Dajcie robotę Ziemkiewiczowi

Dajcie robotę Ziemkiewiczowi

Upominanie się na tych łamach o akt dobroczynności dla pisarza i publicysty Rafała Ziemkiewicza jest pewną ekstrawagancją, i to z wielu powodów. Pierwszy i najważniejszy to ten, że dzisiaj Ziemkiewicza wszędzie jest tyle, ile było Włodzimierza Iljicza Lenina w czasie obchodów w Polsce setnej rocznicy urodzin wodza rewolucji październikowej; ludzie z obawą włączali nie tylko radia i telewizory, ale nawet zaglądali do lodówki. W tej sytuacji każda nowa robota dla Rafała Z. to z pozoru gotowe nieszczęście, ale w tym właśnie cały smaczek. Pan Ziemkiewicz na poważnej posadzie państwowej oznacza mniej Ziemkiewicza w gazetach i w każdym gniazdku z prądem, a z tego byłyby poważne oszczędności. Jak widać, nie całkiem zwariowałem, proponując jeszcze jedną robotę człowiekowi tak zapracowanemu i wszechobecnemu.

Ekstrawagancją z mojej strony może być udawanie przed Czytelnikiem PRZEGLĄDU, że nie wiem, jakiego koloru podniebienie ma Ziemkiewicz. W telewizorze, istotnie, wydaje się, że ma czarno w buzi, ale to może być kwestia złego doświetlenia, a nie charakteru.

Okolicznością rozstrzygającą o tym, że dzisiaj chcę dotrzeć do ucha prezesa z ważną dla Polski propozycją kadrową zawartą w tytule, jest Wielkanoc. W Wielkim Tygodniu warto dostrzec potrzebujących i nie chodzi zaraz o dziadów proszalnych i jałmużnę, bo Rafał Z. nie jest znany z tego, żeby kiedykolwiek wyciągał rękę. W okresie wielkanocnym dociera do nas tak niezwykle subtelna prośba głośnego publicysty, że byłoby grzechem jej nie usłyszeć. Dotyczy to zwłaszcza właściciela najważniejszego ucha w Polsce.

Rafał Ziemkiewicz ogłasza mianowicie, że Prawo i Sprawiedliwość zmarnowało swoją szansę, „jeśli chodzi o zagospodarowanie mediów publicznych”. Słowo zmarnowało może źle zabrzmieć w uchu, w którym głosy w sprawach partyjnych mają się układać w słodki chór anielski. Język polski zaprzestał używania na co dzień czasu przeszłego dokonanego i dobry dziennikarz powinien wiedzieć, że lepiej powściągnąć temperament i napisać, że coś się marnuje, dając w ten sposób sprawcy szansę na odwrócenie nieszczęścia, niż wrzeszczeć na cały głos: „Szansa kaputt, zmarnowana na amen”. Źle by się stało, gdyby projekt przepadł z powodu tej językowej niedbałości autora.
Gdybym został szefem jakiegoś państwowego medium, nakazałbym – ogłasza Ziemkiewicz w Wirtualnej Polsce, a ja cytuję – „nie robimy antytefałenu, antyagory i antyszpringiera” (wolałbym – antyszpringera), „tylko zaryzykujemy i postaramy się zasłużyć na miano medium rzetelnego i bezstronnego”.

Uznałem za swój obowiązek wysłuchać wielkiej obietnicy Rafała Ziemkiewicza w dniach oczekiwania Zmartwychwstania Pańskiego. Ufam, że zostanie ona wysłuchana przez niebiosa, ale nie bez uwag, bo autor aż się prosi, żeby mu pogrozić palcem za nazywanie ryzykiem czegoś, co jest obowiązkiem nie tylko chrześcijanina.

Rzetelność i bezstronność, także w mediach, można wyczytać w dziesięciorgu przykazaniach (zakaz dawania fałszywego świadectwa). I z ich łamania wypadałoby przynajmniej raz w roku, na Wielkanoc, się wyspowiadać.

Za to nie mam najmniejszych wątpliwości, jak prośbę Ziemkiewicza potraktuje p.o. Najwyższy na Polskę. Przecież nie zrezygnuje z radochy, jaką ma codziennie o godz. 19.30 dzięki propagandowemu aktywiście, którego namaścił bez pytania kogokolwiek o zdanie. Przecież Ziemkiewiczowi na odpowiedzialnym stanowisku w telewizji nie przyszłoby do głowy, żeby hucznie obchodzić pierwszą rocznicę wypłacania po 500 zł rodzinom wielodzietnym, a słowem się nie zająknąć na temat 20-lecia Konstytucji RP.

Przecież Ziemkiewicz to jest ryzyko, że ktoś na Woronicza wyrzeknie się doktryny o ciemnym ludzie. Gwarancję, że ciemny lud wszystko kupi, daje wyłącznie Jacek Kurski. W tej sprawie Rafał Ziemkiewicz jest bliższy doktrynie Donalda Trumpa, że ciemny, owszem, ale nie kupuje wszystkiego. Sam jest inteligentem, ale nie cierpi inteligentów u władzy, bo lubią podejmować decyzje zgubne, byle słuszne.

Piszę ten tekst w środę, 5 kwietnia, rano. Wstałem przed godz. 6, żeby się przyjrzeć dokładniej nowemu programowi porannemu TVP 1 „Dzień dobry, Polsko”. Wytrzymałem 27 minut (długo!), potem sprawdziłem, co zostało na antenie z dawnych propozycji programu porannego wszystkich stacji TVP 3 od Białegostoku, przez Rzeszów, Łódź, po Wrocław i Gorzów. Są małe, regionalne perełki w ogromnym bajzlu programowym i zawstydzającej amatorszczyźnie centrali. A trend jest taki, że pierwszych ubywa, a to drugie się puszy. Kaputt jest blisko.

Wydanie: 15/2017

Kategorie: SZOŁKEJS

Napisz komentarz

Odpowiedz na treść artykułu lub innych komentarzy