Pół litra historii

Pół litra historii

Wreszcie mogę coś pochwalić w telewizji, czego jeszcze nie widziałem na oczy, a co najprawdopodobniej będzie miało tytuł związany z półlitrówką. Za jakiś miesiąc polska Comedy Central pokaże premierowe odcinki „Drunk History” rodzimej produkcji.

Ten amerykański format jest swoiście uprzemysłowioną wersją sieciowych kawałków wideo „Funny or Die” Watersa i Konnera. W Stanach Zjednoczonych miał premierę w roku 2013 i zaliczył już pięć sezonów. Dość szybko rozszedł się po świecie, najbliżej Polski pojawił się na Węgrzech w ubiegłym roku.

Konstrukcja każdego odcinka zachwyca prostotą. Lekko nawalony narrator lub narratorka (kobiety na rauszu nawet bardziej się sprawdzają w tych rolach) po swojemu opowiada wybrany epizod z dziejów najchętniej własnego narodu. Może to być cała wojna, ale po co zadzierać z ministrem obrony. U nas bardziej się sprawdzi Wandzia, która zrobiła Niemcowi na złość i się utopiła, albo historia wędrówki polskiego widelca pod francuskie strzechy.

Opowieść narratora urozmaica naturalnie pogarszający się stan jego trzeźwości, bo szkło zawsze stoi obok i często jest do kogo przepić, a epizod trwa dwadzieścia parę minut i trzeba szukać jakiegoś zatrudnienia dla rąk. Narratorowi ułatwia pracę scenarzysta, wprowadzając co chwilę filmowe obrazy opowiadanych scen, zasłaniając upojone usta, na które przecież nie da się patrzeć dłużej niż parę sekund. I w tym manewrze realizacyjnym tkwi cały geniusz pomysłu. Uwaga: bohaterowie scen filmowych wmontowanych do narracji, jeśli coś mówią, mówią synchronicznie głosem narratora, to znaczy, że on mówi ich głosem, ale wygląda to lepiej niż w Opolu, kiedy ktoś śpiewa z playbacku i nawet jest trzeźwy, ale nie umie. Powiem więcej: to jest fascynujące urozmaicenie ożywiające język filmowy. I wielka sztuka kreacji: w pisaniu scenariusza, treatmentu, storyboardu i tekstu narracji, a potem w interpretacji aktorskiej wszystkich ról. Nie muszę dodawać, że postacie serii mają kostiumy stosowne do czasu akcji, to znaczy domowe i knajpiane w scenach spożywania, staranne i historycznie poprawne w salonach, na dziedzińcach i na poligonach.

Kto miał to szczęście i widział kiedyś pijanego Amerykanina, wie, że rodacy bardziej się nadają do tej roli. Może jeszcze Rosjanie byliby lepsi. Ale uchlać się, a zagrać pijanego to są niestety dwie różne role, z których ta pierwsza nie wymaga wielkiego talentu. Pewnie dlatego format telewizyjny podobny do „Drunk History” nie mógł się urodzić w naszej tradycji picia, ale z jego naśladowania może wyniknąć coś więcej niż sama sztuka kulturalnego w miarę (w wersji amerykańskiej słychać bardzo dużo pików) opowiadania historii.

Trzeba mieć nadzieję, że w polskiej wersji nie będzie na zawsze obowiązywać tytułowe pół litra, bo nie każdy tyle wytrzyma. Za taką objętością przemawia tylko niegdysiejszy sojuszniczy refren: biez poł litra nie razbieriosz. Dorobiliśmy się już nowych, narodowych wynalazków i technik spożywania ułatwiających spojrzenie na najtrudniejsze rozdziały naszej historii. I po nie warto sięgnąć, włącznie z nowym, uskrzydlonym powiedzeniem, że mądra dziewczynka pilnuje swojego drinka.

„Pół litra historii” to wielka obietnica nowego spojrzenia na polskie dzieje, ważniejsza jesienią roku 2017 niż kiedykolwiek. Do praktyki nauczania w szkole powszechnej weszły nowe podstawy programowe, w których nie ma edukacji medialnej w pierwszych klasach, nie ma kompetencji medialnych, widać za to ideologiczną krzątaninę, z której wyłoni się szkoła egzekwująca jedyną słuszną odpowiedź na każde pytanie. Dopóki nie odbierze się dzieciom smartfonów i Comedy Central z „Drunk History” w ramówce, dzieci wytrzymają.

Producentem serii z historią po drinku jest ATM Grupa. Nie ma im co podpowiadać, bo są fachowcami. Wyrażę tylko osobiste zainteresowanie historią Morskiego Oka, i to w dwóch odcinkach: z naszym bacą po herbatce z prądem i honwedem po palince.

Wydanie: 37/2017

Kategorie: SZOŁKEJS

Napisz komentarz

Odpowiedz na treść artykułu lub innych komentarzy