Paryż na beczce prochu

Paryż na beczce prochu

Rośnie napięcie na biednych przedmieściach. Najmniejsza iskra może wywołać masowy bunt

18 kwietnia, miejscowość Villeneuve-la-Garenne, północne przedmieścia Paryża. 30-letni motocyklista zostaje ciężko ranny w wyniku kolizji z radiowozem. Źródła policyjne przekonują, że jechał ze zbyt dużą prędkością. Świadkowie utrzymują jednak, że policjanci celowo otworzyli drzwi auta, by motocyklista uderzył w nie z całym impetem. Policja stanowczo zaprzecza. Na próżno. Wideo z miejsca wypadku szybko obiega całą Francję i przyczynia się do wybuchu zamieszek na paryskich przedmieściach w departamentach Sekwana-Saint-Denis i Hauts-de-Seine. Podczas kilkudniowych protestów uczestnicy domagają się sprawiedliwości dla poszkodowanego, choć on sam apeluje na Twitterze, aby ludzie wrócili do domów i zaprzestali przemocy.

Od tego czasu niepokoje społeczne rozprzestrzeniły się także na inne części kraju. Do zamieszek i starć z policją doszło m.in. w Tuluzie, Lyonie czy Strasburgu. 3 maja w Noisy-le-Grand na przedmieściach Paryża kilkanaście osób wdało się w bójkę z policjantami, którzy patrolowali ulice i sprawdzali, czy mieszkańcy stosują się do reguł kwarantanny. Pięciu policjantów zostało rannych, funkcjonariusze użyli gazu łzawiącego. Dwóch mężczyzn aresztowano. Nagranie obiegło media społecznościowe. W ostatnich dniach również należąca do Francji wyspa Majotta stała się areną ostrych starć służb z mieszkańcami, którzy nie chcą się dostosować do godziny policyjnej. Pandemia potęguje niepokoje. Niewykluczone, że zamieszki wybuchną znowu, z większą siłą, w wielu miejscach jednocześnie. Pracownicy pomocy społecznej mówią, że takiego napięcia nie było od 20 lat. Problem leży bowiem w głębokim poczuciu nierównego traktowania. Mieszkańcy ubogich francuskich przedmieść od dekad walczą z wykluczeniem i brakiem perspektyw.

Obawy przed powtórką 2005 r.

Wielu francuskich komentatorów przy okazji obecnych napięć wspomina zamieszki z 2005 r. Wówczas wszystko zaczęło się na innym paryskim przedmieściu (z franc. banlieue) – Clichy-sous-Bois. Dwóch nastolatków, uciekając przed policją, schroniło się w stacji transformatorowej. Policjant ani ich nie powstrzymał, ani nie wezwał służb ratowniczych, mimo że przez policyjne radio powiedział koleżance, że jeśli chłopcy wejdą do stacji, czarno to widzi. Tak się stało, zginęli od porażenia prądem. Dla Francuzów pochodzących głównie z Maghrebu i Afryki Środkowej, imigrantów lub potomków imigrantów, był to punkt zapalny. Od lat bowiem czuli się – i nadal czują – obywatelami drugiej kategorii. Mieszkają w biednych dzielnicach, gdzie ubóstwo jest dziedziczne, zmagają się z wykluczeniem, bezrobociem, izolacją społeczną. Protesty szybko rozlały się na wiele innych miast Francji. Nabrały wymiaru nie tylko etnicznego, ale także klasowego, gdyż przyłączyli się do nich biali mieszkańcy ubogich przedmieść. Bilans to ponad setka rannych i zniszczenia rzędu 200 mln euro.

Atmosfera biednych paryskich przedmieść jest więc gorąca nie od dziś. A odkąd Francja wprowadziła obostrzenia związane z pandemią, pojawia się wiele doniesień o nadużywaniu władzy przez policję w banlieues. Zarzuty dotyczą m.in. nękania i przemocy fizycznej. 26 kwietnia francuski dziennikarz Taha Bouhafs opublikował wideo, na którym widać, jak policjanci wymieniają rasistowskie komentarze pod adresem zatrzymanego mężczyzny (chodzi przede wszystkim o słowo bicot – obraźliwe określenie osoby pochodzenia północnoafrykańskiego). Do zdarzenia doszło najprawdopodobniej w miejscowości L’Île-Saint-Denis we wspomnianym już departamencie Sekwana-Saint-Denis. Prefektura policji zapowiedziała śledztwo w tej sprawie, a minister spraw wewnętrznych Christophe Castaner podkreślił, że w służbach mundurowych nie ma miejsca na rasizm. Taha Bouhafs to dziennikarz i działacz społeczny pochodzenia algierskiego. Zajmuje się nagłaśnianiem nadużyć władzy i policyjnej przemocy. Podczas relacjonowania zamieszek w Villeneuve-La-Garenne sam został zatrzymany przez funkcjonariuszy na kilka godzin.

Dodatkowy stres i brak stabilności ekonomicznej związane z pandemią pogarszają i tak kiepską jakość życia. Przeludnienie, a więc brak możliwości zachowania dystansu, i powszechny brak odpowiednich warunków sanitarnych czynią z takich dzielnic idealne miejsce do rozprzestrzeniania się wirusa. Mieszkańcy skarżą się też, że obostrzenia związane z przymusową izolacją są tu egzekwowane surowiej niż gdzie indziej, a policja chętniej wlepia mandaty im niż ludziom z bogatszych dzielnic, którzy wyjdą na powietrze np. pobawić się z dziećmi. Minister spraw wewnętrznych podał, że od początku izolacji policja przeprowadziła kontrolę 220 tys. mieszkańców departamentu Sekwana-Saint-Denis, aby sprawdzić, czy przestrzegane są zasady kwarantanny. To dwa razy więcej, niż wynosi średnia krajowa.

To my ciągniemy ten kraj naprzód

Przedmieścia Paryża są zamieszkane głównie przez imigrantów i potomków imigrantów z byłych francuskich kolonii. Wielu przebywa we Francji nielegalnie, funkcjonują oni poza systemem i są pozbawieni praw czy jakichkolwiek zabezpieczeń. Głęboko zakorzenione w społeczeństwie uprzedzenia i dyskryminacja pozbawiają ich również szans na lepiej płatną pracę. W banlieues często ponad 40% młodych ludzi jest bezrobotnych i taki sam odsetek mieszkańców zmaga się z ubóstwem. Tu ludzie dziedziczą biedę i frustrację. Nie jest im dany luksus pracy zdalnej podczas kwarantanny. Zwykle to kasjerki/kasjerzy w sklepach, kierowcy ciężarówek, pracownicy ochrony lub serwisu sprzątającego. Ze względu na wprowadzone ograniczenia komunikacja miejska jeździ krócej i rzadziej. Pracownicy codziennie przemierzają więc miasto w zatłoczonych wagonach metra czy w autobusach, bojąc się, że zarażą i siebie, i swoje liczne rodziny.

– To my dzisiaj ciągniemy ten kraj naprzód. Pracujemy, by gospodarka nie padła. Państwo nas nie szanuje i nie daje nam środków do życia – skarżył się przy okazji najnowszych starć w rozmowie z Euronews Mohsen Troudi, mieszkaniec Villeneuve-la-Garenne. My, czyli pracownicy fizyczni, słabo opłacani, tzw. mniej wykwalifikowani.

Ci, którzy stracili pracę lub prowadzili drobne biznesy (często w szarej strefie), nie są w stanie zarobić na utrzymanie swoje i bliskich. Ze względu na wykluczenie cyfrowe (słaby internet i sprzęt przypadający na wielu domowników) nie sprawdza się też forma edukacji online. Dzieci z tych dzielnic po raz kolejny będą w tyle za lepiej sytuowanymi rówieśnikami.

– W dzielnicach robotniczych kryzys zdrowia publicznego nałożył się na kryzys społeczny. Być może jako władze ponieśliśmy porażkę, jeśli chodzi o przygotowanie się na tę ewentualność – mówił mediom Olivier Klein, burmistrz podparyskiego Clichy-sous-Bois. Polityk jest więc świadomy, że w tych żyjących w ciągłym napięciu dzielnicach najmniejsza iskra może wywołać masowy bunt. Z kolei część policjantów za wybuch zamieszek wini przede wszystkim dilerów narkotykowych, którym kwarantanna znacząco utrudnia działanie i czerpanie zysków.

Clichy-sous-Bois znajduje się w departamencie Sekwana-Saint-Denis, jednym z najmłodszych demograficznie i najbiedniejszym we Francji kontynentalnej. To tu według danych Państwowego Instytutu Statystyki i Badań Ekonomicznych (Insee), począwszy od 1 marca, a więc od momentu, kiedy zaczęto we Francji liczyć ofiary śmiertelne koronawirusa, statystyki śmiertelności wzrosły ponaddwukrotnie. W mieście zaczęły działać banki żywności, gdyż zamknięcie szkół pozbawiło wielu uczniów tanich, ciepłych posiłków. Po pomoc od organizacji charytatywnych ustawiają się setki osób. Problem niedożywienia występuje w całym departamencie. Politycy nie wykluczają zatem wybuchu kolejnych zamieszek, właśnie z głodu.

Nędznicy dziś

W Clichy-sous-Bois reżyser Ladj Ly nakręcił film „Les Misérables” („Nędznicy”), który był francuskim kandydatem do Oscara w tym roku. Tytuł nawiązuje oczywiście do wielkiego dzieła Victora Hugo, w którym pisarz stworzył przekrój XIX-wiecznego francuskiego społeczeństwa, uwypuklając nędzę i wykluczenie, łatwo dające się ignorować z pałacowych okien. Współcześni „Nędznicy” to opowieść o Francji nierówności, napięć społecznych i slamsów, gdzie mieszkają imigranci i uchodźcy. Nierozumiani przez system, traktowani z podejrzliwością przez służby mundurowe, ludzie na krawędzi, w których kipi złość. Francja, a zwłaszcza banlieues metropolii, to tykająca bomba. Do izolacji kulturowej, religijnej i czasem językowej doszła teraz ta ze względów zdrowotnych.

Obecny kryzys uwypuklił problemy, z którymi od dawna zmagają się mieszkańcy banlieues. Oni żyli w izolacji na długo przed wprowadzeniem lockdownu, a raczej le confinement.

Fot. AFP/East News

Wydanie: 20/2020

Kategorie: Świat

Napisz komentarz

Odpowiedz na treść artykułu lub innych komentarzy