Remember Moniuszko

Remember Moniuszko

Od kilku dni widać plamy na Słońcu, więc różnie może być w tym roku. I nie wiadomo, czy kury będą źle się niosły, czy Kaczyński dostanie pokojowego Nobla i odda kasę na płot dookoła Polski w granicach uzgodnionych z Victatorem Wielkich Węgier i posłem Mularczykiem. Pierwszym sygnałem, że coś jest nie tak, była wdzięczna radość, z jaką polski dwór powitał zgodę ojca chrzestnego na zbiorową pielgrzymkę hofratów i całego fraucymeru do Caritasu z pieniędzmi na zbytki już pochowanymi w pończochach.

Z nowym cyklem aktywności słonecznej należałoby też wiązać nadzwyczajny wysyp poprawek do ustaw sejmowych. Nie myślę o sądowych, które chyba liczą na zupełne zaćmienie Słońca w Europie. Ogród paragrafów jest na tych łamach w kompetentnych rękach mecenasa Widackiego. Chodzi mi o nadaktywność, by nie powiedzieć ADHD Ministerstwa Kultury, które nie tylko tu i teraz dźwiga z ruin polskie kino i narodowe teatry, ale dodatkowo zajmuje się naprawianiem naszego dziedzictwa w obu kierunkach linii czasu: do tyłu (np. w Muzeum II Wojny Światowej) i do przodu (np. nowa misja mediów publicznych i nowy abonament).

Ministerstwo Kultury, jak większość resortów, pęka od nadmiaru wiceministrów, ale na usprawiedliwienie ma okoliczność, że za szefa ma wicepremiera, któremu się należy dwór liczniejszy niż zwykłemu sekretarzowi stanu. Ci wiceministrowie bez przerwy meldują, że mają nowe projekty ustawowe na każdą pogodę w Polsce i tylko czekają z uruchomieniem procedury na decyzję polityczną. Urzędnicy toną w papierach z ustawowymi rozwiązaniami wszelkich problemów rynku audiowizualnego w naszym kraju, a nowej ustawy o radiofonii i telewizji jak nie było, tak nie ma. To znaczy, że ci źle opłacani, jak wiadomo, ale bardzo twórczy wiceministrowie nie potrafią wydusić decyzji politycznej od własnego szefa, wicepremiera. Albo ten wicepremier nie ma czasu na duperele, albo zapomniał, jak się obsługuje tablet, który można pchnąć na Nowogrodzką, albo to wszystko przez wybuchy na Słońcu.

Ten nieszczęsny resort już tyle razy się zbłaźnił niewczesnymi projektami abonamentowymi, że trzeba zrozumieć dzisiejszą ostrożność Piotra Glińskiego. Wicepremier już wie, że nawet przyłączenie instytutu meteorologii nie pomoże mu w trafnym prognozowaniu pogody dla jego propozycji.

Na żadną decyzję polityczną nie musi czekać człowiek wolny, poseł Piotr Liroy-Marzec. Samodzielnie wysłał do Sejmu propozycję zmiany w ustawie o radiofonii i telewizji. Autorowi chodzi o to, aby w radiu więcej było polskiej muzyki, dokładnie pół na pół, zamiast dotychczasowych 33%.

Aktywność parlamentarna Liroya od początku bardziej mi się podobała niż wystąpienia szefa jego byłego klubu poselskiego, Pawła Kukiza. Myślałem nawet, że Paweł, wyraźnie zmęczony polityczną robotą, w połowie kadencji przekaże pałeczkę kumplowi z branży i zaproponuje młodszemu Piotrkowi odświeżenie marki. Nowo obrandowany klub Liroy,18 byłby dojrzalszą perspektywą. Okazało się, że Paweł i Piotr, jak Paweł i Gaweł, nie wytrzymują razem w jednym domu.

Wierzę w dobre intencje Liroya. Każdy, kto słucha radia, dobrze wie, że należy coś z tym zrobić. Czytam, że on się upomina nie o Moniuszkę, ale raczej o współcześniejszych twórców, więc może i o siebie, jednak oddalam podobne podejrzenia internautów. Też wiem, że to nie będzie żadne panaceum. I że uzdrowienie patriotycznego klimatu lepiej u nas zacząć od obcięcia o połowę liczby diesli, którym pozwala się smrodzić w Polsce, po tym jak im zakazano tego w Niemczech. Albo od zredukowania armii wiceministrów.

Zaletą projektu Liroya jest jego potencjał dyskusyjny. Od pewnego czasu wyraźnie widać, że najżywsze impulsy do debaty publicznej w Polsce można znaleźć w tekstach i opiniach raperów. O ileż to lepsze od oczekiwania na słowo ojca chrzestnego, który pewnego dnia zapoda z ambonki, ile od połowy maja będzie można grać w radiu muzyki w stylu funky, a ile oberków na samej fujarce.n

Wydanie: 17-18/2018

Kategorie: SZOŁKEJS

Napisz komentarz

Odpowiedz na treść artykułu lub innych komentarzy