Paramparcza może potrwać

Paramparcza może potrwać

TVP wyznaje miłość do własnego kraju dwa razy w tygodniu, w sobotę i w niedzielę, w „Kocham Cię, Polsko”. W dni powszednie dopuszcza się zdrady, od poniedziałku do piątku po trzy razy w Jedynce, tyle samo w Dwójce i raz w TVP Seriale, w najlepszym czasie antenowym.

Wybrała sobie do amorów Turczynki i Turków w różnym wieku. Uprawia voyeuryzm, czyli podglądactwo, na skalę niespotykaną między narodami. Nawet w okrutnych czasach Józefa Stalina, po części pewnie dlatego, że nie było jeszcze w Polsce telewizji, nie zmuszano Polaków do tak namiętnego podglądania narodów Związku Radzieckiego, jak to się czyni dzisiaj w odniesieniu do obywatelek i obywateli Turcji, mocarstwa przecież trochę mniejszego.

Oglądamy turecką jazdę obowiązkową i tańce godowe w fantastycznych układach: ona i on dzisiaj, jeden sułtan i niejedna sułtanka przed wiekami, matka i córka oraz ona lub on, teść, ojciec, kochanek, Ibrahim Pasza, kumpel szefa, Murad IV, łotr biznesmen. Dowiadujemy się masowo o niepokojach w haremie, intrygach na dworze i współczesnych spiskach.

Po tym jak Cihan zastał Cansu w mieszkaniu Özkana, Cihan jest wściekły. Cansu wraca do domu, w którym mieszka z Gülseren. Wkrótce Cihan dowiaduje się, że jego ojciec i Dilara zapłacili kaucję, żeby wyciągnąć Özkana z niemieckiego więzienia. Chcesz wiedzieć, jak to się skończy, oglądaj TVP 1 we wtorek, w najlepszym czasie. Trzeba tylko trochę cierpliwości, bo „Paramparcza” może potrwać. „Rozdarte serca”, w polskiej wersji, będą rozpruwane i ponownie zszywane na antenie jeszcze jakieś 90 razy, a jeśli ta operacja na otwartych sercach spodoba się widzom, stacja zakupi, oczywiście z pieniędzy abonentów płacących za misję publiczną, następnych 200 gotowych już epizodów.

Tureckim telewidzom, w co aż trudno uwierzyć, ich seriale podobają się jeszcze bardziej niż widzom w Polsce. Oglądają je z uwagą przez prawie 150 minut. Jeśli fala nabożnego zainteresowania naszego ludu obyczajami ludu z naszej perspektywy bezbożnego będzie wzbierać, TVP powinna przejść z dzisiejszego 45-minutowego formatu emisyjnego na ten turecki.

Kto chce poznać prawdziwą „Cenę miłości”, niech wybierze TVP 2. Szahnur podburza Sawasza przeciw Cziczek. Nie może się doczekać wnuka i poleca Cziczek (co znaczy, że to damskie imię), aby zjawiła się w sypialni Sawasza w wyzywającym stroju. Sawasz jest wściekły na Szahnur. Każe śledzić Cziczek, bo podejrzewa ją o romans, ale kiedy przychodzi co do czego, okazuje się, że Cziczek udziela korepetycji ze starotureckiego siostrze kolegi ze studiów.

Naprawdę można umrzeć z ciekawości. Turecka narracja wciąga jak hasz. Co prawda, sułtan TVP obiecywał rok temu, że zaraz zastąpi importowane „Wspaniałe stulecie” rodzimą wspaniałą produkcją, ale tak się zapatrzył w Roksolanę, pierwszą sułtankę w Telewizji Polskiej, że się zapomniał i w ogóle wybrał kurs na Bosfor.

Rezultat jest taki, że po roku rządów Jacka Kurskiego TVP obraca codziennie pięcioma serialami tureckimi, których tytułów aż nie chce mi się tu wymieniać. Emituje je oczywiście w technologii rdzennie polskiej, wynalezionej w latach 60. ubiegłego wieku. Nazywa się ona voice-over, czyli szeptanka nadwiślańska. Niewidoczny na ekranie lektor czyta z kartki po polsku wszystko, co mówią po turecku aktorzy, jednakowo mężczyźni i kobiety, soprany i basy, dziewczęta, starcy i dzieci.

Turecką ofertę fabularną wsparły w ubiegłym tygodniu dwa tytuły dokumentalne: francuskie studium żądzy władzy o Erdoğanie (obiektywizujące i bogate zdjęciowo) oraz powtarzany już nie wiem który raz słabiutki dokument grecki z 2013 r. o nadzwyczajnej popularności tureckich seriali w Grecji i kilku krajach arabskich. Oba mają się nijak do kompulsywnie malowanego przez Turków, a nadmiarowo transmitowanego przez Telewizję Polską, serialowego obrazu Turcji. Grecki dokument, być może, TVP traktuje jako usprawiedliwienie swoich ekscentrycznych zakupów programowych.

Trzeba przestrzec członków rządu, żeby nie powoływali się na znajomość tureckich realiów wyniesioną z oglądania seriali, tak jak wicepremier Morawiecki powołuje się na realia polskiej wsi dostrzeżone w „Ranczu”. Prawda, że ten polski serial może robić za dokument w zestawieniu z tureckimi bajkami, ale tak w ogóle to nieprawda.

Zanim uczeni zbadają, po co narodowej telewizji aż tyle obciachowych, obcych bajek, trzeba dopuścić intuicję, że Jacek Kurski, niefortunny konstruktor V4 (telewizji wyszehradzkiej po angielsku dla całego świata), przystępuje teraz do budowy zapowiedzianej już telewizji międzymorskiej i szuka właśnie dostępu do wód oblewających Azję Mniejszą.

Wydanie: 14/2017

Kategorie: SZOŁKEJS
Tagi: seriale, Turcja, TVP

Napisz komentarz

Odpowiedz na treść artykułu lub innych komentarzy