Paradoksy Euro

Paradoksy Euro

Odpadliśmy po najlepszym meczu turnieju

Piłka nożna to sport okrutny – być może do ostatniego dnia czerwca tego roku nie wszyscy w to wierzyli, ale kiedy portugalski bramkarz Rui Patrício odbił piłkę po rzucie karnym Kuby Błaszczykowskiego… zdaliśmy sobie sprawę, że futbolowa przygoda biało-czerwonych na Euro 2016 dobiegła końca. Paradoks polegał na tym, że szczęście w serii jedenastek opuściło jednego z bohaterów naszej ekipy, a odpadliśmy po najlepiej rozegranym meczu turnieju. Piłkarska reprezentacja Polski dowodzona przez Adama Nawałkę powróciła z mistrzostw Europy z tarczą. Wszystko z jej udziałem w tej imprezie było pierwsze, a więc historyczne – i wygrana na inaugurację z Irlandią Północną, i wyjście z grupy, i awans po rzutach karnych w spotkaniu 1/8 finału ze Szwajcarami, i występ w ćwierćfinale przeciwko Portugalii. Nasi reprezentanci zafundowali nam dwukrotnie, jak mawiał Kazimierz Górski, „takiego piłkarskiego longierka”.

Raz na wozie, raz pod wozem

Na Stade Vélodrome w Marsylii zaczęło się lepiej, niż można było sobie wymarzyć. Po rajdzie Kamila Grosickiego lewą stroną i dokładnym dośrodkowaniu do bramki trafił (nareszcie!) Robert Lewandowski. Upływała zaledwie druga minuta spotkania. Oczyma wyobraźni… Było jednak oczywiste, że Ronaldo i spółka nie złożą broni. W 33. minucie Renato Sanches strzałem z dystansu doprowadził do wyrównania. Wynik 1:1 utrzymał się do zakończenia dogrywki. A więc znowu konkurs jedenastek i dramat Kuby Błaszczykowskiego. Przegrana w karnych 3:5. No cóż, to aż i tylko sport… A przecież nawet na tym Euro szczęście wielokrotnie było naszym sprzymierzeńcem.

Los i terminarz przesądziły, że biało-czerwoni wystąpili w pierwszych meczach 1/8 i ćwierćfinału. Mieliśmy wszystko, co przewiduje regulamin na tym szczeblu rywalizacji, a więc podstawowy czas gry, dogrywkę i rzuty karne. Była to pierwsza od 1938 r. dogrywka reprezentacji Polski na wielkim turnieju. Konfrontację ze Szwajcarią w Saint-Étienne zapamiętamy na długo. W telegraficznym skrócie wyglądało to tak:

• Bramka Kuby Błaszczykowskiego po znakomitym kontrataku i podaniu Kamila Grosickiego w 39. minucie. Prowadzimy 1:0.
• Brutalny faul na Robercie Lewandowskim w 55. minucie meczu. Kontrowersyjna, bo tylko żółta kartka dla Fabiana Schära. (TSG 1899 Hoffenheim – czyżby jakieś nieznane nam zaszłości z Bundesligi?). Angielski arbiter Mark Clattenburg najwyraźniej nie miał dobrego dnia.
• Druga połowa dla Szwajcarów – okraszona w 82. minucie „strzałem życia” z przewrotki Xherdana Shaqiriego. Kto nie widział, niech żałuje. Remis 1:1.
• Brawo Łukasz Fabiański! Kilka znakomitych interwencji (m.in. w 51. mi-
nucie świetne piąstkowanie po potężnym strzale Shaqiriego sprzed pola karnego) i dwie fenomenalne. Najpierw w 73. minucie – z rzutu wolnego kapitalnie uderzał Ricardo Rodríguez, piłka zmierzała w górny róg, ale polski bramkarz czubkami palców ją odbił! Potem w 113. minucie Kamil Glik chciał złapać Erena Derdiyoka na spalonym, nie udało się i tylko świetna interwencja „Fabiana” uratowała nas przed stratą gola po uderzeniu głową Szwajcara. To był jego show!
• W naszej drużynie jedenastki perfekcyjnie wykonali Robert Lewandowski, Arkadiusz Milik, Kamil Glik, Jakub Błaszczykowski i Grzegorz Krychowiak. U Szwajcarów jedynym, który się pomylił, był Granit Xhaka – jego strzał w drugiej serii rzutów karnych był mocno niecelny. Skomentował: „Trudno, nie trafiłem, to się zdarza w piłce”.
Skoro wszystko, co na Euro 2016 pierwsze, zyskuje miano historycznego, to odnotowaliśmy premierowy gol Lewandowskiego.

Za Nawałką kibice murem!

Nadszedł czas analiz oraz oceny gry zespołu i poszczególnych zawodników. Pochodną występów niektórych będą nowe klubowe kontrakty. W wielu kwestiach zapewne nie będziemy się zgadzać, ale w jednej tak. W internetowej sondzie na pytanie: „Czy Adam Nawałka powinien dalej prowadzić reprezentację Polski?”, aż 97% biorących udział odpowiedziało: TAK. A co do sporów, to na pewno niejednoznacznie będzie oceniana rola, jaką odegrał w turnieju Robert Lewandowski, podobnie jak, mimo najszczerszych chęci, trudno się zgodzić z wypowiedzią naszego selekcjonera: „Zarówno mecze grupowe, jak i fazy pucharowej były bardzo dobre w naszym wykonaniu. Graliśmy ciekawy futbol”. Wystarczy przypomnieć sobie pierwszą połowę spotkania z Ukrainą czy gaśnięcie w oczach od mniej więcej 70. minuty potyczki ze Szwajcarami. Naprawdę jest o czym myśleć – Polacy potrzebowali aż 18 strzałów, żeby zdobyć jedną bramkę. I był to najgorszy bilans spośród wszystkich drużyn, które awansowały do ćwierćfinałów. Najskuteczniejsi byli Islandczycy – im wystarczyło nieco ponad pięć strzałów (dokładnie 5,2). To, przyznajmy, statystyczna przepaść.
Brexitson

Europa będzie miała nowego mistrza w piłce nożnej – to już przesądzone. Szlagierem dla nas były oczywiście mecze ze Szwajcarią i Portugalią, ale dla pozostałej części Starego Kontynentu miał nim być rewanż za finał sprzed czterech lat Hiszpania-Włochy. Podopieczni Antonia Contego pokonali rywali 2:0. Hiszpanie może i chcieli, ale niewiele mogli. Ich dyrygent Andrés Iniesta wstrzymywał prędkość i dynamikę akcji, prezentując „chodzonego”, zwanego z barcelońska tiki-taką… A jednak jeszcze tego samego dnia, 27 czerwca, wydarzenia na stadionie w Nicei przyćmiły wszystko. Byliśmy świadkami Brexitu (czy raczej Brexitsonu) z Euro 2016 reprezentacji Anglii, która przegrała z Islandią.

Ani jeden piłkarz islandzkiej kadry narodowej nie występuje w rodzimych rozgrywkach. Za to reprezentują swój kraj w 11 innych ligach. Wyczyn zespołu Islandii na stadionie w Nicei zgodnie uznano za sensację. A przecież coś wisiało w powietrzu już od dość dawna. Jakby nie pamiętano, że właśnie Islandczycy byli jedną z rewelacji eliminacji do finałów Euro 2016, w których m.in. pokonali dwukrotnie Holendrów. Liderem drużyny wikingów jest Gylfi Thor Sigurdsson, klubowy kolega Łukasza Fabiańskiego ze Swansea City.

Dariusz Bochra, pracujący od dawna w Ólafsvík na Islandii (PRZEGLĄD 5/2016), przekazał mejlem: „No cóż, dzięki Bogu, mogę napisać, a nie opowiadać, bo z tym byłby niemały problem, zdarłem gardło, dopingując, jakby to grała Polska, zespół mojej drugiej ojczyzny. Tutaj nikt tak naprawdę nie liczył na nic więcej niż trzy grupowe mecze. Piłkarze już przed finałami we Francji byli bohaterami narodowymi, wszak sam historyczny awans na imprezę tej rangi był niewiarygodnym sukcesem dla maleńkiej Islandii! Ale to, co oni zrobili, przeszło nawet najśmielsze marzenia!
Po wyjściu z grupy szaleństwo na punkcie reprezentacji tylko się nasiliło i kto żyw, kupował bilety do Nicei, aby stać się chociaż maleńkim trybikiem w tej śnionej na jawie bajce. Islandzcy kibice pobili swoisty rekord świata; ocenia się, że co 12. mieszkaniec wyspy wyruszył na mistrzostwa, a wiem też, że mnóstwo fanów wyruszyło tuż przed meczem z Dumnymi Synami Albionu, chociaż nie bez satysfakcji mogę stwierdzić, że odarto ich z tego przymiotnika i teraz to Islandczycy mogą pełnoprawnie nazywać się Dumnymi!

We wszystkich miastach i miasteczkach odbywało się zorganizowane oglądanie meczu w pubach, na dużych ekranach. Świętowanie zaczęło się zaraz po ostatnim gwizdku sędziego, ludzie wracając do domów, pozdrawiali się nawzajem, czuło się w powietrzu, że wszyscy stali się sobie bliżsi, a więc euforia iście południowoamerykańska, co tam Copa America. Islandia w ćwierćfinale ME! A teraz nikomu nawet nie przychodzi do głowy, że to koniec balu! Nic z tych rzeczy! Oni nie zamierzają klęknąć przed gospodarzami i święcie wierzymy – tzn. Islandczycy i islandzka Polonia – że na tym turnieju zespół wystąpi w… finale!”.

Strony: 1 2

Wydanie: 27/2016

Kategorie: Sport

Napisz komentarz

Odpowiedz na treść artykułu lub innych komentarzy