Pamięć, mity i elity

Pamięć, mity i elity

Do Unii Europejskiej narody wchodzą ze swą pamięcią, mitami i elitami. Pamięć zespołowa, podobnie jak jednostkowa jest wybiórcza, a słowo „mit” oznacza bądź fikcję, która zawiera głębszą prawdę, bądź też zmyślenie, fałszujące rzeczywistość. Dotyczy to zarówno stosunków wewnętrznych, jak i relacji z sąsiadami, w naszym przypadku – z Ukraińcami, Białorusinami, Rosjanami, Litwinami, Czechami, Słowakami, Niemcami.
Oni oczywiście także mają tendencję do mitologizowania własnej historii oraz naszych zachowań. W zjednoczonej Europie czeka nas jeszcze długa, żmudna praca nad skonfrontowaniem różnych punktów widzenia, nad znalezieniem jakiegoś wspólnego mianownika dla dziejów tak różnie zapisanych w zbiorowej pamięci, nad odsianiem ziaren prawdy od plew zafałszowania.
„Są w ojczyźnie rachunki krzywd, obca dłoń ich też nie przekreśli” – krzywd wyrządzanych Polakom przez innych Polaków. Przez wieki szlachecka mniejszość uciskała i wyzyskiwała ogromną większość społeczeństwa – chłopów, z których wyszły rzesze robotników. Ich symbolem może być Lech Wałęsa.
Z racji zaawansowanego wieku (rocznik 1921) pamiętam dobrze czasy międzywojenne, wszystkie fazy wojny i to, co działo się potem. Moje wspomnienia często kolidowały z niegdysiejszą „jedynie słuszną prawdą”, a dziś nie zawsze odpowiadają aktualnej „poprawności politycznej”. Wynika to chyba z mego dwoistego, chłopsko-pańskiego pochodzenia, a także z kresowej przeszłości: wychowałam się w byłym powiecie zaleszczyckim i znam z autopsji właściwe tamtym stronom stosunki narodowościowe, dalekie od przypisywanej im niekiedy sielankowości. Wolę nie myśleć, co by się działo, gdybyśmy zachowali dawne granice i wraz z nimi pokaźną mniejszość ukraińską i białoruską…
Edukację szkolną zaczęłam w Zaleszczykach, gdzie jeszcze za czasów c.k. Austrii funkcjonowało seminarium nauczycielskie, które ukończył m.in. mój śp. Ojciec, syn kowala z podzaleszczyckiej wsi, pierwszy inteligent w swej rodzinie. W ramach reformy „jędrzejowiczowskiej” (zwanej tak od nazwiska ówczesnego ministra oświaty) przy owym seminarium powołano

koedukacyjne klasy gimnazjalne.

Wśród nauczycieli surowością wyróżniał się „pan od historii”, „Gienio” Kotowicz, który wymagał od nas gruntownej znajomości faktów, nazwisk, dat. Jemu to zawdzięczałam pierwszy sukces, jaki odniosłam, gdy w 1936 r. Rodzice przenieśli mnie z prowincjonalnego gimnazjum zaleszczyckiego do wielkomiejskiej elitarnej szkoły, którą było lwowskie Sacré Coeur. Otóż okazało się, że jako jedyna z „panienek” w mojej klasie wiedziałam, kiedy w Polsce zniesiono pańszczyznę. Przypomniało mi się to, gdy na łamach „Gazety Wyborczej” (numer z 31.07-1.08) prof. Wiktor Osiatyński w rozmowie z Pawłem Smoleńskim powiedział, że „Poddaństwo chłopów zniesiono w Polsce w tym samym 1863 roku, co niewolnictwo w Ameryce”. Czyżby prof. Osiatyński nie wiedział lub wolał przemilczeć, że obszarem Pierwszej Rzeczypospolitej podzielili się trzej nasi sąsiedzi i że w każdym z zaborów zniesiono poddaństwo kiedy indziej? Najwcześniej w pruskim, bo w 1810 r. I chyba dzięki temu Poznańskie przodowało w pracy organicznej, a powstanie wielkopolskie (podobnie jak zrywy śląskie) było przedsięwzięciem racjonalnym i zwycięskim. Zarazem jednak państwo Bismarcka prowadziło skuteczną politykę germanizacyjną i czy nie dlatego były zabór pruski był najuboższy w talenty twórcze, zwłaszcza literackie? Nasi najznakomitsi poeci i prozaicy działali w Królestwie, a dramaturdzy – w Galicji: Fredro, Bałucki, Zapolska, Wyspiański aż po Witkacego i Mrożka. Skądinąd polscy chłopi podjudzani przez c.k. władze w ramach rabacji masakrowali polskich panów. Te same władze w myśl zasady „dziel i rządź” wbijały klin między Polaków a Ukraińców, zwanych jeszcze Rusianami…
Pozostałości antagonizmów stanowych po dziś dzień dają nam się we znaki, jak tego dowodzi choćby zacytowany wywiad z prof. Osiatyńskim, który jednym ciągiem wymienia Tymińskiego, Leppera, Millera, Wałęsę i Pawlaka, temu ostatniemu wypominając, że jako „pierwszy polski polityk pluł elitom w twarz” (?!). Rada bym wiedzieć, kogo i na jakiej zasadzie prof. Osiatyński zalicza do elit. Bo na przykład według sławetnego kodeksu Boziewicza absolwent gimnazjum po maturze miał prawo

domagać się satysfakcji honorowej,

co było zastrzeżone dla „elit”. Tymczasem obecnie poniektórzy salonowi socjologowie dzielą osoby z dyplomem wyższej uczelni (ma go poseł Pawlak) na inteligentów „prawdziwych” i tych „zza stodoły”. Ręce opadają!
W moim najgłębszym przekonaniu polsko-inteligencka „chłopofobia” (określenia tego użyła po raz pierwszy Grażyna Pomian na łamach paryskiej „Kultury”) ma fatalny wpływ na kształtowanie się naszych elit, które przeżywają ewidentny kryzys. Nie zażegnamy go, dopóki „prawdziwi” inteligenci będą podsycać kompleksy obciążające tych „zza stodoły”. Ze wszystkimi tego negatywnymi skutkami.
Nasze konflikty wewnętrzne utrudniają też ułożenie rozsądnych stosunków z sąsiadami, zwłaszcza z Niemcami i z Rosjanami. Ten problem zarysował się wyraziście z okazji tak solennie uczczonej 60. rocznicy Powstania Warszawskiego. Całkowicie zgadzam się z prof. Łagowskim, że w sprawie Powstania „doszło do regresu w stosunku do tego, co w Polsce zostało myślowo przeżyte, poznane i zrozumiane” („Przegląd” nr 32 z 8.08.br.). „Powstanie ’44” Normana Daviesa zepchnęło w cień fundamentalną monografię Powstania pióra Jana M. Ciechanowskiego. Autor jako 14-letni chłopak wziął udział w Powstaniu i zna z autopsji analizowane wydarzenia z całym ich zapleczem historyczno-politycznym. Książka prof. Ciechanowskiego, napisana na emigracji, a w Polsce wydana dopiero w 1984 r. (nakładem PIW), nie doczekała się wznowienia, nie ma jej na rynku i w praktyce nie zna jej młoda generacja Polaków, wychowanych i wyedukowanych już w III RP. Im znów wpaja się przekonanie, że tragedia Powstania była

naszym moralnym zwycięstwem,

a odpowiedzialność za ofiary ponoszą wszyscy – Niemcy, Anglicy, Amerykanie, Rosjanie – tylko nie lekkomyślność części przywódców.
Mój dziadek po kądzieli walczył w Powstaniu Styczniowym i był ranny w bitwie pod Józefowem, w której poległ jego stryjeczny brat, 29-letni Mieczysław Romanowski, uważany za najwybitniejszego poetę swego pokolenia. Mimo to, a może właśnie dlatego, moja śp. Matka, osoba wyjątkowo odważna, ale też myśląca – nie wpoiła mi kultu powstań. Rzecz znamienna, że kult ten kreowali przede wszystkim ci „wieszczowie”, którzy – jak Mickiewicz i Sienkiewicz – sami nie „poszli w bój bez broni”.
W kontekście Powstania Warszawskiego zaktywizowały się nasze – skądinąd zrozumiałe – pretensje do Rosjan. Jako kresowianka mogłam obserwować „radzian” w różnych sytuacjach. Nigdy nie wierzyłam w załganą propagandę, głoszącą, że zbrodnia katyńska była dziełem Niemców; oburzał mnie powojenny – zwłaszcza przed 1956 r. – stosunek do akowców; rozumiem gorycz sybiraków. Zarazem jednak widziałam na własne oczy bohaterstwo prostych żołnierzy, w większości Rosjan, a ponadto pamiętam, że Stalin i Beria nie byli Rosjanami. Że ideologia komunistyczna powstała na Zachodzie, a do zwycięstwa bolszewików walnie przyczynili się przedstawiciele mniejszości dyskryminowanych za caratu, w tym rdzenny Polak, Feliks Dzierżyński, patron NKWD. Więc właściwie kto za kogo ma przepraszać?…
Nie bez wątpliwości formułuję te „heretyckie” pytania, ale dialog społeczny ma sens tylko pod warunkiem, że jego uczestnicy mówią i piszą to, co naprawdę myślą. I że nie cierpią na zanik pamięci, tak często dziś występujący nawet – a zwłaszcza – u osób w sile wieku.

Wydanie: 41/2004

Kategorie: Opinie

Napisz komentarz

Odpowiedz na treść artykułu lub innych komentarzy