Owacja dla lidera – rozmowa z prof. Mirosławą Grabowską

Owacja  dla lidera – rozmowa z prof. Mirosławą Grabowską

Dostrzegam przesuwanie się władzy w polskich partiach w kierunku wąskiego grona

Prof. Paweł Śpiewak parę lat temu stwierdził: „Polityka staje się polityką klakierów, gdzie jest miejsce tylko dla tych, którzy przyklaskują przywódcom”. Czy pani profesor zgadza się z tą opinią?
– To bardzo radykalnie sformułowana obserwacja, za którą na pewno coś stoi…
 …doświadczenie Pawła Śpiewaka jako posła Platformy Obywatelskiej. Ale przecież nie tylko on mówi o oligarchizacji partii, partiach wodzowskich.
– Polityka jest grą zespołową. W każdym zespole są liderzy, zaplecze liderów i szeregowi uczestnicy. To nic dziwnego ani nowego. Dokładnie sto lat temu niemiecki socjolog Robert Michels opisał oligarchizację partii politycznych. Zauważył, że zachodnioeuropejskie partie socjalistyczne walczące o demokratyzację systemów politycznych w państwach, w których działały, same odbiegały od tego ideału. Decyzje w nich podejmował wąski krąg ludzi: przywódca, jakaś grupka przywódcza, aparat partyjny wysokiego szczebla. Michels zastanawiał się, skąd się to bierze. Wskazał na pewne mechanizmy. Pierwszy wynikał z profesjonalizacji polityki – „decyzyjna” grupka przywódcza zajmowała się polityką zawodowo, miała czas i środki, żeby wypracowywać swoje koncepcje. Natomiast szeregowi członkowie partii nie mieli czasu, środków, a niekiedy nawet ochoty, by kontrolować poczynania przywódców i wpływać na decyzje.
 A drugi mechanizm…
– …był związany z obserwacją, że partyjna oligarchia – wybrani przywódcy plus wyższy aparat partyjny – zaczynają mieć w polityce własne interesy. To sprawia, że czasem opłaca im się zawrzeć kompromis – np. koalicję z innymi partiami – który niekoniecznie jest zgodny z ideałami i przekonaniami szeregowych członków partii. Do tych mechanizmów związanych z profesjonalizacją polityki dodałabym jeszcze dwa. Zmienił się model komunikacji między partiami a społeczeństwem. Obecnie nie ma możliwości, aby kampanię wyborczą robili szeregowi członkowie partii. Tu chodzi o przekaz medialny, za który płaci się duże pieniądze – i powinny być one efektywnie spożytkowane. Trzeba wynająć fachowców. A o tym decyduje ścisłe kierownictwo partii. Do tego dochodzi mechanizm funkcjonowania partii w parlamencie, wymuszający dyscyplinę partyjną w formie dyscypliny klubowej. To wszystko sprawia, że mamy to, co mamy: partie działają zgodnie z kierunkiem wytyczonym przez ścisłe kierownictwa, a czasem jednoosobowo przez lidera. Nie ma w tym niczego niezwykłego. Tak się dzieje od stu lat.

Składki i reklamy

Robert Michels na początku XX w. był związany z niemiecką socjaldemokracją. To była potężna partia, jej członkowie płacili składki, czytali partyjne gazety, a po pracy debatowali o sprawach SPD. Mieli poczucie więzi z partią. Chcę powiedzieć, że dawniej członkowie partii odgrywali znacznie większą rolę. Dziś coraz częściej słychać, że członkowie w ogóle nie są partiom potrzebni.
– W ciągu ostatnich stu lat istotnie zmienił się tryb funkcjonowania członków partii w społeczeństwie. Dawniej członek partii propagował jej program w środowisku, w którym mieszkał i pracował. W takim modelu liczebność partii odgrywała zasadniczą rolę, przekładała się bowiem na komunikację ze społeczeństwem, zwiększała popularność partii, jej wpływy, poprawiała wynik wyborczy. Ponadto od wielkości partii zależał stan jej finansów, bo składki stanowiły podstawę utrzymania. Mam na myśli dawne partie lewicowe skupione w tzw. II Międzynarodówce, gdyż te konserwatywno-liberalne nie musiały tak bardzo dbać o masowość – dysponowały zapleczem finansowym i narzędziami oddziaływania na społeczeństwo.
 Dziś także duże lewicowe partie nie utrzymują się ze składek, a wpływy w społeczeństwie budują na przekazie medialnym.
– Nie mogę sobie wyobrazić sytuacji, by współczesne partie utrzymały się ze składek. Trudno też porównać efekty reklamy telewizyjnej z możliwościami promocji partii przez jej członków. Ale czy to zwalnia partie ze zobowiązań wobec ich członków? Myślę, że nie. Członkowie jednak legitymizują partie i nie jest do końca obojętne, czy jest ich 5 tys., czy 50 tys. Choć ich rola jest nieporównanie mniejsza niż dawniej, to ciągle trochę wpływu mają. Na zjazdach dokonują wyboru władz i uchwalają program.
Czy pamięta pani konwencje PiS, LPR i Samoobrony sprzed kilku lat, organizowane według tego samego scenariusza w Sali Kongresowej Pałacu Kultury? Karne zastępy delegatów owacyjnie oklaskujące liderów, podnoszące w tym samym momencie zawczasu rozdane hasła i chorągiewki? Od tej pory niewiele się zmieniło. Kongresy służą promocji, przekazowi medialnemu, a nie dyskusji.
– Być może są one traktowane jak święta, a prawdziwa praca odbywa się wcześniej.
Dysydenci twierdzą, że taka praca się nie odbywa.
– Oczywiście wiem, co mówią ci, którzy z partii odeszli lub zostali wyrzuceni. Ale nie do końca podzielam ich oceny. Programu partii nie może napisać cała partia czy choćby 500 jej członków. Zajmuje się tym pochodzące z wyboru kierownictwo, które wraz z wynajętymi specjalistami opracowuje strategię kampanii wyborczej. Ale to nie znaczy, że partia nie ma wpływu na decyzje. W grudniu 2006 r. – wbrew woli Donalda Tuska – parlamentarzyści PO wybrali na przewodniczącego klubu Bogdana Zdrojewskiego. Zdaje się, że lider Platformy nie mógł mu tego wybaczyć i to nie Zdrojewski, ale Bogdan Klich po wygranych przez PO wyborach został ministrem obrony narodowej.
Ten komentarz jedynie potwierdza, że mamy do czynienia z wypadkiem przy pracy, a nie z powszednią procedurą demokratyczną.
– To nie był wypadek przy pracy. Kandydat kierownictwa partyjnego został odrzucony. Zwykle kwestie kadrowe ucierają się w czasie wcześniejszych uzgodnień, ale wówczas się nie utarły i kierownictwo partii dostało po łapach. Gremia partyjne – podobnie jak wyborcy – mają wielką władzę: mogą nie wybrać tych, których proponuje partyjne kierownictwo.
Czy nie dostrzega pani słabnięcia demokracji w partiach politycznych, coraz większej koncentracji władzy w rękach przywódców?
– Formalnie wszystkie władze partyjne pochodzą z wyboru. Każdy członek kierownictwa musi zostać wybrany. Niezawisły sąd może zakwestionować statut partii, jeśli nie odpowiada on standardom demokratycznym. Ale istotnie dostrzegam przesuwanie się władzy w polskich partiach w kierunku wąskiego grona. Czy to jest już poziom, który narusza procedury demokratyczne? Aby to stwierdzić, należałoby zbadać wewnętrzne funkcjonowanie partii, przebieg wyborów na szczeblu wojewódzkim. Badałam partie w latach 90., zarówno na poziomie krajowym, jak i w małych miastach (do 50 tys. mieszkańców). Wówczas były to żywe organizmy, wewnętrznie dość zróżnicowane, rozwijające się w środowiskach lokalnych. Od tamtej pory minęło jednak sporo czasu. Może obecnie struktury partii bardziej przypominają przedsiębiorstwo, w którym jest zarządzający, stawiający zadania i egzekwujący ich wykonanie.

Sondażowe słupki

Tendencja skupiania władzy przez liderów ujawnia się choćby w kojarzeniu partii z konkretnymi politykami. Samoobrona – Andrzej Lepper, PiS – Jarosław Kaczyński, PO – Donald Tusk. Janusz Palikot, próbujący tworzyć nową jakość polskiej polityki, buduje Ruch Poparcia Palikota…
– Mechanizmy oligarchizacji, o których mówiłam, występują w całym demokratycznym świecie. Problem przywództwa istnieje także w dużych partiach zachodnioeuropejskich. Nie zdarza się jednak, by po odejściu lidera partia się rozpadła. On odchodzi, ale instytucja trwa. W Polsce dotąd jedynie SLD i PSL wytrzymały zmiany przywódców. Zobaczymy, jak to będzie w przypadku PiS i PO. Czy może być PO bez Donalda Tuska? Czy może istnieć PiS bez Jarosława Kaczyńskiego? To pytania, na które nie ma na razie odpowiedzi. Z drugiej strony, przywództwo w demokratycznej polityce jest konieczne, niezbywalne. Dobry przywódca jest na wagę złota. Choć Aleksander Kwaśniewski nie jest moim bohaterem, to doceniam jego dokonania. To on jako przywódca zdołał wprowadzić SdRP do głównego nurtu polityki.
Aleksander Kwaśniewski kierował partią, w której członkowie toczyli dyskusje programowe i w której dobrze się czuli politycy reprezentujący różne skrzydła. To się zmieniło, gdy Leszek Miller zbudował scentralizowaną partię SLD, a potem stanął na czele rządu.
– Cokolwiek by mówić o Leszku Millerze – jego model uprawiania polityki oparty na partii okazał się w pewnym okresie znacznie bardziej efektywny niż model niezdyscyplinowanej AWS. Dyskusja jest potrzebna, ale gdy rząd wprowadza reformę, to psim obowiązkiem klubu parlamentarnego jest głosowanie za nią. Leszek Miller nie miał takich problemów jak Jerzy Buzek i Marian Krzaklewski.
 Nie miał ich, dopóki słupki sondażowe poparcia SLD nie poleciały ostro w dół.
– Kiedy partia traci w sondażach, przywództwo zaczyna być kwestionowane. Teraz ten problem może dotknąć PO i Donalda Tuska.
 W tym roku mamy wybory parlamentarne i w ruch już poszły długopisy, które zdecydują, kto i na jakim miejscu zostanie umieszczony na liście. Te długopisy bardzo umacniają władzę lidera.
– Umacniają, ale nie jest to władza absolutna. Wyobraźmy sobie, że decyzją partyjnego lidera jedynką w Krakowie zostaje jakiś polityk, np. Bogdan Klich. Przecież Donald Tusk musi wziąć pod uwagę, co myślą o tym polityku krakowskie struktury Platformy i przede wszystkim wyborcy tej partii. Trzymając w ręku ów długopis, Tusk czy Kaczyński na pewno uwzględniają i przewidywalne poparcie elektoratu, i zdanie partii. W przeciwnym razie partia może stanąć dęba lub zastosować strajk włoski i nie robić takiemu kandydatowi kampanii wyborczej. Znamy przypadki spadochroniarzy, kandydatów desygnowanych przez liderów – różnych partii – którzy nie tylko nie byli akceptowani przez lokalne struktury, ale mieli wręcz wrogów w szeregach własnej partii. Dlatego ten „centralny długopis” ustalający listy wyborcze musi brać pod uwagę zarówno reakcję partii, jak i wyborców. Postawienie na czele listy niepopularnego polityka, tylko dlatego że jest on posłuszny liderowi partyjnemu, może kosztować bardzo dużo. A zły wynik wyborczy jest dla przywódcy zagrożeniem największym, nieporównanie większym niż złe sondaże.
Polityka jest często traktowana przez działaczy jako źródło utrzymania. A to sprawia, że istnieje zapotrzebowanie na silnego przywódcę, który poprowadzi do zwycięstwa i zapewni spełnienie zawodowych oczekiwań szeregów partyjnych.
– Prof. Ireneusz Krzemiński opowiadał mi, że gdy badał sytuację w dwóch niewielkich miastach, stwierdził, że nawet kierowniczka przedszkola była z partyjnego nadania. Z drugiej strony, znam wyniki badań wskazujące na profesjonalizm, dobre przygotowanie radnych. Na pewno jednak, póki problemem w Polsce będzie znalezienie jakiejkolwiek pracy, nie da się wyeliminować podobnych postaw członków partii. Ale to przecież fragment większej całości – także dookoła polityki jest dużo oportunizmu, klientelizmu i nepotyzmu. W partiach nie dzieje się nic, czego nie można spotkać poza nimi.

Bez alternatywy

Oportunizm partyjnych szeregów sprzyja liderom w stosowaniu formuły „mierny, ale wierny”, ograniczaniu wpływów lub wręcz eliminowaniu polityków wyrastających ponad przeciętną. Traktują ich jako zagrożenie dla swego przywództwa. Mamy wielu znanych polityków, dla których nie było miejsca w PO, PiS, SLD. Z drugiej strony, w partiach parlamentarnych brakuje nowych twarzy. To wygląda na selekcję negatywną.
– Niestety, nie zaprzeczę. Polityka demokratyczna po 1989 r. nie potrafiła wytworzyć mechanizmów ssania, przyciągania do siebie. Zdarza się, że sami politycy nie traktują udziału w polityce, pracy parlamentarnej jako wielkiego honoru. U swoich studentów obserwuję pogardliwy stosunek do polityki i polityków. Jeśli ktoś „idzie do polityki”, to nie ten z grona najlepszych. Najlepsi jak ognia unikają kariery politycznej. Dostrzegam wszystkie te negatywne zjawiska. Ale jednocześnie nie widzę alternatywy dla partii politycznych. Trzeba raczej ulepszać to, co mamy, ostrożnie konstruować jakieś nowe mechanizmy.
Np. walczyć z kartelizacją partii politycznych, choćby poprzez zmniejszenie progu wyborczego, aby ożywić konkurencję między partiami, co mogłoby mieć wpływ na ich wewnętrzne funkcjonowanie?
– Można się zastanowić nad obniżeniem progu wyborczego do 4-3%.
A może zaprzestać finansowania z budżetu partii z parlamentarnego kartelu?
– Temu jestem przeciwna. Przede wszystkim zapomnijmy o finansowaniu partii ze składek. To nierealne. Rzeczywisty wybór jest taki: albo partia zbiera pieniądze „do kapelusza”, co jest bardzo niebezpieczne (bo może prowadzić do uzależnienia od sponsorów), albo otrzymuje pieniądze z budżetu.
Co pani sądzi o propozycji Platformy Obywatelskiej przeznaczania przez partie części budżetowych pieniędzy na fundacje polityczne?
– Nie chcę się odnosić do konkretnego projektu, bo nie znam szczegółów i nie wiem, na ile jest przemyślany. Ale model fundacji politycznych związanych z partiami bardzo dobrze funkcjonuje w Niemczech. Na pewno lepiej przeznaczyć część pieniędzy na prace analityczne czy na edukację polityczną niż wszystkie wydać na spoty telewizyjne. Partie polityczne powinny się poważnie zastanowić, jak zmieniać swoje funkcjonowanie. W badaniach, także CBOS, ujawnia się niechęć do polityków i polityki. Społeczeństwo niejako otorbiło politykę, wytworzyło wobec niej barierę. Nie ufa instytucjom, które mają je reprezentować: Sejmowi, Senatowi, partiom politycznym. Zawód polityka uchodzi za jeden z najmniej prestiżowych. W ciągu ostatnich 20 lat dystans do świata polityki nie maleje. To najlepiej świadczy, że coś z tą polityką, w tym z funkcjonowaniem partii, jest nie tak.


Prof. Mirosława Grabowska, dyrektor Centrum Badania Opinii Społecznej, socjolog, wykładowca na Uniwersytecie Warszawskim, autorka znanych książek: „Anatomia elit politycznych. Partie polityczne w postkomunistycznej Polsce 1991-1993”, „Budowanie demokracji. Podziały społeczne, partie polityczne i społeczeństwo obywatelskie w postkomunistycznej Polsce”, „Podział postkomunistyczny. Społeczne podstawy polityki w Polsce po 1989 roku”.

Wydanie: 7/2011

Kategorie: Wywiady

Komentarze

  1. Adacta
    Adacta 22 marca, 2011, 20:00

    Tak się śmiejemy i drwimy ze „spotkań E. Gierka z klasą robotniczą”. No to zacytuję fragment z w/w wywiadu:.
    „Czy pamięta pani konwencje PiS, LPR i Samoobrony sprzed kilku lat, organizowane według tego samego scenariusza w Sali Kongresowej Pałacu Kultury? Karne zastępy delegatów owacyjnie oklaskujące liderów, podnoszące w tym samym momencie zawczasu rozdane hasła i chorągiewki?”
    I to tyle. Przepraszam, c.d. nie musi nastąpić, on dalej też bywa.

    Odpowiedz na ten komentarz

Napisz komentarz

Odpowiedz na treść artykułu lub innych komentarzy