Ile nas? Raz!

Ile nas? Raz!

Od kilkunastu dni trwają naokoło poszukiwania „małego, złego kraju w Europie”, na który Irańczycy byli gotowi zwalić choćby część odpowiedzialności za nieszczęścia, jakie na nich spadły z początkiem roku. Niby wszyscy wiedzą, o które państwo chodzi, ale kiedy trzeba to głośno powiedzieć, nagle ubywa ludziom pewności, zaczynają się rozglądać i bredzą od rzeczy, że no, przypuszczalnie… Albania.

W kampanii prezydenckiej będzie jeszcze czas, aby się przyjrzeć bliżej i koniecznie za pomocą szkła powiększającego polityce mocarstwowej Polski, dlatego dzisiaj proszę o zgodę na porzucenie tego tematu, abym zamiast tropić małych i złych, mógł się zachwycić ostatkami piękna na mapie politycznej świata.

Znajduję je we wschodniej Afryce i nazywają się Wakanda (im bardziej, drogi Czytelniku, przeczytasz tę nazwę, wykręcając usta po amerykańsku, tym lepiej dla Wakandy). Miejscowi mają dość paskudny zwyczaj, mianowicie nie pomagają ludzkości, najwidoczniej odcinając się od gatunku. Zdaje się, że własną bazę galaktyczną utrzymują w innej przestrzeni. Nadrabiają to zaniedbanie, przestrzegając surowej zasady, że nie wolno im opuszczać granic kraju w celu uczynienia komuś zła, korzystając z wielkiej przewagi technologicznej nad resztą świata. Podobno w przeszłości wielu władców już świerzbiła ręka, ale w ostateczności dali sobie na wstrzymanie.

Są zasadnicze kłopoty z wyrysowaniem granic Wakandy i ustaleniem rzeźby terenu. Kraj ten bowiem rozporządza technologią, która czyni go niewidzialnym dla satelitów. Domyślam się, że to nie jest patent, który można nabyć w Rembertowie, musi więc budzić zdumienie, że tak długo nie odnotowano żadnej próby kradzieży, i to z udziałem najbardziej zamaskowanych i poprzebieranych agentów. Tymczasem nic. W amerykańsko-wakandyjskich stosunkach np. pełna sielanka. Jeszcze dwa miesiące temu można było przeczytać o wolnym handlu między oboma krajami. Jako przedmiot obrotu komunikat wymieniał krowy mleczne, kaczki i osły, nie precyzując, które zwierzęta w jaką udały się stronę.

Po zdjęciu komunikatu ze stron rządowych wyparowała też Wakanda. W Departamencie Stanu pewnie rozważano, czy potwierdzić, że mimo wielu straży do federalnego raportu wdarło się fikcyjne państwo z komiksu, czy nie zasugerować prasie, że operacja była częścią większego planu uzyskania dostępu do unikatowej technologii. I że wszystkiego nie można na razie ujawnić. Kłamstwo byłoby większe, ale wstyd mniejszy.

Dla Ameryki jedna Wakanda mniej, jedna więcej nie ma żadnego znaczenia. I na początku stycznia, kiedy Amerykanie zliczali siły przed wybuchem konfliktu na Bliskim Wschodzie, nikt pewnie w żadnym sztabie nie zauważył braku Wakandyjczyków. Diametralnie inaczej musiało to wyglądać po polskiej stronie. Tutaj liczenie sojuszników zakończyło się równie szybko i dramatycznie, jak się zaczęło. Ilu nas? Raz.

W takim momencie należy wrócić do jakże szczęśliwego okresu polskiej dyplomacji, kiedy jej szefem był Witold Waszczykowski. Odznaczył się ów mąż stanu największą w historii resortu wydajnością w ważnym momencie poszukiwania głosów poparcia dla naszego uczestnictwa w Radzie Bezpieczeństwa ONZ. Dla podratowania bilansu z podróży po Karaibach przywiózł w bagażu dyplomatycznym całkiem nowe państwo, San Escobar. I, niestety, zamiast kuć żelazo, póki gorące, tylko poczerwieniał i nie wychodził z biura przez parę dni. Gdyby wtedy oddał sprawę zawodowcom, mielibyśmy teraz, po trzech latach, własną Wakandę na Karaibach, powiązaną sojuszami z Kolumbem z Polski. On tymczasem pewnie się konsultował ze słynną fundacją, która akurat dłubała jakąś bardzo patriotyczną łódkę na stulecie i nie miała czasu.

Przepadł więc San Escobar jako nasz wypróbowany sojusznik. Liczę jeszcze raz naszych sąsiadów, dobrych i złych, małych i dużych, którzy by Polsce pomogli obronić swoich synów na misjach albo chociaż wsparli na miejscu, a rachunek ani drgnie. Może Viktor Orbán, pomyślałem, zwłaszcza że w grudniu wysforował się na czoło klientów niemieckiej zbrojeniówki. Kupuje czołgi i haubice oraz – na drugą nóżkę – caracale od Francuzów i systemy Mistral. Ale Orbán potrzebuje dużo nowego żelastwa do dzwonienia, bo ma w czerwcu do obejścia 100. rocznicę upadku Wielkich Węgier. Przecież nie będzie tego wlókł do Białej Podlaskiej.

Fot. materiały prasowe

Wydanie: 4/2020

Kategorie: SZOŁKEJS

Napisz komentarz

Odpowiedz na treść artykułu lub innych komentarzy