Najstarszy czeski patent: defenestracja

Najstarszy czeski patent: defenestracja

Były takie czasy, że wieczorem na ulicy trzeba było co chwilę wołać: „Idzie się”, żeby nie zostać oblanym pomyjami, które wychlustywano z okien. Po wynalezieniu zlewu i ciepłej wody w kranie zarzucono ten obyczaj, chociaż same okna jako najbardziej poręczne dziury w ścianach pomieszczeń mieszkalnych nic na tym nie straciły. Pozostały bardzo pożytecznym wynalazkiem. Co tylko się da, ludność nadal najchętniej wyrzuca przez okno.

Czasem się słyszy, że to DEFENESTRACJA. To pięknie brzmiące słowo słabo jednak pasuje do pomyj, petów, starych kajzerek albo wygryzionej skórki arbuza. Jest zbyt eleganckie, żeby mogło być zdegradowane do nazywania jaskiniowych zachowań.

Kto nie uczył się łaciny, niech się przy okazji dowie, że fenestra w języku łacińskim jest rodzaju żeńskiego i nie tłumaczy się tylko jako okno, lecz także strzelnica i w ogóle otwór nie tylko w murze, a przedimek „de” znaczy m.in. tyle samo co „z” w języku polskim. I tak skonstruowany termin proponuję odnosić wyłącznie do jednostkowego wydarzenia w Pradze, 23 maja 1618 r. Zgłaszam ten postulat na mojej prywatnej uroczystości obchodów 400-lecia defenestracji praskiej, która dzisiaj jawi się wielu Polakom jako czeski happening, a nie rozpaczliwy i zaplanowany bunt narodowy.

W wigilię historycznego porywu na Malej Stranie mieszczanie i szlachta radzili, jak powstrzymać katolickiego cesarza, który coraz gwałtowniej prześladuje protestantów, czyli czeską większość. Postanowili, że opanują zamek, postawią obu praskich namiestników przed doraźnym sądem zgromadzonego ludu i wykonają wyrok.

I tak zrobili. Pierwszego wypchnięto z okna Jaroslava Bořitę z Martinic. Kiedy usłyszano dźwiękowy efekt zderzenia satrapy z ziemią, ktoś wyjrzał z okna komnaty zamienionej w sąd, żeby naocznie zbadać skuteczność egzekucji. I zaskoczony podzielił się z zebranymi odkryciem, że cesarski namiestnik zamiast leżeć plackiem, już stał, otrzepywał się, a nawet dał pierwszego susa z miejsca lądowania. Trybunał pośpiesznie zarządził wyrzucenie drugiego poplecznika Habsburgów, Wilhelma Slavaty i dodatkowo niejakiego Filipa Fabriciusa, sekretarza tych dwóch, który nazbyt energicznie występował w ich obronie.

Cała trójka przeżyła tę niezwykle wyszukaną egzekucję. A spadali z wysokości dobrych kilkunastu metrów. Ratunkiem okazała się pryzma kompostowa, która z biegiem lat zamieniła się w kupę historycznego gnoju.

Przypadek? W dziejach naszych sąsiadów, którzy wiele rzeczy robią odwrotnie niż Polacy, czyli racjonalnie, przypadkom powierza się marginalne role. Jestem przekonany, że spiskowcy, którzy spotkali się 22 maja 1618 r. w pałacu Jana Smirzyckiego, żeby obmyśleć plan defenestracji, dobrze wiedzieli, co jest pod tym oknem, z którego będą wyrzucać znienawidzonych, ale żywych ludzi. Takiej subtelności w planowaniu zemsty zabrakło kolejnemu cesarzowi, Ferdynandowi II, który krwawą wojenną rozprawę z protestantami i Czechami zwykł uzasadniać wyjątkowo niemiłosiernym, chrześcijańskim powiedzeniem, że wolałby rządzić pustynią niż krajem heretyków. Nie mógł, panisko, przeboleć tego gnoju. Wolałby, żeby jego ludzie zginęli, bo miałby męczenników, poręczniejszy casus belli.

Defenestracja to nie jest „śmierć spowodowana wyrzuceniem lub wypadnięciem przez okno”, jak objaśniają nawet poważne słowniki w Polsce. To nie jest też „zmuszanie kogoś do opuszczenia budynku obrad przez okno”, jak podpowiada strona internetowa z objaśnieniami najpopularniejszych haseł dla krzyżówkowiczów, na której jest ich aż dziesięć, a wśród nich także: „akt wyrzucenia kogoś lub czegoś przez okno”. Ludzie, bójcie się Boga! Przecież to jest postponowanie hasła i godności historycznej braci Czechów.

Niech defenestracja zostanie przy Czechach jako ich patent, o czym warto przypominać raz na 400 lat i przed przystąpieniem Polski do układania planów chrystianizacji Europy na następne stulecia.

Wydanie: 21/2018

Kategorie: SZOŁKEJS

Napisz komentarz

Odpowiedz na treść artykułu lub innych komentarzy