Masakrowanie we właściwym kierunku historycznym

Masakrowanie we właściwym kierunku historycznym

W kalendarzu ojca Ubu, przyswojonym Polakom przez Jana Gondowicza jakieś 10 lat temu, na 1 stycznia przypada WYMÓŻDŻENIE, przy czym w najmniejszym stopniu może tu chodzić o skutki alkoholizowania się poprzedniej nocy.

Machina do Wymóżdżania to ulubiony gadżet Ubu, występuje nawet w spisie osób dramatu „Ubu Król”. Wbrew zapowiedziom spisu, Machina nie jest kimś, można nawet powiedzieć, że jest nikim. Jaką przyjmuje postać, zależy od wyobraźni reżysera, który weźmie do ręki nieśmiertelny tekst Alfreda Jarry’ego, genialnego francuskiego smarkacza. Kto wie, czy nie od Machiny zaczyna się myślenie o każdym nowym królu Ubu w teatrze, bo wciąż przyciąga uwagę jej know-how i jej siła zdolna wynieść do władzy paranoję. W Polsce, czyli wszędzie, też.
Kalendarz, o czym zapomniałem na początku, jest na rok 1901!

Do przedstawienia własnej sztuki w roku 1898 w paryskim teatrze lalek, Jarry sam wymodelował tytułowego bohatera. Pisze Jan Gondowicz, że postać była „zaskakująco podobna do Włodzimierza Sokorskiego”. Stało się tak, mimo że Sokorski urodzi się dopiero dziesięć później, i to w znacznej odległości od Paryża.

Uczepię się tego nazwiska, bo Włodzimierz Sokorski, człowiek wielu talentów, przeszedł już do historii jako herold doktryny realizmu socjalistycznego (w skrócie: nie dostaniesz stypendium, jak nie będziesz opiewać lub malować człowieka socjalistycznego trudu) w Polsce i pierwszy przewodniczący Komitetu do spraw Radia i Telewizji, mówiąc po ludzku: pierwszy prezes telewizji, radia zresztą też.
On pierwszy podniósł sztandar partyjny i rozpoczął bieg sztafety propagandowej w telewizji. Nauczył naród gromadzenia się o godz. 19.30 przed telewizorami, jak dawniej przed kołchoźnikami. Nauczył dziennikarzy podstaw nowomowy i tak zaczęło się odmóżdżanie. Telewizja, która dotąd nie wiedziała, w którą stronę się zakręcić – kina, teatru czy widowiska, znalazła się nagle i może na zawsze w ideologicznym kieracie.

Nudę partyjnej harówy prezes zabijał kompulsywnym zainteresowaniem potrzebami dziewcząt.

Oczywiście Sokorski wybrany został na stanowisko prezesa w procedurze konkursowej, podobnie jak jego następca Maciej Szczepański, tyle że przewodniczącym sądu konkursowego był już inny pierwszy sekretarz komitetu centralnego rządzącej partii. Szczepański przekształcił odziedziczony radiowęzeł w wielką i sprawną machinę, w czym trochę dopomógł mu przewrót technologiczny w rejestrowaniu obrazu. Dwa kwadranse sukcesów pokazywanych o godz. 19.30 w dzienniku telewizyjnym urosły pod jego ręką do pełnej godziny dobrobytu w „Wieczorze z Dziennikiem”. Kopalnie zaczęły wydobywać więcej węgla na ekranie, dymiły wielkie piece, przez całą dobę walcowano blachy na zimno i na gorąco.

Serwis nieodmiennie zaczynał się od słów: „Pierwszy sekretarz Komitetu Centralnego Polskiej Zjednoczonej Partii Robotniczej towarzysz…”. Gospodarskie wizyty Edwarda Gierka, naznaczone jego troską, by Polska rosła w siłę, oraz entuzjazmem ludzi, którym żyje się dostatniej – taka była istota kontentu telewizyjnego za Szczepańskiego. On sam jako autor doktryny propagandy sukcesu charyzmatycznie odczytywał z oblicza wodza, sprawcy dobrej zmiany, wszelkie zamiary i znaki jego wizji silnej Polski. Naród poczuł, że sztandar partyjnej sztafety po tej zmianie znalazł się w mocniejszych rękach. To był już nie tylko sztandar, ale także pochodnia.
Jednostajną robotę w partyjnym kieracie ten prezes z nudów przepijał.

O Szczepańskim już za jego rządów w telewizji mówiono „krwawy Maciuś”. Pierwszy, o ile pamiętam, wyleciał z radia redaktor F. Na zebraniu partyjnym podobno opowiedział dowcip, „Jaka jest różnica między Gierkiem a Gomułką? – Nie ma żadnej, tyle że Gierek jeszcze o tym nie wie”. To z pewnością świństwo wyrzucać z roboty za takie coś, ale kto prezesowi zabroni.

Nie wiem, czy ktoś detalicznie policzył „krwawy” dorobek Macieja S., ale nie sądzę, by liczba ofiar jego długich rządów przekroczyła 50 osób. Jest, lekko licząc, trzy do czterech razy mniejsza od ciągle otwartej listy ofiar najnowszego, urzędującego od roku prezesa. Jest, nie przymierzając, między oboma panami tak, jak było między trochę ważniejszymi w historii paniami – Marią Tudor, która zarobiła na przydomek krwawej Mary, a jej następczynią Elżbietą, która ścięła trzy razy więcej głów niż Maria, a nikt nie nazywa jej choćby okrutnicą. Taka jest korzyść masakrowania we właściwym kierunku historycznym – piszę za Józefem Henem, a on cytuje francuskiego historyka.

Prezes Jacek Kurski jest, oczywiście, z tego samego konkursu, co Szczepański i Sokorski, najbardziej dotąd zasłużeni chorążowie sztandarów partyjnych w Telewizji Polskiej. Jak jego poprzednicy zaczyna narodowe wymóżdżanie o godz. 19.30.

Jeszcze nie przechodzi do historii, nie wiadomo więc, czy jego manipulacje propagandowe będą też okraszone jakimiś ludzkimi słabostkami, którymi jego wielcy poprzednicy i stróże linii partyjnej urozmaicali sobie partyjną mękę. W telewizji już nie opowiada się dowcipów.

Wydanie: 1/2017

Kategorie: SZOŁKEJS

Napisz komentarz

Odpowiedz na treść artykułu lub innych komentarzy