Patriotyzm Mikołajczyka

Patriotyzm Mikołajczyka

Warszawa, 19-21.01.1946 r. Na Kongresie Polskiego Stronnictwa Ludowego wybrano nowe kierownictwo partii – prezesem Naczelnego Komitetu Wykonawczego został Stanisław Mikołajczyk. Nz. Stanisław Mikołajczyk (P) przyjmuje gratulacje. ij/dl PAP/CAF

Przywódca PSL jest zdecydowanie niewygodny, bo przypomina zupełnie inną prawdę o powojennej Polsce niż ta, którą serwują IPN-owskie czytanki   Gdy w czerwcu 2000 r. sprowadzono do Polski prochy Stanisława Mikołajczyka, by spoczęły na Cmentarzu Zasłużonych Wielkopolan w Poznaniu, ówczesny prezydent Aleksander Kwaśniewski odznaczył go pośmiertnie Krzyżem Wielkim Orderu Odrodzenia Polski „w uznaniu wybitnych zasług dla niepodległości i suwerenności Rzeczypospolitej Polskiej”. Później jednak o Mikołajczyku zapomniano, gdyż następni prezydenci – zarówno z Prawa i Sprawiedliwości, jak i z Platformy Obywatelskiej – woleli upamiętniać „żołnierzy wyklętych”, których urzędowy kult stał się podstawą polityki historycznej III RP. W IPN-owskiej wizji historii, dominującej u nas przynajmniej od dwóch dekad, nie ma miejsca dla Mikołajczyka. I to nie tylko dlatego, że był zdecydowanym przeciwnikiem „podziemia niepodległościowego”, czemu jasno dał wyraz w referacie programowym na I Kongresie Polskiego Stronnictwa Ludowego w styczniu 1946 r., gdzie potępiał „znikczemniałe bandy NSZ”, „agentów Andersa”, „zdemoralizowane bandy leśne”, które „bez żadnych fikcyjnych przykrywek, a wprost w celach czysto rabunkowych, napastują obywateli”. Można dziś taką postawę uważać za przejaw oportunizmu wobec dominujących już wówczas komunistów, tyle że niewiele by ona Mikołajczykowi pomogła, skoro w PPR-owskiej propagandzie i tak był on przedstawiany jako „Tato leśnych ludzi”, a jego partia jako „Polskie Stronnictwo Leśne”. Można więc uznać, że przywódca PSL naprawdę uważał „żołnierzy wyklętych” za jedną z plag społecznych powojennego czasu, a jeśli głośno ich potępiał, to nie po to, by zdobyć przychylność swoich przeciwników z PPR, lecz dlatego, że takie były wówczas odczucia większości społeczeństwa. A Mikołajczyk przyjechał do Polski, by zdobyć poparcie tej większości i wygrać wybory. Te wybory, których przeprowadzenie Stalin obiecał Rooseveltowi i Churchillowi w Jałcie. Można dziś drwić z naiwności byłego premiera na uchodźstwie, że wierzył, iż Stalin pozwoli na wolne i demokratyczne głosowanie w podporządkowanej sobie Polsce. Tylko jak w takim razie nazwać „rachuby” ludzi idących z bronią do lasu na wybuch III wojny światowej i uwolnienie Polski przez zachodnich aliantów? Kto był bardziej naiwny: Mikołajczyk czy „żołnierze wyklęci”? I kto zrobił więcej dla powstrzymania sowietyzacji Polski: masowa legalna partia opozycyjna, której lider był postacią znaną (a przynajmniej kojarzoną) w całym świecie zachodnim, czy niewielkie grupki partyzantów rozpaczliwie walczące o przetrwanie kosztem nieuniknionych ofiar również wśród ludności cywilnej? A jednak to „wyklętym” stawia się dziś pomniki i to oni mają być wzorem patriotyzmu dla kolejnych roczników dzieci i młodzieży. W takiej sytuacji Mikołajczyk jest zdecydowanie niewygodny, bo przypomina zupełnie inną prawdę o powojennej Polsce niż ta, którą serwują IPN-owskie czytanki. Był to bowiem kraj milionów ludzi, którzy mieli dosyć walki i chcieli uciec od wojennego koszmaru, by spokojnie żyć, ale też nie mieli ochoty stać się obiektem stalinowskiego eksperymentu, którego groźbę niosły rządy uzależnionych od Moskwy komunistów. I do tej zdecydowanej większości, pragnącej normalnego życia w normalnym, europejskim kraju – dziś można by powiedzieć: „ciepłej wody w kranie” – kierował swoją ofertę polityczną Stanisław Mikołajczyk. Dlatego na równi potępiał terror UB i NKWD, jak i terror antykomunistycznego podziemia. Wiedział bowiem, że ani jeden, ani drugi nie prowadzi do czegoś dobrego. Skutkiem może być wyłącznie rozlew bratniej krwi.   Bez wad i zalet   Swoją decyzją o powrocie do Polski wyzwolonej przez Armię Czerwoną, w dodatku na mocy ustaleń zawartych w Moskwie, przywódca ludowców ściągnął na siebie furię ataków ze strony całej emigracji. Oskarżano go o zdradę, zaprzedanie się Stalinowi, nazywano go „kawalerem jałtańskim”. Ale chyba tylko najinteligentniejszy z londyńskich publicystów, Stanisław Cat-Mackiewicz, w książce „Lata nadziei” podjął próbę głębszego zrozumienia postawy byłego premiera, porównując go z jego tragicznie zmarłym poprzednikiem: „Wady Sikorskiego były bardzo polskimi wadami: jego »zagłobiastość«, bufonady, blagi, przechwałki, pokryte niewątpliwie dobrymi manierami i bystrą inteligencją, mogły bawić Churchilla. Jakże polski był Sikorski, gdy prędko się zaperzał, czupurzył, nadymał i prędko się uspokajał, uśmiechał, już był w dobrym humorze. (…) Mikołajczyk – oto jest człowiek, do którego nigdy nie umiałem znaleźć klucza, nigdy nie potrafiłem trafnie go określić. Być może właśnie dlatego, że był tak obcy, tak niepolski. Polska

Ten artykuł przeczytasz do końca tylko z aktywną subskrypcją cyfrową.
Aby uzyskać dostęp, należy zakupić jeden z dostępnych pakietów:
Dostęp na 1 miesiąc do archiwum Przeglądu lub Dostęp na 12 miesięcy do archiwum Przeglądu
Porównaj dostępne pakiety
Wydanie: 2023, 26/2023

Kategorie: Historia