Palestynki

Palestynki

Siedziałam z rękami skutymi za plecami. Nic nie widziałam, bo miałam opaskę na oczach. Jeden darł mi się do ucha, drugi groził gwałtem

Mariam odpala papierosa, przegląda menu jednej z popularnych kawiarni w Ramallah. Jest czwarta po południu. W kawiarni pełno młodych Palestyńczyków, angielski przeplata się z arabskim. Mariam przychodzi na wywiad z dwiema koleżankami. Żadna z nich nie zakrywa głowy, w świeckim świecie Ramallah to wcale nie należy do rzadkości. Wszystkie są studentkami, wszystkie są zaangażowane w protesty przeciwko izraelskiej okupacji i krytykę palestyńskich władz, które, jak mówią dziewczyny, nie dbają specjalnie o swoich obywateli. Mariam napisała o tym ostatnio artykuł dla „New York Times’a”: „Autonomia Palestyńska wydaje 27% budżetu na siły bezpieczeństwa, praktycznie zamieniając terytoria [okupowane] w państwo policyjne. W moim środowisku ludzie mówią, że jeśli Izraelczycy cię nie aresztują, zrobi to Autonomia”.

– Wiesz, my wychowałyśmy się w bańce. W Ramallah Autonomia Palestyńska udaje, że ma państwo i że jest czym rządzić – stwierdza otwarcie. Ramallah, położone zaledwie 20 km na północ od Jerozolimy, stało się nieoficjalną stolicą palestyńską. Tu znajduje się siedziba rządu i prezydenta Mahmuda Abbasa. Ale palestyńskie władze nie mają zbyt wielkiego pola do popisu. Okupowane przez Izrael od 1967 r. terytoria palestyńskie zostały rozbite na części: Zachodni Brzeg, oddzieloną od reszty palestyńskich ziem murem Jerozolimę Wschodnią i obłożoną ścisłą blokadą Strefę Gazy. W wyniku porozumień z Oslo zawartych między Palestyńczykami a Izraelem na początku lat 90. Zachodni Brzeg został podzielony na trzy strefy. Największa to strefa C, zajmuje ponad 60% powierzchni Zachodniego Brzegu i jest pod pełną izraelską władzą cywilną i wojskową. Tam też znajdują się wszystkie żydowskie osiedla, przez społeczność międzynarodową uważane za pogwałcenie IV konwencji genewskiej. Strefa A obejmuje palestyńskie miasta, B – ich przedmieścia. Rząd Autonomii Palestyńskiej ma w swojej gestii tylko sprawy cywilne w strefach A i B oraz dodatkowo kwestie „bezpieczeństwa” w A. Nie ma kontroli nad granicami, surowcami, wodą, ewidencją ludności, obronnością, polityką pieniężną ani nakładaniem podatków VAT – to wszystko pozostaje w rękach Izraela. W Ramallah powstała palestyńska klasa średnia – biurokraci zatrudnieni w przerośniętej administracji państwowej i pracownicy organizacji pozarządowych, jedni i drudzy de facto sponsorowani przez Zachód.

Strzały w Nabi Saleh

Do strefy A izraelska armia rzadko zagląda. Owszem, swoboda poruszania się jest ograniczona systemem specjalnych pozwoleń wydawanych przez izraelskie władze, niezbędnych, by wjechać do Jerozolimy lub na izraelskie terytorium, oraz kilkuset punktami kontrolnymi, blokadami drogowymi, lotnymi i stałymi posterunkami, przejściami granicznymi. Ale i tak żyje się tam dużo wygodniej niż w wioskach sąsiadujących z siedzibami osadników lub w obozach dla uchodźców, gdzie armia robi regularne wypady. Mariam Barghouti mogła dorastać, nie ocierając się o te problemy. Tym bardziej że w czasach drugiej intifady jej rodzina wyjechała na kilka lat do Stanów Zjednoczonych.
Dopiero zaangażowanie polityczne otworzyło Mariam oczy na to, jak wygląda życie pod okupacją. Pierwszy raz wzięła udział w proteście w marcu 2011 r. – Na czele szły kobiety, poczułam, że ja też mam obowiązek zaangażowania się na rzecz zmian.

Potem zaczęła regularnie bywać na piątkowych protestach w palestyńskich wsiach leżących wzdłuż muru separacyjnego, którym Izrael otacza Zachodni Brzeg. W 2004 r. Międzynarodowy Trybunał Sprawiedliwości uznał mur za pogwałcenie prawa międzynarodowego, przede wszystkim dlatego, że jego przebieg nie trzyma się umownej granicy między Izraelem a ziemiami palestyńskimi, tylko wije się, wżyna w ich głąb – tak by po izraelskiej stronie znalazły się żydowskie osiedla i palestyńskie ziemie uprawne, ale już bez ich właścicieli.

Mieszkańcy kilkunastu wiosek zagrożonych utratą gruntów od ponad dekady co piątek zbierają się na demonstracje. W geście solidarności dołączają do nich palestyńscy działacze z innych miejscowości, studenci, garstka izraelskich anarchistów, obserwatorzy międzynarodowi, aktywiści, dziennikarze, czasem nawet dyplomaci unijni.

Mariam chodziła na protesty w wiosce Nabi Saleh; osadnicy chcieli tam zagarnąć tylko dla siebie wiejskie źródełko. Izraelscy żołnierze rozbijają te protesty wyjątkowo brutalnie, często jeszcze zanim się zaczną. Opowiadał o tym m.in. były żołnierz w anonimowych zeznaniach zebranych przez izraelską organizację Breaking the Silence. – To jest jak rodzaj gry. Przed Nabi Saleh każdy chce się uzbroić w jak największą ilość amunicji, żeby móc jak najwięcej postrzelać. Dla frajdy. Masz całą masę granatów hukowych i w końcu musisz coś z nimi zrobić, więc rzucasz nimi tylko po to, żeby rzucić w ludzi, którzy o nic nie są podejrzewani. Potem wieczorem przy piątkowym obiedzie opowiadasz kolegom: „Rany, tyle i tyle wystrzelałem, ty wystrzeliłeś tyle…”.

– Jeszcze zanim zacznie się demonstracja – relacjonował anonimowy żołnierz – patrole przejmują dachy palestyńskich domów, rozlokowują się w różnych miejscach wioski i czekają, by zacząć strzelać. W piątek, jeśli jesteś Palestyńczykiem i nie chcesz zostać ranny, nie możesz chodzić po ulicach swojej wioski już od godz. 11 rano (demonstracja zaczyna się po południu – przyp. red.). Jeśli zawrócisz, od razu jesteś podejrzany i będziesz celem gazu łzawiącego lub granatu hukowego. I wtedy się zaczyna – ludzie uciekają przed gazem, straż graniczna widzi, że biegną: aha, biegną? Więc na pewno są podejrzani. Więc ona też zaczyna strzelać gazem.

– Żołnierze są bardzo młodzi, mają 19-20 lat; są sfrustrowani. Smarkacze wysłani tu przez system, z poczuciem, że mogą odreagować, bawiąc się ludzkim życiem – podsumowuje Mariam.

Strony: 1 2 3

Wydanie: 6/2015

Kategorie: Świat

Napisz komentarz

Odpowiedz na treść artykułu lub innych komentarzy