionów euro na zlecenia dla zewnętrznych doradców, co uważa się za sumę przekraczającą wszelkie normy. Poza tym zlecenia te wydano z pominięciem procedur obowiązujących przy zamówieniach publicznych. Dodatkowych argumentów dostarcza krytykom von der Leyen rozrastająca się w MON pajęczyna powiązań, świadczonych wzajemnie usług i nieformalnych uzależnień. Między niektórymi generałami a biznesmenami istniały ścisłe relacje zamykające konkurencyjnym firmom drogę do kontraktów. Na domiar złego wiele wskazuje, że zatrudnieni przez ministerstwo doradcy wrzucali do sieci tajne informacje. – Kto po czterech latach rządzenia mówi o słabościach poprzedników, ten sam siebie oskarża – twierdzi Ralf Stegner, wiceprzewodniczący SPD.

Na właściwym miejscu?

Nie sposób przewidzieć, czy nowa szefowa CDU Annegret Kramp-Karrenbauer, która zastąpi Ursulę von der Leyen na stanowisku ministra obrony, wyciszy owe wewnątrzkoalicyjne zatargi. W każdym razie nominacja von der Leyen na szefową Komisji Europejskiej budzi w Berlinie entuzjazm nie tyle dlatego, że po 52 latach pokieruje nią Niemka, ile z tego powodu, że Merkel pozbyła się słabej minister obrony, która wśród wojskowych uchodzi za niekompetentną, obciążając tym samym wizerunek całego rządu. Tyle że przejęcie najeżonego minami resortu przez niezbyt popularną Annegret Kramp-Karrenbauer niekoniecznie może poprawić notowania Wielkiej Koalicji.

Dla von der Leyen stanowisko w Brukseli było niejako ostatnią deską ratunku. Bo też rzeczywiście można odnieść wrażenie, że ta posada do niej pasuje. Wychowywała się w Brukseli, biegle mówi po angielsku i francusku. Umie poruszać się w świecie mediów, a na salonach rzadko zalicza jakieś wizerunkowe wtopy. Przy umiejętnym podejściu awans ów może jej przynieść wymierne korzyści. Niemniej jednak Niemka stoi przed ogromnym wyzwaniem.

Von der Leyen nie przekroczyła ważnego symbolicznie progu 400 głosów, co raczej zwiastuje, że współpraca z Parlamentem Europejskim będzie trudna. Obecny szef KE, Jean-Claude Juncker, miał pięć lat temu mocniejszy mandat, bo był obok Martina Schulza jednym z wiodących kandydatów PE. Z kolei nominacja von der Leyen wymagała rezygnacji z systemu Spitzenkandidata, aby zadowolić m.in. Włochy i państwa Grupy Wyszehradzkiej, które odrzucały kandydaturę Fransa Timmermansa. Była już minister obrony mogła liczyć m.in. na poparcie europosłów Prawa i Sprawiedliwości oraz hiszpańskiej partii VOX, co wywołało kąśliwe komentarze niektórych niemieckich dziennikarzy o szefowej KE „z ramienia populistów”. Von der Leyen musiała więc wszystkim stronom wiele naobiecywać i jeszcze nie wiadomo, czy będzie mogła w dalszym ciągu być pewna ich wsparcia. Ponadto po brexicie i tak może stracić swoją większość, bo w Parlamencie Europejskim zabraknie brytyjskich europosłów, którzy na nią głosowali.

Polscy sojusznicy

Von der Leyen należy zresztą do stanowczych przeciwników wyjścia Wielkiej Brytanii z Unii, choć – jak podkreśla – szanuje decyzję Brytyjczyków, którzy odrzucili pomysł kolejnego referendum w tej sprawie. Ze Stanami Zjednoczonymi przyszła przewodnicząca nie utrzymuje najżyczliwszych stosunków, aczkolwiek za każdym razem tłumaczy, że „Ameryka to coś więcej niż jej prezydent”. Od prawie trzech lat jest główną adresatką krytyki ze strony Donalda Trumpa, uważającego, że Niemcy wydają zbyt mało na obronność. Jednocześnie zgadza się z opinią prezydenta USA, że jej kraj powinien brać na siebie więcej odpowiedzialności na arenie międzynarodowej. Podobnie jak Emmanuel Macron Ursula von der Leyen chce wspólnej armii europejskiej, która jednak nie będzie konkurencją dla NATO.

Mało znane są natomiast jej poglądy w kwestiach polityki imigracyjnej. Dotąd unikała zajmowania jasnego stanowiska w tej sprawie, bo wiedziała, że w Unii Europejskiej temat ten jest kością niezgody. Jako szefowa resortu obrony parę lat temu zaproponowała, aby syryjscy imigranci uczęszczali na szkolenia w niemieckim wojsku, co ułatwiłoby im po powrocie do ojczyzny pomaganie w odbudowie. Na nowym stanowisku będzie jednak musiała częściej wypowiadać się o wspólnej europejskiej polityce imigracyjnej. Choć raczej trudno się spodziewać, że odbiegnie od linii wytyczonej przez Angelę Merkel i unijnych urzędników. Von der Leyen uchodzi wprawdzie za konserwatystkę, ale czasem przypomina swoją przełożoną. Podobnie bowiem jak Merkel zawdzięcza sukcesy głównie zagospodarowaniu elektoratów innych partii i przejęciu niektórych lewicowych poglądów. Zrozumiała, że kluczem do politycznego szczęścia jest centrum, kojarzące się zwykłym ludziom z umiarem i przyznawaniem racji wszystkim, przy dystansowaniu się od skrajności. I podobnie jak Merkel potrafiła dotąd finezyjnie rozgrywać przeciwników.

Co ciekawe, jest również zwolenniczką idei federalizacji Europy, czemu sprzeciwia się choćby obecny polski rząd. Ponadto w 2017 r. niemiecka minister wyraziła wsparcie dla polskiej opozycji, co na Nowogrodzkiej oceniono bardzo krytycznie. Mimo to Warszawa poparła jej kandydaturę, licząc być może na lepsze stosunki z Brukselą. Na corocznych spotkaniach NATO von der Leyen wielokrotnie podkreślała znaczenie Europy Środkowo-Wschodniej, jednocześnie stanowczo reagując na działania Moskwy. Potępiła w ostrych słowach aneksję Krymu i właśnie wtedy zapowiedziała odejście Niemiec od oszczędzania na obronności. Te argumenty przekonały pewnie polityków PiS, którym kandydatura Timmermansa, mogącego przez kolejne pięć lat uprzykrzać im życie, spędzała sen z powiek. Zresztą trudno nazwać wybór Ursuli von der Leyen sukcesem polskiego rządu. Wszak w trwającym od kilku tygodni strasburskim teatrzyku znów zwyciężyły Niemcy i Francja, które w reakcji na antysocjalistyczny sojusz Włoch z Grupą Wyszehradzką nie dopuściły do kluczowych stanowisk unijnych ani jednej osoby z naszego regionu. A co, jeśli Timmermans zostanie wiceszefem Komisji Europejskiej? Czy von der Leyen będzie w stanie poskromić energicznego Holendra? Dopiero w następnych latach dowiemy się, co tak naprawdę oznacza rzekoma propolskość pani Ursuli. Bo na razie przypomina ona jeszcze osobę, która w grudniu 2013 r. po raz pierwszy stawiła się w Federalnym Ministerstwie Obrony i zupełnie nie wiedziała, gdzie jest.

Fot. East News

Wydanie: 30/2019

Kategorie: Świat

Napisz komentarz

Odpowiedz na treść artykułu lub innych komentarzy